<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>Stowarzyszenie Dziennikarzy Rzeczypospolitej Polskiej &#187; Kwaśny czwartek</title>
	<atom:link href="https://www.dziennikarzerp.pl/kategoria/aktualnosci/kwasny-czwartek/feed/" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>https://www.dziennikarzerp.pl</link>
	<description>Oddział Warszawski</description>
	<lastBuildDate>Wed, 20 May 2026 22:16:43 +0000</lastBuildDate>
	<language>pl-PL</language>
	<sy:updatePeriod>hourly</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>1</sy:updateFrequency>
	<generator>http://wordpress.org/?v=3.5.1</generator>
		<item>
		<title>Czy Polska jest republiką?</title>
		<link>https://www.dziennikarzerp.pl/2026/05/czy-polska-jest-republika/</link>
		<comments>https://www.dziennikarzerp.pl/2026/05/czy-polska-jest-republika/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 14 May 2026 12:06:18 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Marek Kuliski</dc:creator>
				<category><![CDATA[Aktualności]]></category>
		<category><![CDATA[Kwaśny czwartek]]></category>

		<guid isPermaLink="false">https://www.dziennikarzerp.pl/?p=13090</guid>
		<description><![CDATA[Takie pytanie zadano posłowi i byłemu ministrowi nauki i szkolnictwa wyższego z Lewicy, Dariuszowi Wieczorkowi i poseł stwierdził że nie, bo Polska jest Rzeczpospolitą. Nie wiedział też, kto walczył w wojnie secesyjnej. A większość z pytanych posłów nie wiedziała, ile jest osiem razy siedem. Przytaczam to dlatego, że to jest teraz świeży temat, a kompromitujące odpowiedzi na łatwe, choć pewno prowokacyjne pytania uzyskiwali reporterzy, buszujący po korytarzach na, nomen omen, ulicy Wiejskiej w związku z trwającymi maturami. Oczywiście wiem, że stres robi swoje i czasem blokuje mózg, jednak tu nie chodzi o czasową blokadę. Żenadą częstują nas co dzień posłowie, członkowie rządu i opozycji, co zresztą bywa stałym elementem folkloru politycznego w kraju, w którym przeciętny obywatel nie tylko nie pamięta już tabliczki mnożenia, ale nie ma pojęcia ile głosów dostał w wyborach ten czy inny kandydat na prezydenta. Tego, oczywiście, nie wie nikt i wiedzieć nie będzie. W efekcie dla wielu osób prezydent Polski jest oceniany jak kot Schrödingera, podczas gdy dla innych – jak kot Kaczyńskiego. Na tym polega polska mechanika kwantowa.]]></description>
				<content:encoded><![CDATA[<p>Tej niewiedzy wyborczej mamy więcej, niż wiedzy. Czy znacie nazwiska wszystkich posłów ze swojego okręgu wyborczego? Zapewne nie, choć pewno wiecie, na kogo sami głosowaliście. Ale czy pamiętacie, jaki był program wyborczy tego na kogo głosowaliście? A z kim z własnej partii ten ktoś konkurował i czym jego oferta różniła się od innych? A czy wiemy, ile kosztowała jakąś partię czy komitet wyborczy kampania do parlamentu czy samorządu na jakimkolwiek szczeblu? Przez ile dni nie było w pracy premiera, ministra, prezydenta, wójta czy pracownika jakiejkolwiek firmy w czasie, gdy „walczył” o mandat, gdy namawiał do głosowania na siebie lub na swoich? I jaki jest tego efekt? Ilu radnych znacie? Ilu uważacie za mądrych i wartych trudu kampanijnego już w połowie kadencji? Ilu posłów jest, według was, elitą narodu? Ilu ministrów rzeczywiście zna się na tym, co robi i choćby nie opowiada bzdur z dziedziny, za którą jakoby jest odpowiedzialny?</p>
<p>Mówi się teraz o konieczności zmiany obecnej polskiej Konstytucji. A ilu z mówiących o tym choćby raz przeczytało tekst polskiej ustawy zasadniczej? I kto potrafi popatrzeć na te postulowane zmiany nie w perspektywie kolejnej kadencji tylko w perspektywie – powiedzmy – pół wieku?</p>
<p>Przywołałem na początku niewiedzę – a może tylko wysoki, blokujący rozum poziom stresu posła lewicy specjalnie, żeby nie myśleli Państwo, że jestem stronniczy i uważam że sejmową żenadę reprezentują wypowiedzi Marii Kurowskiej, Mariusza Błaszczaka, Janusza Kowalskiego, Witolda Tumanowicza, Sławomira Mentzena, Marka Jakubiaka czy Romana Fritza. Wśród 460 posłów i 100 senatorów poziom głupoty, niekompetencji i chamstwa rozkłada się z pewnością nierówno w różnych ugrupowaniach, ale przeciętnie jest zapewne podobny do tego, jaki ma statystyczny Polak. Wybór każdego z nich kosztował od kilkunastu do kilkuset tysięcy złotych. Czy nie zgodzicie się Państwo z opinią, że w większości przypadków to pieniądze wyrzucone w błoto? I że coś w tym trzeba zrobić?</p>
<p>Obowiązująca obecnie Konstytucja RP, którą obóz Pałacu Namiestnikowskiego tak usilnie pragnie zmienić, w preambule stwierdza, że ustawę zasadniczą uchwalamy <i>My, naród…</i> Ta kalka z Konstytucji USA, która stała się słynna w Polsce od czasu pamiętnego przemówienia Lecha Wałęsy w Kongresie Stanów Zjednoczonych 18 listopada 1989 r., kiedy to te dwa pierwsze słowa od razu przetłumaczył na angielski niezapomniany Jacek Kalabiński, a parlamentarzyści amerykańscy, słysząc owe <i>We, the People…</i> wstali i zgotowali Wałęsie owację skłania do dwóch refleksji: po pierwsze kongresmeni amerykańscy znają własną konstytucję, a przynajmniej jej początek. Po drugie, jeśli to naród ustanawia prawa podstawowe, to znaczy, że ja też.</p>
<p>I nie potrzebuję do tego powoływać sobie żadnej rady konstytucyjnej. Głównie dlatego, że byłaby albo niepotrzebna, albo nieskuteczna. Niepotrzebna, gdy będzie składać się z samych dworaków i podlizuchów powołującego. Nieskuteczna – jeśli nie: jak wiadomo, gdzie dwóch Polaków, tam trzy opinie. Więc moja rada konstytucyjna będzie jednoosobowa: sam sobie powymyślam, i nie całość tego przyszłego dokumentu, tylko dwie sprawy, które tam powinny się znaleźć. Oprę się w swoim projekcie na czymś, co jest mi bliskie: zasadach demokracji ateńskiej, logice i obiektywizmie sztucznej inteligencji, o której ostatnio tyle pisałem.</p>
<p>Po pierwsze. Na każdym szczeblu demokracji, od sołectwa do parlamentu, przedstawiciele narodu, mający sprawować władzę, będą pochodzić z losowania spośród osób uprawnionych. Uprawnionymi będą wszyscy obywatele pełnoletni, zamieszkali stale na obszarze, którego dotyczy elekcja, którzy wyrażą zgodę na kandydowanie i którzy nie mają ograniczonych praw obywatelskich. Osoby mieszkające na stałe poza Polską, województwem, gminą, których wybory dotyczą, kandydować nie mogą, bo są outsiderami. Algorytm losowania opracuje AI. Zapewne jeśli chodzi o wyższe szczeble władzy – samorząd wojewódzki, parlament – powinno się wprowadzić cenzus wykształcenia – posiadanie przynajmniej matury powinno być obligatoryjne. Do senatu – jeśli zdecydujemy się go utrzymać w obecnej formie – powinien obowiązywać cenzus wyższego wykształcenia (dyplomy Collegium Humanum – wykluczone!). Być może jednak senat powinien składać się z reprezentantów władzy wykonawczej z poszczególnych województw, akademii naukowych, wyższych uczelni (Collegium Humanum – wykluczone!). W momencie wylosowania do władzy przedstawicielskiej każdy jej członek – jeśli należy do jakiejkolwiek partii politycznej – musi z członkostwa zrezygnować lub je zawiesić na czas swojej kadencji.</p>
<p>Istnieje hipotetyczne niebezpieczeństwo, że wynik losowania będzie niereprezentatywny – jeśli algorytm wylosuje do rady miasta czy gminy skład jednorodny, na przykład będzie to grupa kilkunastu gospodyń domowych w wieku emerytalnym. Albo piłkarzy KS Huragan-Waksmund. Na wyższych szczeblach władzy przedstawicielskiej taki przypadek jest mało prawdopodobny, choć prawdopodobieństwo jest <i>niezerowe.</i> Dlatego też należy skrócić kadencje losowanych władz: od roku na szczeblu podstawowym, do trzech lat na szczeblach centralnych. Przez tak krótki czas nie zdąży się ani nabrać manier autorytarnych, ani skumulować błędów. Powie ktoś, że w ten sposób we władzach nie będzie osób doświadczonych, które demokracji uczyły się przez kilka kadencji. Naprawdę sądzicie, że poseł Leonard Krasucki i posłanka Barbara Bartuś z PiS, poseł Andrzej Grzyb czy Aleksander Maliszewski z PSL, posłanka Zofia Czernow czy poseł Janusz Cichoń z Koalicji Obywatelskiej, poseł Jacek Czerniak czy Wiesław Szczepański z Nowej Lewicy przez te wszystkie kadencje czegoś z techniki sprawowania władzy się nauczyli? A każdy z nich jest w sejmie przynajmniej kilkanaście lat…</p>
<p>Po drugie. Przedstawiciele władzy wykonawczej – sołtysi, naczelnicy, burmistrzowie i prezydenci oraz premier i ministrowie – nie mogą wchodzić w skład władzy wykonawczej. To, co jest teraz, barbarzyńsko łamie zasadę trójpodziału władz: parlament, na przykład, jest wobec rządu organem kontrolnym. W efekcie istniejącej sytuacji minister, będący zarazem parlamentarzystą, ma prawo kontrolować sam siebie. Wszystkie stanowiska kierownicze władzy wykonawczej – od sołtysa po premiera – mają pochodzić z konkursu. Kandydatów mają prawo zgłaszać partie polityczne i organizacje społeczne pod warunkiem, że istnieją co najmniej pięć lat. Wyboru dokonuje odpowiednie ciało przedstawicielskie po wysłuchaniu kandydatów, którzy w wystąpieniu nie dłuższym niż 15 minut mają przedstawić co, jak i z czyją pomocą chcą zrobić dla kraju lub regionu. Wybór zostaje dokonany zwykłą większością głosów. Premier, marszałek, prezydent miasta, burmistrz czy wójt swoich współpracowników dobierają sobie samodzielnie, a ministrowie czy członkowie władz wojewódzkich, powiatowych, miejskich i gminnych podlegają wyłącznie swoim zwierzchnikom. Samorząd czy parlament nie może odwołać ministrów czy naczelników wydziałów – może tylko odwołać ich szef.</p>
<p>A co z sędziami, służbami specjalnymi, wojskiem? To powinny być organizmy zupełnie niezależne, współpracujące z władzami w myśl określonych zasad. Co z wyborem – nominacją – losowaniem prezydenta? Jak to teraz mówią politycy przed kamerami – to dobre pytanie. Ale mój wkład w działalność rady konstytucyjnej na tym się kończy – nie będę się sam męczył. Powiecie, że te moje propozycje wywołają chaos i niepewność co do kierunku, w jakim popłynie nawa państwowa? Możliwe. Ale ten chaos i niepewność nie będą większe niż są teraz, a na pewno będzie uczciwiej, sprawiedliwiej i przyjaźniej.</p>
<p>Wiem, wiem – nie o to w sprawach państwowych chodzi. I dlatego moja prywatna rada konstytucyjna na tym kończy swoją działalność…</p>
<p>&nbsp;</p>
<p><a href="https://www.dziennikarzerp.pl/wp-content/uploads/2024/01/pinkwart-foto.jpg"><img class="alignleft size-full wp-image-10277" alt="pinkwart foto" src="https://www.dziennikarzerp.pl/wp-content/uploads/2024/01/pinkwart-foto.jpg" width="240" height="180" /></a></p>
<p><em>Maciej Pinkwart, 14 maja 2026 r.</em></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>https://www.dziennikarzerp.pl/2026/05/czy-polska-jest-republika/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Robot na noszach</title>
		<link>https://www.dziennikarzerp.pl/2026/04/robot-na-noszach/</link>
		<comments>https://www.dziennikarzerp.pl/2026/04/robot-na-noszach/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 30 Apr 2026 19:21:51 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Marek Kuliski</dc:creator>
				<category><![CDATA[Aktualności]]></category>
		<category><![CDATA[Kwaśny czwartek]]></category>

		<guid isPermaLink="false">https://www.dziennikarzerp.pl/?p=13039</guid>
		<description><![CDATA[Dwie wiadomości, najprawdopodobniej będące fejkami. Jedna to obrazek: czterech mężczyzn w uniformach sanitariuszy z trudem dźwiga ciężkie nosze, na których leży biało-czarny humanoidalny robot, prawdopodobnie ze złamaną nogą. Druga to wiadomość tekstowa: 27 stycznia 2026 r. ukraiński robot Droid TW-7.62 wziął do niewoli trzech rosyjskich żołnierzy. A 13 kwietnia tego roku ukraińskie bezzałogowe platformy naziemne przy wsparciu dronów zdobyły placówkę rosyjską, doprowadzając do poddania się całej załogi wroga. Zastanawiacie się pewno, po co powtarzam informacje, które prawdopodobnie są nieprawdziwe? No cóż: najprawdopodobniej to nie znaczy z całą pewnością. A coś, co dziś jest nieprawdziwe, jutro może stać się zupełnie realne. Czy przed pierwszą wojną światową komendant Piłsudski przypuszczał, że za parę lat będzie słuchał swojego głosu, nagranego na płycie gramofonowej, a dziś będziemy go mogli oglądać na żywo i w kolorze podczas – bo ja wiem – nocnej rozmowy z aktualnym lokatorem Belwederu? Co oczywiście umożliwi nam sztuczna inteligencja.]]></description>
				<content:encoded><![CDATA[<p>Sztuczna inteligencja jest teraz jednym z głównym tematów rozważań publicystycznych, zaraz obok heheszków z kolejnych posunięć prezydenta Stanów Zjednoczonych czy niezwykle ważnych dywagacji na temat konfliktów między harcerzami a maślarzami i między jedną panią minister i drugą panią minister z byłej wspólnej partii, mającej w sondażach poparcie mniejsze od Związku Hodowców Kanarków. Przy czym, jeśli dla dziennikarzy i naukowców tematem są osiągnięcia sztucznej inteligencji w zakresie pisania wypracowań szkolnych czy prac doktorskich, umiejętności rozbierania zdjęć koleżanek z przedszkola czy kreowania portretów pomarańczowego Jezusa i filmów z oszalałymi sternikami targanego falami <i>PiStanika</i> – to dla przeciętnego człowieka prawdziwa sztuczna inteligencja to człekokształtne roboty. To one, tworzone na nasz obraz i podobieństwo mogą na tyle poruszyć ludzką wyobraźnię, że zaczniemy się ich bać. Bo tak naprawdę jedynym zagrożeniem dla ludzkości jest człowiek.</p>
<p>Na razie.</p>
<p>Na razie tylko w wyobraźni wykreujmy sobie naszego domowego robota. Któż z nas nie myślał o tym, żeby uciążliwości domowe (odkurzanie, gotowanie, przyszywanie guzików, odrabianie lekcji, pranie i prasowanie, wynoszenie śmieci połączone ze zgodną z przepisami segregacją tychże, rozmowy z żoną i oglądanie Moniki Olejnik) wykonywał za nas mało wymagający niewolnik? I to taki, który zgodnie z prawami Isaaca Asimova nie może nas skrzywdzić i musi być nam posłuszny?</p>
<p>Ciekawe, że tak głęboko siedzi w nas to upodobanie do niewolnictwa. Kilka lat temu w jednej z polskich gazet ukazało się ogłoszenie: <i>Niewolnicę zatrudnię. Oferty ze zdjęciem…</i> Odpowiedziało kilkadziesiąt osób. Ciągu dalszego tego eksperymentu nie znam, choć przyznam, że był frapujący. Ale roboty humanoidalne, pomagające nam w codziennym życiu, w Polsce się nie przyjmą. Po pierwsze, wielu z nas wykorzystywałoby je do wykazywania swojej wyższości, co w dziedzinie intelektualnej mogłoby być trudne, więc wyższość owa demonstrowana byłaby przy pomocy młotka i obcęgów, w skrajnych przypadkach – piły tarczowej. Ale – powiecie – któż by się rzucał na robota z młotkiem, jeśli kosztowałby on krocie? No nie wiem – w końcu, zegarek elektroniczny jakiś czas temu kosztował duże pieniądze, a dziś jest niezauważalnym dodatkiem do wszystkiego, nawet długopisów i ołówków. Po drugie, robot, wyposażony dodatkowo w umiejętność konwersacji, mógłby dla wielu z nas być znakomitą alternatywą dla rozmaitych partnerów czy towarzyszy w pracy, w polityce i w życiu. Świadomie pomijam tu kwestię tzw. robotów seksualnych, jako temat który znam słabo z przyczyn zasadniczych. Mając kontakt z wyposażonym w wielką wiedzę i nienachalnie z niej korzystającym robotem, któż chciałby w domu, w pracy czy w polityce jeszcze wybierać towarzystwo głupich, złośliwych czy egoistycznych ludzi? To z czasem mogłoby doprowadzić do powstania PPR, czyli Polskiej Partii Robotów, która w koalicji z wymierającym progresywnym skrzydłem Koalicji Obywatelskiej mogłaby przekształcić się w znaną od czasów Jarosława Haszka (skądinąd twórcy pojęcia <i>robot</i>) Partię Umiarkowanego Postępu w Granicach Prawa. Czy to możliwe? Nie, niemożliwe. Człowiek nigdy nie będzie działał w granicach prawa, jeśli chciałby osiągnąć umiarkowany postęp. Człowiek zawsze chce nieograniczonego prawa do tego, by innych przymuszać do postępu albo do ciemnoty, co czasem na jedno wychodzi.</p>
<p>Ale współpraca – człowieczo-niewolnicza – z robotami humanoidalnymi daje się już wyobrazić. O wiele łatwiej, niż współpraca człowieka z inteligencją jako taką. To daje się zaobserwować stosunkowo rzadko. Choć, być może i tutaj postęp współpracę taką wymusi.</p>
<p>Czy to nastąpi za naszego życia? Mojego na pewno nie, ale Waszego? Możliwe. Porzućmy na razie poruszające wyobraźnię obrazki robotów, biorących do niewoli całe zastępy armii wroga i nie zastanawiajmy się nad tym, czy pierwszego prawa Asimova nie dałoby się obejść przez odczłowieczanie narracji o owym wrogu i wpojenie w nasze roboty ekonomicznie i technologicznie uzasadnionego przeświadczenia, że wzięty do niewoli wróg to mechaniczna część obcej armii, którą opłaca się zlikwidować na miejscu, a nie wywozić do obozu, żywić i pilnować, żeby nie uciekł. Pomyślmy o pokojowo nastawionych robotach, które krok po kroku będą nam a. pomagać, b. zastępować w trudnych sytuacjach, c. zastępować w łatwych sytuacjach d. zastępować w życiu. Jest to zupełnie logiczne: energetycznie, psychologicznie, funkcjonalnie i ekologicznie robot jest o wiele lepszy od człowieka. Ale czy nie odziedziczy po swoim stwórcy jego głównych wad? Czy nie zacznie przeciążać swoich układów scalonych, gdy gdzieś w murach robotycznego Elsynoru zacznie stawiać sobie egzystencjalne pytanie <i>być albo nie być</i>…</p>
<p>Jeśli z kalkulacji wyjdzie mu – co jest logiczne – że lepiej jest nie być – przestanie się doładowywać i będzie z nim spokój. Tak jak z nami. Bo czy zaopatrzymy go w algorytm przewidujący to, że będzie potrafił się sam naprawiać, sam się odnieść na noszach ze złamaną nogą i ewentualnie sam rozwiązać problem gniazdka i wtyczki? Cóż, wszystko jest możliwe, według kolejnych praw technologicznych, tym razem przedstawionych przez innego twórcę literatury SF – Arthura C. Clarka:</p>
<p>1. Kiedy poważany naukowiec twierdzi, że coś jest możliwe, prawie na pewno ma rację. Gdy twierdzi, że coś jest niemożliwe, prawdopodobnie się myli.</p>
<p>2. Jedynym sposobem poznania granic możliwego jest ich przekroczenie i wejście w niemożliwe.</p>
<p>3. Każda wystarczająco zaawansowana technologia jest nieodróżnialna od magii.</p>
<p>I wariant tego ostatniego prawa: każda technologia odróżnialna od magii jest niewystarczająco zaawansowana.</p>
<p>O sztucznej inteligencji w służbie magii i o czarach w codziennym życiu – następnym razem.</p>
<p><a href="https://www.dziennikarzerp.pl/wp-content/uploads/2024/01/pinkwart-foto.jpg"><img class="alignleft size-full wp-image-10277" alt="pinkwart foto" src="https://www.dziennikarzerp.pl/wp-content/uploads/2024/01/pinkwart-foto.jpg" width="240" height="180" /></a></p>
<p><b>Maciej Pinkwart</b></p>
<p><span style="text-decoration: underline;">30 kwietnia 2026</span></p>
<p>&nbsp;</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>https://www.dziennikarzerp.pl/2026/04/robot-na-noszach/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Wujek Leon</title>
		<link>https://www.dziennikarzerp.pl/2026/04/wujek-leon/</link>
		<comments>https://www.dziennikarzerp.pl/2026/04/wujek-leon/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 09 Apr 2026 10:40:03 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Marek Kuliski</dc:creator>
				<category><![CDATA[Aktualności]]></category>
		<category><![CDATA[Kwaśny czwartek]]></category>

		<guid isPermaLink="false">https://www.dziennikarzerp.pl/?p=13006</guid>
		<description><![CDATA[Jestem prawie pewien, że przynajmniej część z Państwa scrolluje teraz własną lub komputerową pamięć, usiłując odgadnąć, jakiego wujka mam tu na myśli i po wuj go w tytule felietonu przywołuję. Nie zgadniecie. To jeden z bohaterów genialnego tekstu Obiad rodzinny Wojciecha Młynarskiego, który mistrz napisał do Menueta Luigiego Boccheriniego. To ten wujek, który z punktu ku kuzynkom czterem z odpowiednim zmierza żartem czy duserem… Przed wielu laty na lekcjach literatury w zakopiańskiej Szkole Artystycznej przedstawiałem ten tekst – na papierze i w wykonaniu autora – jako przykład umiejętności zestawienia słów i muzyki, starej i nie najprostszej. Po pewnym czasie zauważyłem, że analiza wiersza zmienia się w wykład oparty na słowniku wyrazów obcych i przestarzałych i dałem se spokój: kto dziś, nawet wśród dorosłych, rozumie, co to znaczy z punktu i wie, co to są dusery, nie mówiąc już o tym, że ukazywanie dramatycznego momentu, w którym dziadziowi order wpadł w ordewry wymagało nie tylko tłumaczenia francuskiego określenia hors d’oeuvres, ale w ogóle opowiadania o menu, z czasów, kiedy jeszcze przed obiadem obowiązkowo podawano przystawki, a nie Kawę na Ławę czy Puchar Świata w Skokach. I dlaczego polskie przystawki, których nikt już tak nie nazywa, po francusku oznaczają coś, co podaje się hors d’oeuvres czyli poza dziełem (dziełem jest zupa i danie główne), po grecku mezedes, co wywodzi się z tureckiego słowa, określającego smak, co zresztą zachowało się w podawanych pieskom smaczkach, a co po słowacku brzmi najlogiczniej: predjedla.]]></description>
				<content:encoded><![CDATA[<p>Wujek, a dokładniej wuj przy obiedzie rodzinnym, a zwłaszcza przy obiedzie weselnym to dziś symbol obciachu, gościu, który lekko lub mocno podpity opowiada czerstwe żarty, dziś nazywane <i>sucharami</i>, a kiedyś – <i>kawałami z brodą</i> i co chwilę usiłuje być nie tylko dowcipny, ale i sympatyczny, obdarzając damy siedzące przy stole niewyszukanymi komplementami. Czyli właśnie duserami.</p>
<p>Dziś mówienie komplementów jest zabronione albo przynajmniej uchodzi za niegrzeczność, bo podkreśla zróżnicowany stosunek do płci pięknej. Ups… Powiedziałem: płeć piękna? Sorry, nie powinienem był. Czasu zaprzeszłego też nie powinienem był używać, bo przesadna poprawność językowa to też obciach, a nawet klasowe przeciwstawianie się językowi elektoratu. Ruch Me Too dostrzega we wszystkich przejawach sympatii do kobiet kontekst seksualny, a w kontekście kontekstu – agresję jaskiniowca, który co prawda rzuca przed jaskiniówką wątrobę mamuta, ale tylko po to, żeby odwróciwszy jej uwagę za chwilę pociągnąć ją w krzaki.  Ruch Me Too jakoś nie wypowiada się w sprawie komplementów, wygłaszanych wobec mężczyzn przez kobiety. Albo przez innych mężczyzn.</p>
<p>Oczywiście, to za sprawą potencjalnej (uwaga: słowo użyte nieprzypadkowo!) męskiej agresji seksualnej seks jest głównym towarem eksponowanym w reklamach – piękna pani z biustem na wierzchu reklamuje kolczyki lub zegarki, a inna, polecając klientom zapewne nie własnym, tylko salonu samochodowego nowy egzemplarz pojazdu, wysiadając zeń, ubrana w długą, ale rozciętą po biodra suknię, starannie ją poprawia, eksponując przy okazji bieliznę, której nie reklamuje, ale która wydaje się być niezbędna przy reklamie samochodu. Ale zapewne żadna kobieta nie robi tego z własnej woli – to ci wredni i zboczeni mężczyźni zmuszają ją do tego, by zachowywała się jak hokeista Podhala Nowy Targ, dla którego ważne jest nie jeżdżenie na łyżwach i strzelanie goli, tylko gra ciałem. Nawet wkładanie kapsułki do zmywarki może być w reklamach tzw. inną czynnością seksualną, jeśli zabiorą się do tego perfidni mężczyźni, zmuszając do tego za pieniądze biedne kobiety.</p>
<p>Przepuszczanie w drzwiach, pomoc przy noszeniu zakupów, chwalenie ładnej sukienki – tego robić nie wolno, bo to upokarza kobietę jako niby słabą płeć, a po drugie – pokazuje, że mężczyzna zwraca uwagę na jej ciało i drugorzędne cechy płciowe, a nie na rozum, inteligencję, kompetencje i ogólnie przydatność społeczną. Pochwalił jej sukienkę – znaczy, chce z niej tę sukienkę zdjąć. Oczywiście, zdejmowanie z kogoś sukienki jest czynem wołającym o pomstę do nieba, przecież nie po to się ją zakłada, żeby dawać ją z siebie zdjąć.</p>
<p>A przedłużone, lub tylko ładnie pociągnięte maskarą rzęsy, gustowna szminka, zadbane dłonie z pięknymi kolorowymi paznokciami, szpilki na zgrabnych nogach, zakładane i do obcisłych dżinsów, i do kostiumu kąpielowego – to wszystko nie ma nic wspólnego z eksponowaniem urody i seksowności, tylko podkreśla rozum, inteligencję, kompetencje i ogólnie przydatność społeczną. Podobnie jak prezentowanie się w teatrze czy filharmonii w sukni na ramiączkach lub marynarce, nałożonej na nagie ciało czy występy sceniczne prezenterek piosenek, ubranych w skromne – co do rozmiarów – elementy bielizny i ewentualnie w grę świateł z reflektorów – to nie epatowanie seksem, tylko podkreślanie swego zaangażowania w kwestie kultury, sztuki i walkę z seksualnym poniżaniem kobiet. Czy, ewentualnie, mężczyzn. Uwaga! Co do mnie – nie mam nic przeciwko takim ekspozycjom, przeciwnie: uważam, że atrybuty płci pięknej – jeśli tylko rzeczywiście jest lub próbuje być piękna – są po to, żeby je eksponować, żebyśmy wspólnie mogli/mogły cieszyć się nimi i ewentualnie podziwiać, a nie koniecznie uprzedmiotowić i używać. Piękne drzewa, pachnące kwiaty, wysokie góry i malownicze rzeki też mogą być tylko podziwiane, a nie koniecznie przerabiane na deski, bukiety, podłoże narciarskie czy napęd elektrowni.</p>
<p>Tylko chwilami się zastanawiam, dlaczego na takie elementy stroju czy zachowania akurat ja zwracam uwagę i czasami sobie przypominam o tym, że ewolucja sprawiła, iż nasze zainteresowanie płcią przeciwną (wasze też…) wynika z tego, że coś w wyglądzie lub zachowaniu tej płci zwróciło naszą uwagę i skłoniło do refleksji, że jeśli nam się to podoba, to, być może, będzie fajnie jakoś się zaprzyjaźnić. Albo po prostu uznać taką osobę za ozdobę naszego świata i cieszyć się tym, że nas to cieszy.</p>
<p>Ja to oczywiście jeszcze pamiętam z czasów, kiedy po pierwsze powiedzenie nawet nieznajomej osobie komplementu nie groziło dostaniem po pysku bądź wezwaniem policji albo Kai Godek, a po drugie odwracanie się za ładnymi paniami nie groziło uświadomieniem sobie, że się mieszka w Nowym Targu, że takie odwracanie się grozi hexenschussem, i że się jeszcze pamięta, po co podejmuje się takie ryzykowne działanie.</p>
<p>A stwierdzenie: <i>ładnie wyglądasz</i>, choć oczywiście gdzieś w dalekiej, a może lepiej – odległej perspektywie ma ewolucyjne echa dbałości o przedłużenie i poprawę gatunku, to jednak ma przede wszystkim znaczenie estetyczne: czy to moja, psiakrew, wina, że mi się podoba to co ładne, a nie to co brzydkie, byle jakie, niezadbane i wyzywająco okropne?</p>
<p>Oczywiście, sam doświadczam i tego, że takie stwierdzenie jest elegancką metaforą, używaną przy stopniowaniu przymiotnika <i>stary</i>:</p>
<p>Stary – starszy – ładnie wyglądasz.</p>
<p>Wiem, że to suchar. Ale jak kiedyś powiem pani, że pani ładnie wygląda, to proszę rozumieć to dosłownie, że pani mi się podoba. Z czego nic nie wynika, przynajmniej już teraz. Wujek Leon prawił te dusery nie w nadziei na to, że będą to <i>ordewry</i> przed głównym, że się tak wyrażę, daniem, tylko dlatego, że mówienie komplementów należało do dobrego tonu, tak jak ustępowanie miejsca w drzwiach, zdejmowanie kapelusza w windzie, czy wręczanie kwiatów przy jakiejkolwiek okazji lub bez.</p>
<p>A kwiaty w kwietniu kwitną i dzieje się to nie bez powodu. Natura wie co robi.</p>
<p><a href="https://www.dziennikarzerp.pl/wp-content/uploads/2024/01/pinkwart-foto.jpg"><img class="alignleft size-full wp-image-10277" alt="pinkwart foto" src="https://www.dziennikarzerp.pl/wp-content/uploads/2024/01/pinkwart-foto.jpg" width="240" height="180" /></a></p>
<p><b>Maciej Pinkwart</b>,<em> 9 kwietnia 2026</em></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>https://www.dziennikarzerp.pl/2026/04/wujek-leon/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Pokuszenie</title>
		<link>https://www.dziennikarzerp.pl/2026/04/pokuszenie/</link>
		<comments>https://www.dziennikarzerp.pl/2026/04/pokuszenie/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 02 Apr 2026 15:25:54 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Marek Kuliski</dc:creator>
				<category><![CDATA[Aktualności]]></category>
		<category><![CDATA[Kwaśny czwartek]]></category>

		<guid isPermaLink="false">https://www.dziennikarzerp.pl/?p=12975</guid>
		<description><![CDATA[Ministrantem byłem przez jakieś dziesięć dni, co obejmowało dwie niedzielne msze. Harcerzem – krócej, bo tylko dwa dni. Nie wytrzymałem kostiumów i hierarchii. Komeżki wydały mi się symbolem pozbawienia męskości – no, może bardziej chłopięcości, bo rzecz się działa gdzieś w połowie podstawówki, mundurek harcerski za bardzo przypominał wojsko, a od dziecka byłem pacyfistą. Nie znałem oczywiście jeszcze wtedy tego, jak George Bernard Shaw zdefiniował harcerstwo: Scouting is a child dressed like an idiot commanded by an idiot dressed like a child - dziecko ubrane jak kretyn pod przewodnictwem kretyna ubranego jak dziecko. Ale tak właśnie się czułem. W dodatku hierarchia w obu tych formacjach polegała na tym, że dowódcy byli wysocy, władczy i wciąż na mnie krzyczeli. Tak mi się wtedy wydawało, choć oni po prostu wydawali rozkazy, a może tylko polecenia. Nikt mnie – uwaga! – nie molestował, przynajmniej niczego takiego nie zapamiętałem i nie miałem z tego powodu żadnej traumy. Choć, nie powiem – przedstawiciele obu tych branż usiłowali mnie wodzić na pokuszenie, ale w zupełnie inny niż dziś popularny sposób. Druh Duduś, od którego uciekłem w piątej klasie, po latach okazał się moczarowskim endekiem i przedstawicielem Służby Bezpieczeństwa, fascynującym moją mamę swoimi antysemickimi tyradami w marcu 1968 r. A ksiądz Stanisław, który prowadził religię w moich czasach licealnych zapraszał część naszej klasy na plebanię, włączał adapter, pokazywał, gdzie są płyty z Presleyem, Beatlesami, Chuckiem Berrym i Billem Halleyem, zostawiał klucz najstarszemu z nas i wychodził do chorego z Panem Jezusem. A nasza mieszana grupka klasowa miała w ten sposób korzystać z wolności. Zawsze uważałem, że ta wolność, mierzona ułamkiem, w którym w liczniku znajdowała się ofiarowana nam przez Boga wolna wola, a w mianowniku poczucie odpowiedzialności mnożone przez strach przed piekłem to jest podstęp, przy pomocy którego Bóg wodzi nas na pokuszenie.]]></description>
				<content:encoded><![CDATA[<p>Z tym pokuszeniem miałem zawsze problem, może nawet od czasu swojej ministrantury, z których to czasów pozostała mi (szybko się uczyłem i miałem talent do języków, w różnym sensie zresztą) znajomość głównych części liturgii po łacinie. Szczególnie szybko nauczyłem się <i>Modlitwy Pańskiej</i>, czyli <i>Ojczenasza</i>. Kto to jeszcze pamięta w czymś, co uważałem za oryginał, no bo przecież – myślałem – Pan Jezus z Ojcem i Matką musiał porozumiewać się po łacinie, no bo jak? Po polsku?</p>
<p>No więc klepałem: <i>Pater noster, qui es in caelis</i> i tak dalej, aż dochodziłem do miejsca, w którym zawsze musiałem się zająknąć: <i>et ne nos inducas in tentationem</i>, (i nie wódź nas na pokuszenie) <i>sed libera nos a malo</i> (ale nas zbaw ode złego).</p>
<p>No to jak to: modlimy się do Boga, żeby nie wodził nas na pokuszenie? Przecież, na Boga, od kuszenia jest diabeł!</p>
<p>W którymś z paryskich kościołów widziałem kilkadziesiąt tabliczek z tą modlitwą, w rozmaitych językach świata, w tym w języku hindi i po arabsku… A w Jerozolimie na Górze Oliwnej jest osobny kościół <i>Pater Noster</i>, gdzie Modlitwa Pańska odwzorowana jest w ponad 100 językach. Tam nie byłem i nie będę. Ale zastanawiam się, czy pielgrzymi z tych ponad stu krajów czytając lub mówiąc z pamięci tę modlitwę podobnie jak ja zastanawiają się, dlaczego jesteśmy ciągle przez Boga testowani, dlaczego musimy go modlitewnie prosić, żeby nie wodził nas na pokuszenie, ale nas od niego zbawił, bo przecież nikt nie wątpi, że to boskie <i>pokuszenie</i> musiałoby nas wieść do złego – od czego się odżegnujemy – a nie do dobrego, o co prosimy…</p>
<p>Z tych prywatek u księdza – bez księdza – nie dawało rady się wykręcić: i z uwagi na to, że jednak był to ksiądz, i dlatego, że stanowiły one znakomitą przeciwwagę do działań naszej wychowawczyni, srogiej matematyczki, która była dewotką do n-tej potęgi, w poniedziałki odpytywała tych, których nie widziała na niedzielnej mszy młodzieżowej i woziła nas w celach katechetycznych do Zakładu dla Niewidomych w Laskach. Było to wzruszające, ale i kuszące – jeździliśmy autokarem, a wracaliśmy późnym wieczorem, ciemno i <i>przyjemno</i>…</p>
<p>Z plebanii wszelako po kilku obowiązkowych tańcach (<i>Love Me Tender</i> miało największe wzięcie…) uciekałem na wieczorny spacer po Milanówku, bynajmniej nie sam, ale zawsze wracaliśmy przed powrotem księdza <i>od chorego</i>, żeby zakończyć imprezę. Modlitwą, oczywiście. Było to wszystko dość krępujące, no bo w końcu katecheta nie był dzieckiem i wodząc nas na pokuszenie wiedział doskonale, że charakter 16-17-latków słaby jest nadzwyczajnie i zazwyczaj postępują oni w myśl zasady, wyrażonej przez Melchiora Wańkowicza w <i>Zielu na kraterze</i>:</p>
<p>…<i>nigdy nie walczyć z pokusami, bo jeśli się im nie ulegnie, to się osłabia charakter. Tata mówi, że ledwo się pokaże na horyzoncie pokusa, już jej się poddaje, pokusa nie ma zadowolenia, że zwalczyła smoka cnoty, i odchodzi, a cnotliwy Tata muśnie nieco zburzone piórka dzióbkiem i już jest jako śnieg biały; podczas kiedy po walce z pokusą byłby utytłany i świnia</i>.</p>
<p>Wtedy nasze pokusy były delikatne i romantyczne – jakieś nieśmiałe trzymanie się za ręce, liściki, przesyłane sobie sekretnie przy niewielkiej pomocy przyjaciół podczas nudnych lekcji historii, muśnięcie dłonią satynowego fartuszka na przerwie, piosenki o miłości, wspólnie słuchane w radiu… No i pierwsze, a może nawet zerowe przykazanie, wyśpiewywane nam przez Beatlesów:</p>
<p>All You Need Is Love!</p>
<p>I to przeświadczenie – będące kamiennym fundamentem naszego posthipisowskiego życia – że miłość daje wolność, a wolność daje tylko same pozytywy – szczęście, wagary i, z powrotem, miłość. A reszta przyjdzie sama. Pewno to samo przekonanie przyświecało twórcom Ściany Miłości, <i>Le Mur de je t’aime</i> na paryskim Montmartrze, koło Klasztoru Opatek. Na granatowym, kamiennym tle umieszczono tam kilkaset emaliowanych płytek z lawy, na których widnieją słowa <i>kocham cię</i> w ponad 200 językach i dialektach z całego świata, wyrzeźbione jako pismo odręczne. A okruchy czerwonego granitu, poumieszczane między nimi tworzą wizerunek serca.</p>
<p>I za to uwielbiam Paryż: za rzeczy artystyczne, kosztowne i zbędne – i do codziennego życia, i do walki politycznej, i do jutrzejszego zbawienia. No, z tym zbawieniem to przesadziłem – w końcu, bez miłości nie będzie zbawienia, o czym przekonują nas dwaj wielcy Pawłowie. Święty Paweł z Tarsu – nie przeszedłby lustracji u Macierewicza, bo IPN na pewno ma w archiwach teczkę TW Szawła – który pisał: <i>Gdybym mówił językami ludzi i aniołów, a miłości bym nie miał, stałbym się jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący […] Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest. Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą; nie jest bezwstydna, nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego; nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz współweseli się z prawdą. Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma</i>. […] A sir Paweł McCartney z Liverpoolu napominał, że trzeba mieć nadzieję i musi być to nadzieja na zbawienie, <i>Hope for Deliverance</i>… Ale w gruncie rzeczy to zbawienie, to wyzwolenie zależy od nas, ciebie i mnie:</p>
<p>When it will be right, I don&#8217;t know, what it will be like, I don&#8217;t know. We live in hope of deliverance from the darkness that surrounds us.</p>
<p>Kiedy z dnia na dzień coraz bardziej za progiem czai się ciemność i tylko daleko na horyzoncie połyskuje ponure światło nad Sauronowską Wieżą Przeznaczenia, kiedy Mordor kusi nas potęgą złowrogiego pierścienia, kiedy już niemal straciliśmy wiarę w zbawienie – nie możemy tracić jedynej, ostatniej nadziei. I znów może poprowadzić nas Paweł, Paweł z Tarsu:</p>
<p>Gdy byłem dzieckiem, mówiłem jak dziecko, czułem jak dziecko, myślałem jak dziecko. Kiedy zaś stałem się mężem, wyzbyłem się tego, co dziecinne […] Tak więc trwają wiara, nadzieja, miłość – te trzy: największa z nich jest miłość.</p>
<p>Może kogoś zdziwią te słowa w moim tekście, w którym nieoczekiwanie jest tyle o miłości, o Paryżu i o Pawłowych podpowiedziach. Niesłusznie, przecież Paweł z Tarsu to patron dziennikarzy, teologów, Poznania i Awinionu, neofitów i służby więziennej, a na miłości znał się jak mało kto, choć niekoniecznie dobrze znał się na kobietach. Te braki z powodzeniem uzupełnia Paweł z Liverpoolu. Poza tym przyszedł niespodziewanie kwiecień, no a <i>April in Paris</i> to jedna z najpiękniejszych piosenek o mieście, które darzę miłością wielką, choć raczej nie odwzajemnioną. To łączy mój ukochany Paryż z moim ukochanym Zakopanem.  Ale miłość nieodwzajemniona też może być piękna. Przyszła też wiosna, co prawda trochę zimowa – no, a o czym pisać wiosną – nawet zimową – jak nie o miłości?</p>
<p><a href="https://www.dziennikarzerp.pl/wp-content/uploads/2024/01/pinkwart-foto.jpg"><img class="alignleft size-full wp-image-10277" alt="pinkwart foto" src="https://www.dziennikarzerp.pl/wp-content/uploads/2024/01/pinkwart-foto.jpg" width="240" height="180" /></a></p>
<p><b>Maciej Pinkwart</b></p>
<p><em>2 kwietnia 2026</em></p>
<p>&nbsp;</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>https://www.dziennikarzerp.pl/2026/04/pokuszenie/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Bóg działa przez Franków</title>
		<link>https://www.dziennikarzerp.pl/2026/03/bog-dziala-przez-frankow/</link>
		<comments>https://www.dziennikarzerp.pl/2026/03/bog-dziala-przez-frankow/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 19 Mar 2026 11:58:16 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Marek Kuliski</dc:creator>
				<category><![CDATA[Aktualności]]></category>
		<category><![CDATA[Kwaśny czwartek]]></category>

		<guid isPermaLink="false">https://www.dziennikarzerp.pl/?p=12936</guid>
		<description><![CDATA[Do jakich książek czy filmów nie mamy zastrzeżeń, nie zarzucamy im kłamstwa, nie podważamy zawartych w nich twierdzeń? Do bajek, fantazji, fikcji. Nikt nie zastanawia się nad techniczną konstrukcją miecza świetlnego, nikt nie kwestionuje możliwości dyskutowania z lustereczkiem, oceniającym urodę królowej, nikt nie analizuje sposobu, w jaki Piotruś Pan pokonywał grawitację. Nawet ortodoksyjni religianci, palący na stosach książki o Harrym Potterze nie analizowali zasad gry w quidditcha i dynamiki Nimbusa 2000, tylko potępiali Harrego i jego świat za to, że walczy ze złem wspólnie z przyjaciółmi i nauczycielami, a nie z ministrantami i katechetami, wspierając się różdżką, a nie różańcem.

Natomiast powieści realistyczne i filmy tzw. oparte na faktach są oceniane zazwyczaj nie z punktu widzenia ich artystycznych wartości, tylko pod kątem zgodności z popularną – czytaj: swoją – wiedzą. Na chłopski rozum Jakub Frank nie mógł zdobyć tylu zwolenników ilu zdobył w powieści Olgi Tokarczuk, a jego babka Jente nie mogła być obserwatorką świata z pozycji kota Schrödingera, pozostając w zawieszeniu między życiem a śmiercią. Książę Hamlet nie mógł rozmawiać z duchem swojego ojca, bo duchy nie istnieją, a jeśli nawet – to Szekspir pobłądził pisząc, że ducha tego widzieli także Horacy i Bernardo, a nie widziała jego rodzona żona, królowa-matka Gertruda. Cygan (właśnie, Cygan, a nie Rom!) Melquíades nie może co parę lat przyprowadzać do Macondo swojego plemienia, bo do Macondo nikt nie trafiał, a zresztą Márquez cygani pisząc, że to Cyganie są chorążymi postępu, bo wędrują po świecie przywożąc na to południowoamerykańskie zatyle zdobycze nauki i techniki, pozyskane podczas wędrówek po świecie. No i lód nie mógłby się tak długo utrzymać w strefie tropikalnej…]]></description>
				<content:encoded><![CDATA[<p>Na pograniczu między krytykowanym realizmem i akceptowaną fikcją kolebie się – jak babka Jente między życiem a śmiercią – święta Księga Ksiąg, Biblia. Przez długi czas była interpretowana dosłownie, to znaczy – nie była interpretowana, ale cytowana, nawet w dysputach naukowych zawarte w niej treści traktowane były jako <i>ultima ratio</i>, argument ostateczny. W judaizmie dotyczyło to Tory, czyli Pięcioksięgu, której to części Starego Testamentu autorem miał być Mojżesz – choć w ostatniej księdze, Księdze Powtórzonego Prawa, opisana jest jego śmierć… Stary i Nowy Testament w chrześcijaństwie obowiązują w tych partiach, w których dowodzą kreacjonizmu i interwencjonizmu boskiego, istnienia i roli Boga i Jego syna w dziejach ludzkości itp. W pozostałych – traktowane są jako nie specjalnie wiarygodne zapiski historyczne.</p>
<p>Długo – do dziś nawet – traktowano Biblię jako opis historii świata i ludzkości. Do dziś z największą powagą niektórzy bibliści opowiadają o tym, jak i kiedy Bóg własnymi rękami stworzył świat. XVII-wieczny arcybiskup i prymas Irlandii James Ussher obliczył, że Bóg stworzył świat wieczorem 22 października 4004 roku p.n.e., ale nasi prarodzice nie nacieszyli się długo Rajem, bo Adam i Ewa zostali wygnani na Ziemię już 10 listopada tego samego roku. Wcześniej, w II w. n.e. rabin Józef ben Halafta obliczył, że początek świata miał miejsce 25 dnia miesiąca Elul (wrzesień) 3761 roku p.n.e. Szczegółowa godzina nie została podana.</p>
<p>Współcześni teolodzy traktują zapisy biblijne na temat stworzenia świata jako poemat teologiczny, w którym metaforycznie przedstawione są nawet zasady ewolucji. Sześć dni, potrzebne Bogu do skonstruowania życia na Ziemi to sześć epok ewolucyjnych i tak dalej. Czepialscy interpretatorzy ponoszą, że według księgi Genesis Bóg stworzył jakoby najpierw gady, a dopiero potem płazy, co jest sprzeczne z zasadą ewolucji, że owadów w ogóle Biblia nie zauważa, że wykonanie Ewy z jednego z żeber Adamowych nie tylko jest sprzeczne z zasadą równości płci, ale i z anatomią, jako że mężczyźni i kobiety mają tę samą liczbę żeber – po 12 par. Na obrazach, pokazujących Adama i Ewę (to niegdyś byli jedyni modele, których wolno było przedstawiać nago – wspomagani w tej obscenie tylko przez figlarnych bogów i herosów greckich) oboje prarodzice mają pępki… A najwięcej kontrowersji wzbudzało <i>Kainowe plemię</i>: jeśli Kain i Abel byli początkowo jedynymi dziećmi Adama i Ewy, to po bratobójstwie Kain został jedynakiem. Bóg go wygnał precz, żeby się tułał po świecie i zrobił mu specjalne znamię, żeby nikt go nie zabił i żeby żył długo i nieszczęśliwie za karę za zabicie brata. Po czym Kain pojął żonę a ta zrodziła skażone nieprawością <i>Kainowe plemię.</i> No to skąd byli ci ludzie, co to mieli nie zabijać Kaina i spośród których Kain pojął żonę, jeśli Bóg stworzył tylko Adama i Ewę, a oni mieli tylko jedną gazdówkę rodzinną?</p>
<p>Oczywiście, że prawowici chrześcijanie są potomkami późnego syna Adama i Ewy, o wdzięcznym imieniu Set, które to imię wszelako w starożytnym Egipcie określało boga zła i śmierci, okropnego brata Ozyrysa. Set to bratobójca, bóg chaosu, pustyń, burz, ciemności i… cudzoziemców. No dobra, Egipt to Egipt, a Adam i Ewa to, oczywiście, wcześni Polacy, których potomkowie zaludnili świat. Kainowe plemię, to dzieci pierwszego bratobójcy i… No, właśnie. Żoną Kaina była albo jego siostra lub siostrzenica, albo kobieta spośród tych ludzi, których Bóg stworzył sobie na boczku, może jako konkurencję dla nieposłusznych konsumentów owoców drzewa wiadomości o dobrym i złym. Nieważne: od Kaina pochodzą wszyscy źli, których Bóg potem chciał wygubić w potopie, ale nie wyszło, bo pozostawili potomków, których późnymi wnukami są Czarzasty, Ursula Von der Leyen i Tusk. Od Seta zaś pochodził Noe, jego syn Cham i w dalekiej konsekwencji Kaczyński, Orban i Czarnek.</p>
<p>OK, nie bądźmy kreacjonistami: oczywiście, że Wolter miał rację twierdząc, że gdyby Bóg nie istniał, należałoby go stworzyć. Z tym, że trochę się w tym swoim deizmie spóźnił: ludzie już dawno Boga, w ogóle – bogów – stworzyli, nie dając sobie rady z wytłumaczeniem świata. Religia, kult, pojęcie sił nadprzyrodzonych pojawiają się w ewolucji ludzkości stosunkowo późno, bo w paleolicie. Oczywiście, nie ma wówczas mowy o jakimś boskim kreacjonizmie – praludzie po prostu uprawiali kult tego, czego nie rozumieli i co mogło im zagrażać, no więc trzeba było to coś po pierwsze nazwać, po drugie udobruchać. Wszelka boska sprawczość pojawiła się później. A jeszcze później ludzie zrozumieli, że Bóg jest wielki, potężny, wszechmocny, wszechwiedzący – i niekonsekwentny. Stworzyć – i wygnać. Dać wolną wolę – ale za wolny wybór karać. Nagradzać wiernych – ale co zrobić, jak wierni mają wobec siebie <i>wonty</i> i błagają o przeciwstawne rzeczy? Genialnie opisał to Bolesław Prus w <i>Faraonie</i> i tamtejszej legendzie o Psujaczku.</p>
<p>I wtedy ktoś wymyślił powiedzenie: <i>Bóg działa przez Franków</i>. To maksyma z czasów pierwszej krucjaty (XI w.), ale zapisana sto lat później przez kronikarza, benedyktyńskiego opata  Guiberta z Nogent, który w ten sposób usprawiedliwiał morderstwa, dokonywane w Palestynie na Saracenach przez tzw. rycerzy z Zachodniej Europy, wśród których najwięcej było Francuzów, stąd nazywano ich Frankami. Naturalnie, nie ma to nic wspólnego z Jakubem Frankiem – piszę na wszelki wypadek. A tak naprawdę kwestia związków między Frankami a Bogiem zaczęła się znacznie wcześniej. Otóż, jak sama nazwa wskazuje, Frankowie to było plemię germańskie, zamieszkałe co najmniej od III wieku naszej ery w dorzeczu dolnego Renu. W piątym wieku pod wodzą króla Childeryka, a potem jego syna Chlodwiga podbili większość Galii i sporą cześć dzisiejszych Niemiec i stworzyli państwo sięgające od Wezery na wschodzie po Atlantyk i Pireneje. Chlodwig za stolicę nowego państwa obrał dawną rzymską Lutecję, która od tamtejszego plemienia Paryzów została nazwana Paryżem. Jego następcy z dynastii Merowingów rozszerzyli swoje panowanie na całą Francję i trzy czwarte Niemiec.</p>
<p>Childeryk był synem Meroweusza, a ten – założycielem pierwszej królewskiej dynastii, rządzącej Galią, czyli Francją. A zatem: germańscy Frankowie (do Chlodwiga pogańscy, a potem chrześcijańscy) byli we Francji najeźdźcami, którzy podbili miejscowe plemiona, odepchnęli Rzym i byli aprobowani przez Bizancjum. Podobnie germańskimi najeźdźcami byli następcy Merowingów, Karolingowie. Największym z Karolingów był oczywiście Karol Wielki, Frank naturalnie.</p>
<p>Aha, warto pamiętać, że w najbardziej niemieckiej części Niemiec, Bawarii, leży przepiękna kraina winem i piwem płynąca, która nazywa się Frankonia. Najwspanialszym darem Bożym, jaki trafił się Frankończykom są białe wina Sylwaner oraz Müller-Thurgau a także piwo zoigl. Główne frankońskie miasta to Norymberga i Würzburg. W obydwu mieszkają frankońskie szczepy Pinkwartów… Związki między Frankonią a Frankami są jednak historycznie dość luźne.</p>
<p>I na koniec jeszcze jedno: pierwsza frankońska dynastia, rządząca Francją (która wszak swoją nazwę państwową bierze od tych germańskich najeźdźców) – Merowingowie, których królowie nosili długie blond włosy do ramion, i w tych włosach, jak u biblijnego mocarza Samsona, który na długo przed premierem Netanjachu napadł na Filistyńczyków, zabijając ich okrutnie oślą szczęką i wynosząc na własnych plecach bramę miasta Gazy – tkwiła ich wielka siła. I ci długowłosi mocarze na tereny niemieckie dotarli podobno znad Morza Śródziemnego. Dokładniej – przybyli z okolic miasta Saintes-Maries-de-la-Mer, Święte Marie z Morza. Gdzie w pierwszym wieku naszej ery, uciekając przez Morze Śródziemne z Bliskiego Wschodu, wylądowała Maria z Magdali ze swoją córką, wówczas już półsierotą – Sarą. Sara wyszła za mąż za emigranta z Egiptu, prześladowanego przez Rzymian, a jednym z ich potomków był Meroweusz.</p>
<p>To oczywiście tylko legenda, ale w zachodnim chrześcijaństwie bardzo mocno zakorzeniona. Tak czy inaczej – Bóg niewątpliwie działa przez Franków. A dokładniej – przez ludzi, których stworzył na obraz i podobieństwo swoje. Albo odwrotnie: po tylu latach trudno to ustalić jednoznacznie.</p>
<p><a href="https://www.dziennikarzerp.pl/wp-content/uploads/2024/01/pinkwart-foto.jpg"><img class="alignleft size-full wp-image-10277" alt="pinkwart foto" src="https://www.dziennikarzerp.pl/wp-content/uploads/2024/01/pinkwart-foto.jpg" width="240" height="180" /></a></p>
<p>&nbsp;</p>
<p>Maciej Pinkwart <em> 19 marca 2026</em></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>https://www.dziennikarzerp.pl/2026/03/bog-dziala-przez-frankow/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Safe Our Souls</title>
		<link>https://www.dziennikarzerp.pl/2026/03/safe-our-souls/</link>
		<comments>https://www.dziennikarzerp.pl/2026/03/safe-our-souls/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 12 Mar 2026 18:15:11 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Marek Kuliski</dc:creator>
				<category><![CDATA[Aktualności]]></category>
		<category><![CDATA[Kwaśny czwartek]]></category>

		<guid isPermaLink="false">https://www.dziennikarzerp.pl/?p=12922</guid>
		<description><![CDATA[Dziś podstawowym nominałem różnych walut są miliardy – złotych, euro, dolarów... Dla mnie to oczywiście kompletna abstrakcja, a tę lubię tylko w sztuce, i to nie każdej. Największym nominałem w walucie amerykańskiej, jaki kiedykolwiek miałem w portfelu był gustowny portrecik prezydenta Abrahama Lincolna na banknocie 5-dolarowym. U Raymonda Chandlera czytałem, że detektyw Philip Marlowe dysponował kiedyś portretem prezydenta Jamesa Madisona o nominale 5000 $, ale traktował go jak talizman, a może nawet fetysz. Teraz należy się spodziewać, że w portfelach kilkuset osób i w sejfach kilku banków światowych pojawią się banknoty z portretem Donalda Trumpa o nominale 1 000 000 000 $. Dodatkową atrakcją takich zabawek będzie zapis tej kwoty słownie: po amerykańsku (Pomarańczowiec zabroni nazywać języka, którym się posługuje językiem angielskim – i słusznie, bo z angielskim będzie on miał wspólne tylko kilka słów) miliard to billion. Fajnie brzmi.]]></description>
				<content:encoded><![CDATA[<p>Już dziś kilka światowych potencji zapłaciło Trumpowi po jednym trumpie za frajdę bycia, z przeproszeniem, członkami Rady Pokoju, której dożywotni i dziedziczny przewodniczący jako pierwsze działanie wywołał wojnę z Iranem. Przewodniczący Rady Pokoju zapowiedział, że po całkowitym zniszczeniu Iranu zamierza wywołać wojnę z Kubą, a potem pewnie z Hiszpanią. Następne w kolejce są Meksyk i Kanada, ale to dopiero po wspólnym amerykańskim Mundialu, który wygrają Stany Zjednoczone; odpowiedni protokół już leży na biurku prezesa FIFY Gianniego Infantino. Rada Pokoju została powołana w celu odbudowy strefy Gazy, ale razie nie ma jak się za to zabrać, bo Izrael, zajęty teraz zabijaniem Irańczyków i Libańczyków nie zdążył na razie oczyścić placów budowy w strefie Gazy i jeszcze żyje tam trochę Palestyńczyków. A poza tym Pan Pomarańczowy w przerwach między zabijaniem ajatollahów oraz irańskich dziewczynek w szkole w Minabie i rzyganiem na tych, co nie uważają go za największego męża stanu w historii ludzkości zajmuje się podziwianiem wiertarek i zasłon w budowanej przez siebie sali balowej w Białym Domu, najwspanialszej na całym świecie. Jest także zajęty oglądaniem samego siebie na Tik-Toku, jak przebiera się za papieża, robi kupę na przeciwników politycznych, gra w hokeja w garniturze i wali w mordę innych hokeistów. Niektórzy nazywają go prezydentem największego mocarstwa na świecie, który obok lekarstwa na nadciśnienie i puchlinę wodną trzyma walizkę z guzikiem atomowym. Co do tych miliardów/bilionów zielonych, to na moją wyobraźnię podziałała ostatnio informacja o zakończeniu budowy GEM, czyli Wielkiego Muzeum Egipskiego. Budowa kosztowała, w zależności od szacunków – 1-1,2 mld $. I Egipcjanom, i mnie do niedawna wydawało się to kwotą astronomiczną, iście faraońską. Teraz już tak nie myślę. Miliardy, a nawet biliony mi się strasznie ostatnio zdewaluowały, zwłaszcza że od pewnego czasu nasi przedstawiciele tak Hutu, jak i Tutsi ostrzą sobie maczety na kamieniu osełkowym, wartym 185 miliardów złotych lub 44 miliardy €. Co do euro, to miałem kiedyś w portfelu trzy banknoty po stówce, ale nic mi z tego nie przyszło poza kłopotami, bo kraj, w którym chciałem to wydać był w zasadzie cywilizowany, i to od kilku tysięcy lat i wszędzie dało się płacić kartą. Prawie wszędzie: w toalecie się nie dało, a ze stówki <i>pisuardessa</i> nie miała wydać. W końcu, skorzystałem na kredyt obiecując, że następnym razem użyję za podwójną stawkę. Obietnica była taka więcej polityczna, bo jej nie zrealizuję tak jak Tusk stu konkretów. Nigdy tam nie wrócę, a jeśli nawet, to nie zauważę, bo nie mam bladego pojęcia, gdzie to było: toaleta stała koło jakichś zrujnowanych zabytków. I toalety, i ruiny są szalenie do siebie podobne (znaczy – toalety do toalet, a ruiny do siebie i do mnie), a nazwy ruin nie zapamiętałem. Toaleta była marki <i>Ideal Standard</i>, co zapamiętałem, bo jeśli coś jest zarazem standardowe i idealne, to musi to być toaleta dla człowieka w potrzebie.</p>
<p>Te miliardy teraz latają po całym polskim eterze, jak pociski do haubic, których nie mamy w nadmiarze (i haubic, i pocisków), a podobno moglibyśmy mieć za to, co nam Unia niedrogo pożyczy, a my zainwestujemy i już za jakieś 10-15 lat będziemy mieli wyprodukowane w polskich zakładach zbrojeniowych, które najpierw zbudujemy, wyposażymy i poświęcimy. W międzyczasie rząd zmieni się ze trzy razy, a ministrem wojny zostanie boski Antoni lub konfederata monarchii polskiej Roman Fritz, a pożyczkę – tanią – będą spłacać jeszcze wnuki Jarosława Kaczyńskiego i jego kota.</p>
<p>Pan z Pałacu Namiestnikowskiego, nie chcąc narazić się swoim mocodawcom (przyjmijmy roboczo, że na razie chodzi o PiS), którzy nie zgadzają się na pożyczkę, jaką załatwił Tusk – musi ustawę o wdrożeniu Sejfu zawetować. Ale pan Namiestnik (przyjmijmy na razie roboczo, że namiestnik prezesa PiS) jest też jakoby zwierzchnikiem sił zbrojnych, więc nie chce wyjść na dudka, który żołnierzom skąpi, przeto wezwał na odprawę niezależnego prezesa niezależnego banku centralnego i razem wymyślili, że zamiast brać tanią pożyczkę z tej parszywej Unii, która być może zacznie znów kontrolować, czy rząd praworządnie wydaje te miliardy, nie przelewając niczego na konto jakiegoś egzorcysty czy chowając w remizie strażackiej – weźmie te pieniądze z banku bez żadnych procentów i zobowiązań. Prezes banku przyniesie je w teczce, rzuci komu trzeba na stół i haubice posypią się jak części strąconego z nieba drona. A prezydent zyska doskonały kamuflaż dla kolejnego <i>vetum separatum</i>.</p>
<p>185 miliardów złotych w banknotach 100 złotowych waży 1850 ton, w 200 złotowych – 925 ton, w 500-złotowych (widziałem kiedyś dwa takie banknoty, zaglądając przez ramię rencistce, która stojąc przede mną w kolejce na poczcie płaciła za czynsz!) – tylko 370 ton. Te pięćsetki prezes Glapiński musiałby przewieźć mniej więcej 18-ma tirami. Natomiast, gdyby Donalda Tuska unioniści obsypali eurosami, to musiałby dźwignąć od 80 ton (w nominałach 500 €) do 800 ton w banknotach 50-eurowych. Załóżmy, że wyrwalibyśmy z Brukseli banknoty 500-eurowe. Tu wystarczyłyby 3-4 Tiry. No to kto jest bardziej szczodry? Każdy przecież przyzna, że 18 Tirów to więcej niż cztery Tiry? Oczywiście, żartuję. Dziś pieniądze się przelewa jednym kliknięciem, z potwierdzeniem transakcji na telefonie, jeśli akurat jest zasięg. Ciężarówki wożą tylko pelet do GS-ów. Jeśli akurat rzucą.</p>
<p>Duetowi bankowo-pałacowemu zarzuca się, że obiecują gruszki na wierzbie i NBP nie ma wcale pieniędzy na zbyciu, a już na pewno nie 185 miliardów złotych – zwłaszcza że dochody, które bank jest obowiązany przekazywać do budżetu, prezes Glapiński ostatnio miał za rządów PiS-u, więc Morawieckiemu dosypywał sałaty, a gdy do władzy doszedł Tusk, stracił impet i z roku na rok miał nawet kilkadziesiąt miliardów straty. Więc skąd ma mieć te pieniądze na antyunijny sejf?</p>
<p>No, po prostu: z sejfu. W sejfach banku centralnego jest od cholery sztabek złota. Glapiński wypuści je na rynek i sprzeda. Złoto, którego jest mało, stoi teraz wysoko. Jak NBP swoje złoto sprzeda, to na rynku będzie go więcej, więc zgodnie z prawami ekonomii, cena spadnie. I wtedy prezes Glapiński swoje złoto odkupi. I tak i złoto zachowa, i zarobi 185 miliardów. Dlaczego akurat 185? A płaskowyż go wie! W każdym razie operacja <i>drogo sprzedam – tanio odkupię</i> nie będzie banku kosztowała nic, może poza transportem tego towaru. Proste. Czego tu profesor Balcerowicz nie rozumie? Czy nowymi konsultantami panów bankowo-pałacowych zostali panowie Bagsik i Gąsiorowski z oscylatora Art-B? Do takich supertajnych informacji dostęp ma tylko profesor Sławomir Cenckiewicz. I pewno tylko on wie, czy kontrahentem na to złoto nie jest przypadkiem wcześniej umówiony Władymir Władymirowicz, który złoto kupi, ale już potem nie odsprzeda i prezes Glapiński zostanie z pustym sejfem jak Himilsbach z angielskim.</p>
<p>Polski rząd udaje, że jest makiawelicznie <i>sprytaśny</i> i zamiast dać się ograć tandemowi bankowo-prezydenckiemu, sam go chce wyrolować mówiąc – macie zbędną <i>kaskę</i> i chcecie ją dać na wojsko? Proszę uprzejmie, miliardów ci u nas dostatek, ale i te przyjmiemy. Nic z tego rzecz jasna nie będzie, ale przez chwilę wyobraźnię pana Kosiniaka mile łechce to, że będzie miał na parkingu dwadzieścia parę tirów pieniędzy w wysokich nominałach. Ile to haubic, ile czołgów, ile Krabów, Rosomaków, Borsuków, Raków, Langust, Homarów, dronów i innych proc laserowych, na których tle można się fajnie sfotografować…</p>
<p>Czy to nam zapewni bezpieczeństwo? Jasne, że nie. W wielu krajach policja ma więcej broni niż przestępcy (może u nas nie…), a przestępczość kwitnie. Jeśli zaatakują nas źli ludzie, to pierwsze co zrobią, to rozpirzą nasze rakiety, czołgi, Kraby i całe to Zoo. I to nie ruszając się z domu, po prostu przyciskając guzik. A my, żeby przycisnąć nasz guzik – jeśli broń nie będzie całkiem polska, a nie będzie – będziemy musieli zatelefonować do pana Trumpa, czy pozwoli jej użyć wobec jego kumpla od czerwonego dywanu. I jak myślicie, pozwoli? A czy do tych zabawek, które minister Błaszczak kupił za wony w Seulu, to dali guzik i czy trzeba będzie telefonować o zgodę po koreańsku? A propos – może załatwimy sobie trzeci sejf? 185 miliardów złotych to 75 bilionów wonów… Byłoby co liczyć.</p>
<p>Żarty na bok. 185 miliardów złotych razy dwa to 370 miliardów złotych, czyli ponad sto miliardów dolarów. Czyli jakieś 740 nowoczesnych szpitali powiatowych z pełnym wyposażeniem. Ale w Polsce mamy tylko 380 powiatów. I 170 tysięcy lekarzy. Te szpitale, które można by wybudować i wyposażyć za pieniądze z sejfu stałyby puste, jak szpitale covidowe za ministra Niedzielskiego. A ludzie i tak by chorowali, bo szpital może wyleczyć chorobę, ale nie człowieka. I to tylko wtedy, jeśli pan doktor akurat wpadnie na chwilę do państwowej roboty. Za pojedynczy sejf można by wybudować jakieś 2000 supernowoczesnych szkół średnich. Albo około 100 uniwersytetów. Tylko po cholerę nam tylu wykształciuchów? Jeszcze by głosowali na nie tego, co powinni…</p>
<p>Albo, jak byśmy odkryli na Pustyni Błędowskiej ze trzy-cztery piramidy (zresztą, możemy sobie zbudować, a co, stać by nas było), to za tę <i>kaskę</i> moglibyśmy wybudować ze sto dwadzieścia Wielkich Muzeów Egipskich. Tyle że skarb Tutenchamona jest tylko jeden i to nie u nas, a tyle muzeów wielkich przegranych powstań polskich oraz żołnierzy wyklętych i tak nie obsłużyłyby wszystkie wycieczki szkolne i parafialne.</p>
<p>Może więc z programu SAFE, ktokolwiek go będzie załatwiał, lepiej byłoby wybudować tysiąc bazylik wielkości Lichenia, w których z pożytkiem dla wszystkich moglibyśmy się modlić o pokój. Pomogłoby tak samo jak program zbrojeń, a byłoby ciszej i lepiej dla ekologii, no i moglibyśmy z powodzeniem realizować program ratowania naszych dusz. A za pozostałe drobne moglibyśmy wybudować 10 300 parafialnych strzelnic sportowych, w których za niewielką opłatą Grzegorz Braun, Przemysław Czarnek, dr Władysław Kosiniak-Kamysz i inni patrioci szkolili by nas w strzelaniu do tarcz z wizerunkami osób innego wyznania, innego koloru, innej orientacji, głosujących na tych drugich lub kibicujących innej drużynie piłkarskiej. Tarcze wygeneruje polska sztuczna ćwierćinteligencja.</p>
<p><a href="https://www.dziennikarzerp.pl/wp-content/uploads/2024/01/pinkwart-foto.jpg"><img class="alignleft size-full wp-image-10277" alt="pinkwart foto" src="https://www.dziennikarzerp.pl/wp-content/uploads/2024/01/pinkwart-foto.jpg" width="240" height="180" /></a></p>
<p><b>Maciej Pinkwart</b></p>
<p><em>12 marca 2026</em></p>
<p>&nbsp;</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>https://www.dziennikarzerp.pl/2026/03/safe-our-souls/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Marcowanie</title>
		<link>https://www.dziennikarzerp.pl/2026/03/marcowanie/</link>
		<comments>https://www.dziennikarzerp.pl/2026/03/marcowanie/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 05 Mar 2026 10:48:21 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Marek Kuliski</dc:creator>
				<category><![CDATA[Aktualności]]></category>
		<category><![CDATA[Kwaśny czwartek]]></category>

		<guid isPermaLink="false">https://www.dziennikarzerp.pl/?p=12887</guid>
		<description><![CDATA[- Uwaga, leci!

Usłyszałem, będąc już całkiem blisko górnej stacji. I zobaczyłem, jak jakaś samotna narta, niestrzeżona i nie posiadająca ski-stopów, odjechała komuś sprzed budynku stacyjnego i pogoniona grawitacją odbiła się od nierówności na ścieżce, wyleciała w powietrze, uderzyła o muldę, przeleciała jakieś dwa metry koło mnie, walnęła o stok i zjeżdżając coraz szybciej, znikła w dolnej części kotła. Pora była wczesna, czasy trudne, więc ludzi mało, a ci co już wjechali na Kasprowy, zjeżdżali raczej w Goryczkową. Ja kręciłem po Kotle Gąsienicowym. Narta-uciekinierka nie zrobiła nikomu krzywdy. Po chwili zresztą, już zjeżdżając, widziałem jak ktoś wwoził ją wyciągiem na górę.]]></description>
				<content:encoded><![CDATA[<p>Marzec był dla mnie początkiem wspaniałej zimy narciarskiej, która trwała do 1 maja, kiedy to kolej zamykali. Słońce było wysoko, świeciło mocno, często jeździłem w samej koszuli, najchętniej białej, dżinsach i krótkim serdaku. Śniegu bywało na Kasprowym od półtora do trzech metrów, w Pięcistawach ponad pięć. Zdarzyło mi się parę razy, że kończąc zabawę, zjeżdżałem przez Goryczkową do Kuźnic, a dalej, nie zdejmując nart, podjeżdżałem do mojego osiedla na Orkana.</p>
<p>Dlatego trochę mnie dziwią głosy, które w tym roku z desperacją zauważyły, że śnieg i mróz przyszły już w styczniu, a w drugiej połowie lutego narzekały, że wiosna się opóźnia, a tak na nią się z wytęsknieniem czeka. Inna rzecz, że najpierw rozpaczali, że zima która początkowo ich cieszyła, bo nie była w większości kraju oglądana od dziesiątków lat, a żeby dzieciom pokazać zimą śnieg, trzeba było wykupić drogie wczasy w Zakopanem – zasypała ich tym śniegiem i jeszcze ścisnęła straszliwym, syberyjskim mrozem poniżej minus dziesięciu stopni. A potem narzekali, że ta wyglądana od stycznia wiosna przyszedłszy pod koniec lutego, stopiła ten cholerny śnieg i zrobiła się z niego woda, niebywałe!</p>
<p>Na pogodę narzekamy zawsze, kiedy odbiega od normy, a norma w pogodzie nie istnieje. Dziwactwa pogodowe nie są skutkiem procesu ocieplenia, zmiany klimatu i dziur ozonowych czy innych: pogoda tak ma. W 1860 roku ksiądz Józef Stolarczyk pisał w <i>Kronice parafii zakopiańskiej</i>, że zima zaczęła się 4 lipca, śnieg przysypał Tatry, Regle, a nawet Gubałówkę, a w Zakopanem padał z deszczem. Trzy lata później zanotował: Rok 1863 zaczął się bez zimy – w lutym i marcu prawie śniegu nie było – do tego wiosenne ciepło – za to lato było suche ale zimne. W 1864 roku zima zaczęła się dopiero w styczniu, trwała do marca, a potem w kwietniu wróciła, lato było deszczowe, a 4 października zima zaczęła się znów. Rok później – mróz przyszedł dopiero pod koniec marca, temperatura spadła do minus 25 stopni, po czym była piękna wiosna, a kolejny śnieg przyszedł na świętego Jana, czyli w czerwcu… W 1866 roku styczeń i luty były bez śniegu, tak naprawdę biało się zrobiło 20 maja, przyszedł mróz, z dachów zwisały wielkie sople. Za to w Boże Narodzenie było gorąco jak latem. Jako tako normalnie było w 1867 i 1868 roku – śnieg spadł na Wszystkich Świętych i leżał do 25 kwietnia… A 1 maja 1874 spadł śnieg do pasa…W 1882 roku zimy w ogóle nie było.</p>
<p>Jak więc widać, proboszcz zakopiański nie był specjalnie miłośnikiem tatrzańskiej zimy – na nartach jeszcze wtedy w Tatrach nie jeżdżono. W jednym z listów z 1888 roku Stolarczyk narzekał: <i>Rzeczywiście śnieg sobie nas tego roku polubił, nie chce od nas odejść. Przykry to gość, ale cóż robić. Dopokąd nie odejdzie – wina się nie dotknę, bo nie ma przy nim chumoru</i> [!].</p>
<p>Śnieg zatem to zarazem rzecz pożądana i niechciana. I w dodatku nieprzewidywalna, choć jakieś zasady są i można się na nich opierać. Ryzyko tatrzańskich prognoz pogodowych prezentowanych w telewizji ponosili najpierw tak zwani najstarsi górale, a potem Michał Furmanek ze stacji meteo na Równi Krupowej. Ale i mnie się raz zdarzyło, że na prognozę pewnej młodej góralki postawiłem całą swoją karierę zawodową.</p>
<p>A było tak. Zakończył się remont Atmy i muzeum zostało przygotowane do otwarcia, przewidzianego na 6 marca 1976 r. Pracowałem tam już drugi miesiąc.</p>
<p>Sięgam do ściągawki w mojej książce Stara Atma.</p>
<p>Pod koniec lutego zaczęła mnie boleć głowa, byłem też coraz bardziej nerwowy. Przypisywałem to obawom przed uroczystością otwarcia, choć w zasadzie wszystko było zapięte na ostatni – no, powiedzmy: przedostatni – guzik. To znaczy, jeśli chodzi o ekspozycję, bo pięterko, przeznaczone dla administracji i na archiwum, było ciągle w proszku. Co prawda, mieszkałem w Zakopanem już ponad rok, ale jeszcze nie umiałem przewidzieć nadejścia halnego i zapobiec jego skutkom. Uczciwie mówiąc, nadal nie umiem… Tak czy inaczej, dmuchnęło solidnie i śnieg zaczął znikać w okamgnieniu. I wtedy zobaczyliśmy, gdzie się podziały śmieci, uprzątnięte rzekomo przez ekipy remontowe. Po prostu przez cały czas remontu wylatywały sobie spokojnie przez okno, a kolejne śnieżyce sprawiały, że znikały z oczu. Teraz wyglądało na to, że Atma stoi na kiepsko urządzonym wysypisku, przez które w dodatku przebiega głęboki na kilkadziesiąt centymetrów rów, wyłożony czerwonym plastikiem z kablami elektrycznymi, czy rurami wodociągowymi – już nie pamiętam – prowadzącymi od posesji Zofii Walczakowej. Zaproszenie na ten śmietnik gości, a co więcej – pokazanie tego w telewizji groziło kompletnym skandalem.</p>
<p>Były cztery dni do otwarcia. Opadły nam ręce.</p>
<p>Wiatr ucichł, temperatura spadała, nad Czerwonymi Wierchami nadal wisiał groźny, czarny wał, ale zza Giewontu zaczynały wyłazić drobne kłaczki strzępiastych chmurek.</p>
<p>– Bee kurzić – zawyrokowała Ania Ślimak, moja najwspanialsza sekretarka.</p>
<p>Była góralką z dziada pradziada, w dodatku jej przodkowie (przodkinie?) mieli (miały?) bliskie kontakty z pierwszym proboszczem Zakopanego, księdzem Józefem Stolarczykiem. Potem się dowiedziałem, że jej prababcia była jedną ze spadkobierczyń plebana spod Giewontu. Zobaczyłem światełko w tunelu, i nie była to lokomotywa. Zaproponowałem wicedyrektorowi Franciszkowi Stolotowi, który mieszkał w Atmie w ostatnich dniach remontu, żebyśmy ściągnęli ze służb miejskich spychacz, który to wszystko wyrówna i uporządkuje. Niezbyt chętnie, ale się zgodził.</p>
<p>Nazajutrz, przy pięknej wiosennej pogodzie spychacz wyrównał teren. Wyglądało na to, że śmieci jest jeszcze więcej, tylko teraz są równo ubite wokół muzeum. Było koszmarnie, o wiele gorzej, niż przedtem.</p>
<p>– Przynajmniej się nie będą potykać, to już jakaś korzyść – zaryzykowałem żarcik. Stolot spiorunował mnie wzrokiem i nie odezwał się. Moja kariera w Atmie – zanim jeszcze się zaczęła – zawisła na bardzo cienkim włosku.</p>
<p>Wieczorem zaczął padać śnieg, i padał przez cały następny dzień. Śmieci zniknęły bez śladu. Było coraz ładniej.</p>
<p>Wyprzedzając chronologię dodam, że koszmarny, poremontowy bałagan ostatecznie znikł sprzed Atmy dopiero późną wiosną 1976 roku, kiedy to członkowie PZPR z Podstawowej Organizacji Partyjnej instytucji i organizacji kulturalnych Zakopanego zwrócili się do mnie z propozycją zorganizowania partyjnego czynu pierwszomajowego, polegającego na sprzątaniu naszego terenu. Wywieziono wówczas trzy pełne wywrotki rozmaitego badziewia, a zdjęcia z tej akcji (spokojnie, nie opublikuję!) były jednym z niewielu świadectw ówczesnego związku Atmy z kulturalnym środowiskiem Zakopanego. Były to zresztą czasy, w których mówiono, że jest w Zakopanem kilkadziesiąt instytucji kultury i kilku ludzi kulturalnych…</p>
<p>5 marca 1976 r. późnym popołudniem podziwialiśmy wszakże czysty, zimowy pejzaż przed Atmą oddychając z ulgą, że groźba kompromitacji może nie znikła zupełnie, ale odsunęła się w czasie. Moja kariera też tymczasowo ocalała. Na 36 lat.</p>
<p>Wieczorem łyknąłem nervosol i poszedłem spać. Ranek 6 marca 1976 r. wstał piękny jak z bajki Andersena o Królowej Śniegu. Było biało, bezchmurnie, niewielki mróz. Śnieg przed Atmą skrzył się w słońcu i skrzypiał pod nogami. Nad oknami i na gontowych daszkach płotu piętrzyły się śniegowe czapki. Pomyślałem, że zdjęcia będą udane. Zapowiadał się interesujący i długi dzień.</p>
<p>Oficjalną uroczystość inauguracji Atmy zorganizowano poza Atmą, na piętrze Domu Turysty, gdzie wówczas mieścił się Klub Międzynarodowej Prasy i Książki. Oddawano tam hołdy głównie Sergiuszowi Lifarowi, paryskiemu tancerzowi, który tańczył rolę Harnasia we francuskiej prapremierze baletu i Jerzemu Waldorffowi, który w znacznym stopniu przyczynił się do wykupienia Atmy z rąk prywatnych. Grała kapela Maśniaków. Były liczne przemówienia. O Szymanowskim nie mówił prawie nikt. Poznałem wtedy Krystynę Dąbrowską, siostrzenicę Szymanowskiego – ukochaną Kicię i Zdzisława Sierpińskiego, dziennikarza, który zainicjował starania o utworzenie muzeum Szymanowskiego. Urwałem się stamtąd, żeby dopełnić swoich obowiązków gospodarza. Bynajmniej nie gospodarza uroczystości, tylko gospodarza posesji. W Warszawie takiego kogoś nazywaliśmy cieciem.</p>
<p>Wcale nie przesadzam. Kiedy w czasie uroczystości w pewnym momencie zapytałem dyrektora Muzeum Narodowego w Krakowie, czy jeszcze coś powinienem zrobić, czego dopilnować, żeby wszystko zagrało, Tadeusz Chruścicki, chcąc dobrze i sprawczo wypaść w oczach Jerzego Waldorffa, powiedział mi, że jedyne czego powinienem dopilnować to to, żeby nikt niczego nie ukradł. I że nie ja jestem tu najważniejszą osobą. Waldorff się uśmiechnął z aprobatą, a ja powiedziałem:</p>
<p>- Oczywiście panie dyrektorze, wiem. Najważniejszą osobą jest tu Karol Szymanowski.</p>
<p>Topór wojenny został wykopany. Z Chruścickim polubiliśmy się – trwale i szczerze – dopiero w czasie stanu wojennego, kiedy to zaczęliśmy razem jeździć na nartach.</p>
<p>Ten numer z nazwiskiem powtórzyłem przeszło rok później, kiedy zakładaliśmy Towarzystwo Muzyczne im. Karola Szymanowskiego. Waldorff powiedział mi wtedy, że kiedyś na pewno postawią mi w Zakopanem pomnik, ale na razie mnie nikt nie zna, więc lepiej będzie, jak to nie ja, tylko on będzie zapraszał na zebranie członków-założycieli. Ogólnie miał rację, może z wyjątkiem tego pomnika, ale to ja byłem kustoszem Atmy i nie tylko już te zaproszenia podpisałem i wysłałem, ale od wszystkich ważnych osobistości świata muzycznego (i nie tylko) już dostałem pozytywne odpowiedzi. Jednak tego mu nie powiedziałem.</p>
<p>On siedział w zielonym Peugeocie i mówił do mnie przez uchylone drzwi, ja stałem obok, opierając się o rower, który mi wówczas pożyczyła Ania Ślimak. Powiedziałem:</p>
<p>- Ma pan absolutną słuszność. Jednak uważam, że do Towarzystwa Muzycznego imienia Karola Szymanowskiego powinno jednać ludzi inne nazwisko. Nazwisko Karol Szymanowski.</p>
<p>Waldorff trzasnął drzwiami i odjechał. Do końca życia mi tego nie darował. Pisał skargi na mnie do dyrekcji, do ministerstwa kultury, do Towarzystwa Muzycznego… Nazywał mnie wtedy bezczelnym młokosem. Psiakrew, piękne czasy…</p>
<p>Wczesnym popołudniem oficjele prowadzeni przez kapelę Maśniaków przeszli piechotą z Domu Turysty, koło mocno zniszczonej już wtedy Limby, gdzie Szymanowski pisał Harnasie, wokół domu Zofii Walczakowej, do Atmy, gdzie muzykę przejęła kapela Obrochtów, których do tego zaprosiłem. Ania Ślimak zawiesiła przy wejściu biało-czerwoną wstążkę i podała na tacy nożyczki. I tacę, i nożyczki przyniosła z domu. Wstęgę przywiozła dyrekcja. Do przecięcia wstęgi dyrektor Chruścicki poprosił Krystynę Dąbrowską, z którą od razu się serdecznie polubiliśmy i Jerzego Waldorffa, z którym – jak wspomniałem &#8211; od razu się serdecznie znielubiliśmy.</p>
<p>Była sobota, 6 marca 1976 r. Pięćdziesiąt lat temu.</p>
<p><a href="https://www.dziennikarzerp.pl/wp-content/uploads/2023/08/pinkwart-foto.jpg"><img alt="pinkwart foto" src="https://www.dziennikarzerp.pl/wp-content/uploads/2023/08/pinkwart-foto.jpg" width="240" height="180" /></a></p>
<p><b>Maciej Pinkwart             </b><em>5 marca 2026</em></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>https://www.dziennikarzerp.pl/2026/03/marcowanie/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Marzenia o Alcatraz</title>
		<link>https://www.dziennikarzerp.pl/2026/02/marzenia-o-alcatraz/</link>
		<comments>https://www.dziennikarzerp.pl/2026/02/marzenia-o-alcatraz/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 26 Feb 2026 11:33:27 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Marek Kuliski</dc:creator>
				<category><![CDATA[Aktualności]]></category>
		<category><![CDATA[Kwaśny czwartek]]></category>

		<guid isPermaLink="false">https://www.dziennikarzerp.pl/?p=12877</guid>
		<description><![CDATA[Wciąż jeszcze pozostający tylko w leczeniu ambulatoryjnym prezydent USA marzy o reaktywowaniu więzienia w Alcatraz i chce na jego odbudowę wydać dwa miliardy dolarów. Być może trzeba będzie na to uszczknąć co nieco z funduszu Rady Pokoju. Bo co jak co, ale w Alcatraz będzie i sporo pokoi, i wojna raczej tam nie wybuchnie. A jeśli nawet, to środki zabezpieczenia pokoju sprawdzone w Minneapolis będą tam działać znakomicie.

Jestem w mojej ulubionej restauracji słowackiej. Czytam Jedalny listok. A w nim widzę slovenské pirohy, z bryndzą, śmietaną i skwarkami. Smaczne? Jeszcze jak! Niezdrowe? Jeszcze jak! Stowarzyszenie Lekarzy Kardiologów zbiera podpisy pod petycją, żądającą zakazu umieszczania slovenskych pirohov w jakimkolwiek menu. A może w ogóle drukowania menu, bo ktoś mógłby sobie jakieś niezdrowe danie zamówić. I dostać cholesterolu. I umrzeć na zawał.

Istnienie jakiegoś dania w menu nie zmusza nikogo do jego zamawiania. Podobnie aprobata dla feminatywów nie oznacza przymuszenia wszystkich do określania kobiety prowadzącej auto mianem kierowczyni, ani zakazu nazywania psychiatrki lekarzem-psychiatrą. Inna rzecz, że określenie lekarz-psychiatra, a nie lekarz-psychiater to dość wyczuwalna niekonsekwencja, która może powodować pewien dyskomfort.]]></description>
				<content:encoded><![CDATA[<p>Co do dyskomfortu, to jego odczuwanie zawsze jest sprawą indywidualną, choć pewne kręgi i te odczucia chciałyby ująć w ramy prawne. Dążenie do równouprawnienia kobiet jest sprawą ze wszech miar szlachetną, choć zawieranie go w różnych kodeksach wydaje się sprzeczne z samą ideą równo-uprawnienia. W normach prawnych, określających przepisy wybierania do rozmaitych ciał przedstawicielskich czy biznesowych stosuje się zasady tzw. parytetu, a więc dążenia do tego, by liczba kobiet była w owych ciałach równa liczbie mężczyzn. Ale jakoś nigdzie nie próbuje się w ten sam sposób określić liczby mężczyzn. Słabo zresztą się to sprawdza, bo ludzie zdaje się wybierają do władz swoich przedstawicieli nie według płci, tylko według poglądów i przynależności partyjnej. Parę lat temu chciałem się tej tendencji przeciwstawić i o mało nie zagłosowałem na Magdalenę Ogórek, a ostatnio długopis zatrzymał mi się nad kratką przy nazwisku Magdaleny Biejat. Oczywiście, nie jest wykluczone, że długopisem tym kierowała moja sympatia do imienia Magdalena. I choć ostatecznie z bólem serca nie zagłosowałem za tymi kandydatkami, to jednak przyznaję, że przynajmniej w jednym z tych przypadków nie kierowałem się poparciem dla programu, tylko dla podwójnych chromosomów X.</p>
<p>Samą ideę parytetu rozumiem: długotrwała i – powiedziałbym – zdeterminowana przez biologię zasada, przyznająca kobiecie priorytet w działaniach na rzecz ochrony i przedłużenia gatunku daje jej prawo do bycia chronioną i uprzywilejowaną w tym sensie, że lepiej dla wydawanego na świat potomstwa będzie gdy bezpiecznie będzie siedziała w jaskini, mieszała w garnkach i karmiła swoje dziecięta i swoich mężczyzn, zamiast być narażaną na brutalny kontakt z tygrysem szablozębnym czy chamidłem z sąsiedniego plemienia. Stąd nie tylko wyśmiewana zasada trzech K – <i>Kinder, Küche und Kirche</i> – ale także ustępowanie miejsca w tramwaju, puszczanie przodem w drzwiach, goździki na Dzień Kobiet czy wszelkie inne przejawy tak zwanej rycerskości. Ale ta rycerskość jakoś nie kierowała członkami francuskiej Akademii Nauk, którzy w 1911 r. nie przyjęli do swojego grona Marii Skłodowskiej-Curie tylko dlatego, że jest kobietą. A może dlatego, że pod względem wiedzy i praktyki naukowej większość z nich mogłaby jej buciki czyścić.</p>
<p>Prawo do ochrony, jakie kobietom przysługiwało (świadomie ujmuję to w elegancką formę, zamiast mówić o bezczelnie dominującym patriarchacie) – póki jest prawem, nie jest niczym zdrożnym. Kłopoty zaczynają się w momencie, gdy prawo do pozostawania w domu i bycia ochranianą przez mężczyznę zmienia się w zakaz opuszczania domu i kodeksowe lub szariatowe podporządkowanie się mężczyznom. Ale tu dwie uwagi natury ogólniejszej: po pierwsze – zanim na świecie zapanował patriarchat, w wielu miejscach panował matriarchat, kobiety rządziły nie tylko w królestwie Amazonek, a figurki prehistorycznych Venus (zdecydowanie nie pasujące do naszych dzisiejszych wyobrażeń o pięknie) czczone były w znacznie większym stopniu niż figurki falliczne, które dziś częściej śmieszą niż wzbudzają podziw czy zazdrość. I druga sprawa – czy się to rozmaitym sufrażystkom, emancypantkom i feministkom (a także feministom) podoba czy nie, to ciągle jeszcze nie ma mężczyzn zachodzących w ciążę i rodzących dzieci. To, o ile wiem, zdarza się tylko samcom koników morskich i Arnoldowi Schwarzeneggerowi.</p>
<p>Z powodu owej wyjątkowej roli – dla biologii pewno najważniejszej – wynikają dla kobiet przywileje, ochrona, szacunek i miłość. Ale jak to się ma do ustawowych parytetów, feminatywów czy szarmanckiej rycerskości? Pewno jest to tylko forma, która jeśli jest pozbawiona treści, niczego mądrego nie przynosi.</p>
<p>Teraz sprawy większego kalibru. Na całym świecie od lat trwają batalie wokół kwestii przerywania ciąży, a raczej nie aborcji jako takiej, tylko zakazu lub przyzwolenia na terminację niechcianej lub zagrażającej życiu czy zdrowiu kobiety ciąży. Nie widziałem żadnych większych protestów czy manifestów politycznych skierowanych bezpośrednio do kobiet chcących przerwać sobie ciążę. Są to głównie żądania umieszczenia w prawie zakazu przerywania ciąży lub nieprzyjmowania kodeksowych możliwości aborcji. No i oczywiście są ataki na lekarzy, takich zabiegów dokonujących.</p>
<p>Chciałbym najpierw powiedzieć jedno: aborcja nie jest OK, jak głosi jedno z najgłupszych haseł, jakie ostatnio widziałem. Każda aborcja jest złem, dla wielu jest grzechem, najczęściej wielkim dramatem, zawsze traumą. Z pewnością nie jest to ultymatywny środek antykoncepcyjny – jeśli ktoś naprawdę tak myśli, to jest nienormalny. Jednak zajście w ciążę nie zawsze jest skutkiem wielkiej miłości i świadomej chęci powiększenia rodziny. Często dzieje się to wbrew woli jednej, lub nawet obu stron. Urodzenie dziecka niekiedy staje się – przepraszam, że to powiem – karą za nieostrożność, swobodę, nadmierne zaufanie czy po prostu głupotę. I choć takie niechciane dziecko z wpadki po czasie najczęściej staje się dzieckiem szczególnie kochanym – nie może to odbywać się jako skutek jakiegokolwiek przepisu. Miłości, przyjaźni czy nawet tolerancji nie da się wymusić przepisami.</p>
<p>I jeśli w przepisach prawnych, które uchwali jakikolwiek parlament – nie nasz oczywiście, nie w tym kraju i nie przy tych władzach i nie przy tym faryzeizmie – znajdzie się ograniczona dopuszczalność aborcji, to przecież nie będą one oznaczać przymusu aborcji. Przeciwników aborcji nikt do przerwania ciąży nie będzie zmuszał. Zwolenników zresztą też. W kraju, w którym, podobno, 89 % osób deklaruje przynależność do kościoła katolickiego, uważającego aborcję za grzech śmiertelny – zakaz przerywania ciąży wydaje się całkowicie zbędny. W dodatku przeciwnicy przepisów legalizujących ograniczoną przecież dopuszczalność aborcji twierdzą, że są za życiem a przeciwko zabijaniu ludzi w łonie matki. Jeśli aborcja jest równoznaczna z zabójstwem, to po co uchwalanie jej zakazu? Istnieje art. 148 KK: „Kto zabija człowieka…”.</p>
<p>O tym, że zarówno zakazy jak i nakazy prawne są wyrazem – powiedziałbym – bezradności, albo nawet naiwności prawodawców świadczy treść kamiennych tablic z góry Synaj. Bóg, dając je Mojżeszowi i Mojżesz przyjmując je z deklaracją wdrażania w życie zawartych w nich przepisów, dokonali pustego gestu, bo przecież Wszechmocnego i Wszechwiedzącego trudno posądzać o bezradność czy naiwność. Inna rzecz, że obdarzając ludzi wolną wolą już z definicji Bóg był albo naiwny, albo perfidny: przecież wiadomo było Mu z pewnością z góry, że Adam i Ewa dadzą się uwieść wężowi, pożrą owoc wiadomości i faktów, zagrają w nich chucie, a potem to już poleci.</p>
<p>Jeszcze raz: dopuszczenie aborcji nie oznacza nakazu aborcji. Podobnie jak dopuszczenie małżeństw jednopłciowych czy wolnych związków partnerskich nie zmusza nikogo do wejścia w taki związek. Oczywiście, w drugą stronę też to działa: zakaz, czy tylko nielegalność aborcji bynajmniej nie sprawi, że nikt nie będzie przerywał ciąży, tak samo, jeśli pan prezes, pan prezydent i pan doktor minister wicepremier społem legną Rejtanem przed zalegalizowaniem wspólnoty niesakramentalnej, to w najmniejszym stopniu nie wpłynie na zmianę istniejącego związku w <i>rozwiązek</i>. I żadne gadanie o tym, że związek partnerski to to samo co Związek Radziecki i woda na młyn rewizjonistów z Bonn niczego tu nie zmieni – jeśli ktoś chce z kimkolwiek żyć na kocią łapę, to będzie. Nawet z kotem.</p>
<p>Ale rzecz jasna doktrynerom ruchu <i>pro life</i>, konserwatystom i rozmaitym deklaratywnym <i>prawakom</i> żadne racjonalne argumenty nie przemówią do rozumu, nawet tym którzy takowym dysponują. Mówienie o tym, że trzeba rozwijać oświatę seksualną, rozbudowywać świadome macierzyństwo i ułatwić dostęp do antykoncepcji to także podobno jest walka z życiem, które wskutek owych szatańskich wymysłów nie zostałoby poczęte, a mogłoby. Współżycie bez sakramentalnego błogosławieństwa (a choćby bez Mendelsohna w Urzędzie Stanu Cywilnego) jest po prostu współżyciem nielegalnym, którego trzeba zabronić. Chyba uczą tego teoretycznie w seminariach duchownych, co przekłada się na życie parafialne i powszechne poparcie dla rozmaitych komisji moralnych w obrębie niektórych instytucji publicznych. Nieprawdaż?</p>
<p>Cóż, zapewne miejscem o najwyższym w Polsce procencie osób przestrzegających prawa jest więzienie we Wronkach. Ale marzenie o tym, że w każdej gminie powstanie małe, ale gustowne Alcatraz, dzięki czemu ludzie staną się lepsi, kraj spłynie mlekiem i miodem, a wszyscy inaczej myślący skierowani zostaną na reedukację – są  co prawda powszechne, ale zazwyczaj dotyczą tylko <i>tych innych</i>. Najbezpieczniejsze dla sternika jest sterowanie cudzą łodzią.</p>
<p><a href="https://www.dziennikarzerp.pl/wp-content/uploads/2024/01/pinkwart-foto.jpg"><img alt="pinkwart foto" src="https://www.dziennikarzerp.pl/wp-content/uploads/2024/01/pinkwart-foto.jpg" width="240" height="180" /></a></p>
<p><strong>Maciej Pinkwart   </strong>            <em> 26 lutego 2026</em></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>https://www.dziennikarzerp.pl/2026/02/marzenia-o-alcatraz/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Totalitarna dyktatura w despotii Donalda T.</title>
		<link>https://www.dziennikarzerp.pl/2026/02/totalitarna-dyktatura-w-despotii-donalda-t/</link>
		<comments>https://www.dziennikarzerp.pl/2026/02/totalitarna-dyktatura-w-despotii-donalda-t/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 12 Feb 2026 13:54:24 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Marek Kuliski</dc:creator>
				<category><![CDATA[Aktualności]]></category>
		<category><![CDATA[Kwaśny czwartek]]></category>

		<guid isPermaLink="false">https://www.dziennikarzerp.pl/?p=12821</guid>
		<description><![CDATA[W odległości kilometra od miejsca gdzie teraz mieszkam, jest dziesięć punktów, w których można kupić mocny alkohol, a jeden z nich jest czynny całodobowo. To bardzo pomyślna okoliczność. Zamierzam bowiem zacząć pić wódkę. Może nie całodobowo, ale regularnie, codziennie i w dużych ilościach. Powiecie, że wpadnę w alkoholizm? Nie przypuszczam. Jarosław Kaczyński, który wystąpił kiedyś publicznie jako autorytet w dziedzinie alkoholizmu, uświadomił mi, że mężczyzna staje się alkoholikiem dopiero po 20 latach solidnego picia, a kobieta po dwóch latach. Ponieważ, jak sądzę, wciąż jestem mężczyzną – na co może wskazywać to, że staram się rozumować logicznie, rano, w południe i wieczór wszystko mnie boli, codziennie muszę się golić i guziki mam po prawej stronie – to niebezpieczeństwa większego nie ma. Jeśli stanę się alkoholikiem po 20 latach od teraz, to będę miał prawie stówę, a takich alkoholików to nawet pokazują w telewizji.]]></description>
				<content:encoded><![CDATA[<p>A do czego mi ta wódka? No bo tego, co się teraz dzieje, jak mówią sąsiedzi ze wschodu, <i>biez wodki nie razbieriosz</i>.</p>
<p>Od dłuższego czasu prawicowa opozycja powtarza, iż w Polsce od 13 grudnia 2023 panuje reżim, zamordyzm i autokratyzm, a demokracja, która za rządów Zjednoczonej Prawicy rozwijała się jako ten rozmaryn, teraz dogorywa i albo już jest w urnie, albo jeszcze czeka na lekarza, którego nie ma, bo dorabia w niemieckim szpitalu. Golnijmy więc sobie dla kurażu i przyjrzyjmy się temu zjawisku uważniej.</p>
<p>Zaczęło się od sfałszowanych wyborów 15 października 2023, które w sposób oczywisty wygrała Zjednoczona Prawica, mimo iż nawet po ogłoszeniu wyników <i>exit poll</i> przyjmowano głosy od podstawionych słupów z osiedla Jagodno we Wrocławiu, których przekupywano za pomocą darmowej pizzy i pokazywania w niemieckiej telewizji TVN. Tak, wiem, że to telewizja amerykańska, ale przecież właściciel TVN, koncern Warner Bros., został założony przez żydowskich braci z Krasnosielska na Mazowszu w zaborze rosyjskim. Rosyjskim! A Żydzi to w zasadzie Niemcy. Początkowo nazywali się Wonsalowie, dopiero w Ameryce się przechrzcili na Warnerów. Żeby założyć wytwórnię filmową, sprzedali nawet zegarek ojca i konia o imieniu Bob. I takie <i>bobki</i> kierują dziś niemiecką telewizją. No to co z tego, że amerykańska? Najbardziej amerykański patriota, 1000-procentowy Amerykanin Donald Trump jest wnukiem Niemca Friedricha Drumpfa z Kallstadt, a jego żona, ostatnio wybitna aktorka filmowa, jest Słowenką i urodziła się jako Melania Knavs, a właściwie – Knaus. To też nie brzmi po autochtońsku (słowa Indianin nie wolno używać…)</p>
<p>I dla pokazania się w takiej to telewizji i dla kawałka niezdrowej pizzy mieszkańcy Jagodna zagłosowali po zakończeniu ciszy wyborczej. Co nic nie dało, bo i tak to prawica wygrała i prezydent Duda jak najsłuszniej powierzył jej misję sformowania rządu, dzięki czemu można było przez dwa tygodnie posprzątać w ministerstwach i spółkach, ponominować jeszcze kilku swoich prezesów i przygotować się do przetrwania czasów dyktatury Tuska. Potem w wyniku sfałszowanego głosowania wybrano na marszałka Sejmu nie Elżbietę Witek, której partia wygrała wybory, tylko człowieka z tej samej telewizji, która przekupywała wyborców z Jagodna. Oczywiście, nie poparli go posłowie Zjednoczonej Prawicy, podobnie jak nie poparli wicemarszałków z partii satelitów Tuska – ale ci satelici nie zagłosowali za Elżbietą Witek z PiS-u, skutkiem czego największy klub poselski nie ma reprezentanta w prezydium Sejmu, co jest najlepszym dowodem na to, że rządzi nami despota.</p>
<p>Potem, 13 grudnia 2023 – 13 grudnia! – prezydent Andrzej Duda nieszczęśliwie powołał rząd Donalda Tuska, czego by obecny prezydent nigdy nie zrobił. Ten rząd jest oczywiście nielegalny, bo niektóre kobiety podczas zaprzysiężenia samowolnie zmieniły tekst przysięgi, nazywając się ministrami, a nie ministrami. A potem zaczął się demontaż państwa, które Prawo i Sprawiedliwość z wielkim trudem stworzyło na obraz i podobieństwo swoje. Siłowo przejęto niezależną i samorządną telewizję i radiofonię, które przez osiem lat bezstronnie relacjonowały to, jak wspaniale kraj się rozwijał i jak kwitła demokracja za czasów Zjednoczonej Prawicy, dając możność prezentowania wszystkich – oczywiście słusznych – poglądów. Mimo heroicznej walki niezłomnego Antoniego Macierewicza – media dotąd niezależne, bezstronne i apolityczne stały się tubą rządową, w dodatku w likwidacji. I co? I nawet przejęcie telewizji nic Tuskowi nie dało, bo w kolejnych wyborach, które usiłowała sfałszować rządowa telewizja, ludzie zagłosowali tak, jakby tej telewizji rząd nie przejął.</p>
<p>Ale fakt jest faktem – w Polsce skończyła się wtedy wolność słowa i możliwość prezentowania poglądów innych niż te, na które zezwoli Tusk. Wiemy o tym dobrze, bo o braku wolności słowa codziennie informują telewizje Republika, WPolsce czy Trwam, kilka rozgłośni radiowych, dziesiątki pism i tysiące portali internetowych, w tym dwa, będące biznesami kumpli prezydenta USA. Doprowadziło to do praktycznego zaniku działalności polskiego państwa. Rząd Tuska i jego równie jak on nieudolnych wspólników nie przeprowadził żadnej porządnej inwestycji, nie przekopał żadnej mierzei, nie zbudował fabryki samochodów elektrycznych, nie zainwestował w elektrownię w Ostrołęce, nie sprowadził do Polski ani jednego miliona imigrantów z Bollywood czy krajów afrykańskich, którzy byli tak potrzebni do prowadzenia interesów prawicowych szwagrów i do zarobienia na sprzedaży wiz.</p>
<p>Ale to drobiazgi. Popatrzmy, jak despotia Tuska działa w zakresie prawa i sprawiedliwości. Wystarczy spojrzeć na statystykę: ile ustaw z tej dziedziny przyjęto i wprowadzono w życie za rządów PiS-u? Setki. A ile za rządów koalicji 13 Grudnia? Ani jednej. I nie wprowadzi się, bo zawetuje je prezydent. Więc obecna tyrania działa na podstawie prawa, które wprowadził Zbigniew Ziobro za zgodą lub z polecenia Jarosława Kaczyńskiego. Nie stać ich nawet na własne prawo! Pisowski minister powołał swoich ludzi na najważniejsze stanowiska – a Tuskowi ministrowie nawet nie umieją ich skutecznie odwołać. To fujary! Nie przenoszą ich na inne, odległe i podrzędne stanowiska, nie wyrzucają z pracy, nie mówią, jakie mają wydawać wyroki.</p>
<p>To znaczy mówią, że nie mówią, ale w rzeczywistości mówią. No bo po co by rządzili, jeśli by nie rządzili? Wsadzają ludzi do więzień po wyrokach sądów (no, a kto sędziom pisze te wyroki, jeśli nie Tusk?), po czym prezydent musi tych biednych niewinnych ludzi ułaskawiać, przytulać i pocieszać. Niezależne sądy to były za czasów Prawa i Sprawiedliwości, choć zdarzało się, że sądy nie słuchały ministra Ziobry, tylko Tuska, albo co gorsza trybunałów Unii Europejskiej.</p>
<p>Sztandarowym przykładem na bestialskie działanie reżimu Tuska było oczywiście bezprawne aresztowanie niewinnego księdza Michała O., który pieniądze otrzymane od ministra Ziobry z Funduszu Sprawiedliwości wydał na budowę kombinatu medialnego oraz kupno skarpetek w ilościach hurtowych, które potem sprzedawał z zyskiem, <i>ad majorem Dei gloriam</i>. Przedtem zasłynął jako egzorcysta, który wypędzał demony wegetarianizmu za pomocą salcesonu. No i co im ten ksiądz zawinił? Jakby zbudował nową telewizję, która obsługiwałaby potrzeby medialne Zbigniewa Ziobry, to czy ofiary przestępstw by z tego nie skorzystały? Oczywiście, że by skorzystały, bo by miały codziennie mszę i inne rozrywki, jedynie słuszną informację oraz filmy o Rambo, Rockym i Myszce Miki. A skarpetki każdemu się przydadzą, nie mówiąc już o salcesonie. I takiego to księdza bezprawnie aresztowano, skuto kajdankami, wożono po stacjach benzynowych, a w celi palono mu światło i nie miał możności odprawiania mszy z udziałem wiernych, oraz usiłowano go przesłuchiwać, a ponadto represjonowano także jego ojca i koleżanki. Po tygodniach takich tortur z aresztu go wypuszczono, ale czeka go proces i to nie koniecznie beatyfikacyjny.</p>
<p>Podobne tortury w kazamatach reżimu przechodził wcześniej Mariusz Kamiński, któremu podawano przez nos tylko zakąski, oraz Dariusz Matecki, którego najpierw aresztowano, a potem prowokacyjnie wypuszczono i nawet nie wyznaczono terminu jego procesu. A przecież najgorszą torturą jest niepewność. Innym przykładem takich prześladowań jest Antoni Macierewicz, któremu postawiono zarzuty, odnoszące się do zagubienia kilku śrubek z tupolewa i wydatkowania paru złotych w sposób nie najlepiej udokumentowany, ale ani słowem na razie nie wspomniano o tym, jakie skutki społeczne, polityczne i moralne przyniosły jego działania propagujące <i>per fas et nefas</i> tezy o zamachu na prezydenta Lecha Kaczyńskiego i parę mniej istotnych osób, zamachu dokonanego oczywiście dzięki zmowie Tuska z Putinem na sopockim molo. I zamiast zrobić z niego bohatera głównego politycznego procesu stulecia, rozśmieszono go łechtaniem w śmieszne okolice, reżim złośliwie odebrał mu najpierw służbowe auto z kierowcą, a potem – prawo jazdy, zaś Tusk oblał go na powtórnym egzaminie.</p>
<p>Jak dotąd, stalinowska prokuratura Tuska nie odważyła się na wsadzenie do paki Jarosława Kaczyńskiego, ale kto wie, co będzie jutro? I za co to, pytam się, za co? Za jego dobroć, poczucie humoru, empatię, elegancję i poszanowanie dla kobiet, którym prędzej wyrwałby rękę ze stawu, niż nie pocałował na dzień dobry? I co złego zrobił, rządząc Polską? Co niby ukradł? Karmę dla kota? Nawet księżyca z bratem nie ukradł, choć mu to fałszywie lewacki endek Makuszyński zarzucał.</p>
<p>Ludzie na razie boją się wystąpić odważniej przeciwko siepaczom Tuska, bo mogą (strach nawet pomyśleć głośno!) zostać przesłuchani, co może ich zmusić do zejścia do podziemia (a to, jak wiadomo grozi reumatyzmem), a może nawet skłonić do Wielkiej Emigracji Naddunajskiej i ubiegania się o azyl polityczny z obawy przed utratą życia, zdrowia i czci. No nie, z tą czcią to przesadziłem.</p>
<p>O tym, jak działa Bodnarowsko-Żurkowy, czyli – Tuskowy wymiar sprawiedliwości najlepiej świadczy historia dwóch samouwięzionych wodzów kryształowo uczciwego Ministerstwa Sprawiedliwości z czasów gdy rządziła formacja tak zwana patriotyczna. Zamiast Marcina Romanowskiego i jego szefa Zbigniewa Ziobrę przymknąć na gorącym uczynku, cackano się z nimi jak z nieświeżymi jajami, miesiącami zabiegano o pozbawienie ich immunitetów, prokuratorzy szli na chorobowe, potem przez kolejne miesiące sędziowie (oczywiście, sterowani ręcznie przez Tuska, no bo niby jak mają działać sędziowie? Prawica dobrze o tym wie) postanawiali tak albo siak, a co gorsza najpierw tak, potem siak – zdrowy by tego nie wytrzymał i najuczciwszy, a co dopiero Romanowski i Ziobro. W efekcie obaj ci dzielni polscy patrioci poczuli się wygonieni z Polski i musieli wybrać <i>exilium</i>, i to w dodatku na Węgry, gdzie wszystko jest przeciwko nim, z wyjątkiem Victora Orbana. Wiemy, jak skończył się azyl polityczny na Węgrzech dla Bolesława Śmiałego! Więc musieli osiąść między Termami Gelerta, Zamkiem w Budzie i Muzeum Kotów, mając jako jedyną rozrywkę umysłową naukę języka – obowiązkową zdaje się dla azylantów – i ćwiczenia w wymawianiu nazwy Hajdúszoboszló, tortury żołądkowe przy pomocy gulaszy, langoszy, paprykowanej słoniny i palinki czystej, ale nie koniecznie wyborowej. I ten ciągły strach, że zza rogu wyłoni się czarny mercedes z dużym bagażnikiem…</p>
<p>Co prawda o przywożeniu kogoś z Budapesztu w bagażniku mówił następca Ziobry, minister Waldemar Żurek, ale podobno mówił to metaforycznie albo żartobliwie, bo ostatnio dostał mandat i punkty karne za to, że jadąc maluchem bez bagażnika wymusił na pasach pierwszeństwo na pieszej staruszce… No i proszę: a minister Ziobro nigdy nie przekroczył żadnego przepisu samochodowego, a nawet nikt go w samochodzie nie widział w roli kierowcy.</p>
<p>Ale strach przed bagażnikiem jest.</p>
<p>A działacze Suwerennej Polski potrafią  odsłonić przyłbicę i szczerze powiedzieć, że tego samego dnia, kiedy przejmą władzę, decyzją Ziobry wsadzą swoich przeciwników do paki na długie lata. A może nawet wykonają na nich czapę, jak sugerował szczery demokrata z partii Brauna. Sam Ziobro, po sądowej decyzji o jego aresztowaniu, powiedział, że jak tylko wróci do władzy, natychmiast wsadzi do więzienia prezeskę sądu, który o tym zdecydował. I na tym polega szczera demokracja, bez mydlenia oczu jakimiś procesami, bez tchórzliwego chowania się za togami i kodeksami.</p>
<p>Jednak najlepszym dowodem na tyranię władzy tak zwanej koalicji demokratycznej jest to, że dla kamuflażu przeprowadziła ona po 15 października 2023 r. wolne wybory samorządowe i europejskie, których w zasadzie nie wygrała, a następnie nie zrobiła nic, kiedy do wyborów prezydenckich wystawiono dziesięciu kandydatów, w tym kilku zabawnych i kilku strasznych. I to przecież autokrata Tusk zmusił społeczeństwo, a dokładniej – nie policzone do dziś jakieś dziesięć i pół miliona osób do zagłosowania na tego pana, który dziś zasiada na swoim stolcu. I na złość ludziom Tusk sprawił, że nie wygrał murowany, wydawałoby się, faworyt – porządny, uczciwy, wykształcony i doświadczony politycznie. Tak złośliwa i działająca wbrew ludziom może być tylko taka okrutna despotia, jaką w naszym kraju kieruje Donald Tusk.</p>
<p>Zastanawiam się, czym tę wódkę zakąsić. Ale cokolwiek by to nie było, nawet salceson – kac, zdaje się, jest nieuchronny.</p>
<p>Aha, jeszcze jedno. W mojej najbliższej okolicy jest przynajmniej kilka osób, które – jeśliby nawet przeczytały to, co napisałem, to potraktują to serio. I to na trzeźwo. Na szczęście, jak wspomniałem, w odległości kilometra od miejsca, gdzie teraz mieszkam, jest dziesięć punktów, w których można kupić mocny alkohol, a jeden z nich jest czynny całodobowo…</p>
<p><a href="https://www.dziennikarzerp.pl/wp-content/uploads/2024/01/pinkwart-foto.jpg"><img class="alignleft size-full wp-image-10277" alt="pinkwart foto" src="https://www.dziennikarzerp.pl/wp-content/uploads/2024/01/pinkwart-foto.jpg" width="240" height="180" /></a></p>
<p>&nbsp;</p>
<p><b>Maciej Pinkwart            </b><em>12 lutego 2026</em></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>https://www.dziennikarzerp.pl/2026/02/totalitarna-dyktatura-w-despotii-donalda-t/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Szaleństwo w metodzie</title>
		<link>https://www.dziennikarzerp.pl/2026/02/szalenstwo-w-metodzie/</link>
		<comments>https://www.dziennikarzerp.pl/2026/02/szalenstwo-w-metodzie/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 05 Feb 2026 18:16:29 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Marek Kuliski</dc:creator>
				<category><![CDATA[Aktualności]]></category>
		<category><![CDATA[Kwaśny czwartek]]></category>

		<guid isPermaLink="false">https://www.dziennikarzerp.pl/?p=12754</guid>
		<description><![CDATA[Historia świata jest pełna szaleńców. Ale i nasza, własna, osobista historia też nie jest od szaleństwa wolna. Najczęściej, paradoksalnie, prywatne szaleństwo ma wydźwięk pozytywny. Szaleję za tobą… - któż by się oburzył, słysząc takie wyznanie. Janek zwariował na punkcie muzyki Mozarta… - nie zazdrościmy, ale rozumiemy. Nie bądź kretyn, chodź na piwo… Kiedy w 2015 r. ukazała się moja zakopiańska biografia Stanisława Ignacego Witkiewicza, niemal na każdym spotkaniu autorskim musiałem się tłumaczyć z jej tytułu: Wariat z Krupówek. Że niby tak okropnie spostponowałem Witkacego. W tłumaczeniu się pomagało nie to, że tak Witkiewicz sam siebie nazywał, ale odniesienie personalne: wybierałem na sali jakąś panią, najpierw ją z góry przepraszałem, po czym mówiłem: czy, gdybym – proszę o wybaczenie – powiedział kiedyś: kocham panią jak wariat – czy byłaby to samokrytyka, czy wyraz głębokiego uczucia?]]></description>
				<content:encoded><![CDATA[<p>Ale szaleństwo publiczne już rzadko kiedy cieszy się taryfą ulgową. Choć nie zawsze jest objawem chorobowym, czasem – środkiem prowadzącym do celu. U Szekspira Poloniusz – nie koniecznie bardzo mądry dworak na zamku w Elsynorze – obserwując niestandardowe zachowania księcia Hamleta wygłasza jedno z najmądrzejszych zdań w całym dramacie: <i>W tym szaleństwie jest metoda</i>. No bo jest: młody książę, którego ojciec zmarł niedawno w podejrzanych okolicznościach, a matka <i>szybcikiem</i> wyszła za mąż za własnego szwagra – za sprawą spirytystycznego spotkania z duchem ojca najpierw chce uzyskać dowód na to, że miało miejsce królobójstwo, a potem chciałby ojca pomścić, samemu nie narażając się zbytnio, a poza tym usiłując przekonać własne sumienie, że kolejne królobójstwo, tym razem dokonane w akcie zemsty, będzie moralnie usprawiedliwione. No i jeszcze mamusia też jest na celowniku. Można zwariować… Ale Hamlet nie dożyje chwili, w której rozstrzygnie się ten moralny dylemat. Nie chcąc, by jego narzeczona Ofelia została zamieszana w tę sprawę, zrywa z nią, a ona najpierw popada w szaleństwo – z miłości? z rozpaczy? z urażonej dumy? – po czym wygłosiwszy pamiętne, choć bezsensowne zdanie o <i>sowie</i>, <i>która była córka piekarza</i> – topi się w okolicznym strumieniu. To wypadek, ale wszyscy winią Hamleta, że popchnął ją do samobójstwa.</p>
<p>Szaleństwo na szczytach władzy bulwersuje nie dlatego, że jest jakieś gorsze od tego zwykłego, w wyniku którego jakiś stuknięty funkcjonariusz rżnie nożem całą swoją rodzinę podczas gry w karty. Jasne, można by sobie grubo zażartować wspominając, ile to razy mieliśmy ochotę zamordować partnera, gdy podczas gry w bridża zawistował spod króla, albo nie zrozumiał forsingu w piki. Ale rozgłos takich szaleństw zawdzięczamy – fatalne słowo w tym kontekście – po pierwsze temu, że miały tragiczny finał, a po drugie temu, że social media, telewizja, tabloidy i inne współczesne odpowiedniki magla są jak wampiry: żywią się krwią. Dawno minęły czasy, kiedy czytelnicy fascynowali się szaleństwem pewnego kupca na Borneo, który w środku dżungli chciał wybudować europejski dom i przedstawiać jako damę swoją córkę, która była pół-Malajką. Kaspara Almayera uznano za szaleńca, pięknie opisał to Joseph Conrad i wszyscy na tym dobrze wyszli: Almayer (który żył naprawdę na Borneo i nazywał się Olmeijer) stał się sławny, a Conrad swą debiutancką powieścią <i>Szaleństwo Almayera </i>zdobył mnóstwo czytelników. Mniej szczęścia miał wymyślony przez Agathę Christie ekscentryczny botanik, którego pasje naukowe przyniosły fatalny skutek, ale uznano go za szalonego nie z powodu odkryć naukowych, tylko z powodu idiotycznej architektury jego rezydencji, w której panna Marple prowadzi śledztwo w powieści <i>Szaleństwo Greenshawa.</i></p>
<p>Przez dzieje ludzkości przewinęły się legiony szaleńców. Zdrowy na umyśle na pewno nie był francuski XIV-wieczny król Karol VI, któremu historia zaoferowała dwa przydomki: Szalony i Umiłowany. Pewno wybór należał do oferentów, czyli takich, którzy z szaleństwa króla skorzystali lub na nim stracili. Karol uważał, że jest zrobiony z kruchego szkła i nie pozwalał się dotykać, co nie przeszkodziło mu jakoś spłodzić dwanaściorga dzieci z przepiękną Izabelą Bawarską. Wszędzie wietrzył spiski i zamachy na jego Szklaną Wysokość, czego skutkiem było w 1394 r. nagłe i nieoczekiwane wygnanie z Francji Żydów, podejrzewanych o wszystko najgorsze. Chodził w specjalnych strojach ochronnych, ale mimo tego długo nie pożył: jego szkło pękło, gdy miał 54 lata.</p>
<p>Mniej znane jest szaleństwo Joanny I Kastylijskiej, córki Ich Katolickich Mości Izabeli I i Ferynanda II. To królowa Kastylii i Aragonii, która w 1496 r. została żoną Filipa I Pięknego Habsburga. On był piękny (nie należy go mylić z królem Francji Filipem IV Pięknym, który dwa wieki wcześniej zniszczył zakon templariuszy), ona brzydka, ale wciąż z tytułem Królowa Katolicka, on ją zdradzał, ona go kochała i urodziła mu siedmioro dzieci – wśród nich Ferdynanda, późniejszego XVI-wiecznego króla Czech, Chorwacji, Węgier i Niemiec, cesarza rzymskiego i podwójnego teścia polskiego króla Zygmunta Augusta, ojca jego pierwszej żony Elżbiety, i Katarzyny, żony numer trzy. A Zygmunt i tak kochał tylko Barbarę Radziwiłłównę, swoją drugą żonę, którą z kolei oskarżano o szaleństwo seksualne. Zaś Joanna Szalona, gdy jej Piękniś po dziesięciu latach małżeństwa w wieku 28 lat odłożył łychę, nie przyjęła tego do wiadomości i nie pozwoliwszy męża pochować, jeździła po kraju z jego trumną, co kilka dni ją otwierając i popadając w coraz większy obłęd. W efekcie jej Tatuś Katolicki uwięził ją w zamku koło klasztoru Tordesillas, gdzie trumnę jej odebrano i Filipa wreszcie po dwóch latach peregrynacji pochowano. Była uwięziona przez 46 lat, popadając w schizofrenię i coraz większy obłęd, wreszcie zmarła w 1555 roku w słusznym wieku 75 lat. Co dowodzi, że z obłędem da się żyć. Może niefajnie, ale długo.</p>
<p>XVIII-wieczny król Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii, George William Frederick, czyli Jerzy III wstąpił na tron w 1760 r., rządził mądrze, choć nerwowo i często popadał w konflikty z rządem i parlamentarzystami w Izbie Gmin. Aż przyszedł czas konfliktu najpierw z Kanadą, a potem z amerykańskimi koloniami. W 1773 r. mieszkańcy Bostonu wyrzucili do morza ładunek brytyjskiej herbaty i zaczęły się kłopoty. W kwietniu 1775 r. wybuchła wojna o niepodległość Stanów Zjednoczonych, a 4 lipca 1776 r. w Filadelfii Kongres Kontynentalny uchwalił Deklarację Niepodległości, w której król Jerzy został przedstawiony jako przestępca. Monarcha prowadził pamiętnik i pod tą datą zapisał, że <i>Nic ciekawego się dziś nie wydarzyło</i>. Wytykają mu to dziś historycy, ale niby skąd miał wiedzieć, co się ciekawego zdarzyło tego dnia 5710 km od Londynu? Podróż z Anglii do kolonii zajmowała około 50 dni, innych środków komunikacji niż osobiste wtedy raczej nie było – gołębie przez Atlantyk nie latały, telegraf wynaleziono przeszło pół wieku później, a telefon – sto lat później.</p>
<p>Choć początkowo <i>nic się nie wydarzyło</i>, to jednak na królu Jerzym wojna amerykańska, a potem utrata kolonii zrobiła fatalne wrażenie. Już przedtem miewał halucynacje, wielogodzinne słowotoki i napady manii, ale teraz wszystko się pogorszyło. Pięć lat po podpisaniu w Paryżu w 1783 r. traktatu o uznaniu niepodległości trzynastu kolonii amerykańskich król Jerzy podjął próbę samobójczą. Odratowano go, parlament chciał pozbawić go władzy, ale królowi się polepszyło i zostało po staremu. Zaangażował siebie i Brytanię do walki ze zrewoltowaną w 1789 r. Francją, uszedł z życiem z próby zamachu w 1800 r., podporządkował królestwu Irlandię. Do kolejnego ataku choroby, będącej jakoby skutkiem podtruwania monarchy arszenikiem albo zaburzeń afektywnych dwubiegunowych doszło kilka lat później, a w 1811 ostatecznie uznano, że król Jerzy III popadł w obłęd. Zdjęto go z tronu, a regentem został jego syn – Jerzy IV. W okresie świąt Bożego Narodzenia 1819 r. stan króla jeszcze się pogorszył, monarcha mówił bez sensu przez 58 godzin, po czym stracił wzrok, słuch i władzę w nogach, wreszcie zapadł w śpiączkę. Zmarł rok później.</p>
<p>Współcześnie politycy, zajmujący wysokie stanowiska i prezentujący często objawy – delikatnie mówiąc – niezrównoważenia psychicznego, mają niejako z góry przyznany immunitet. Najczęściej szaleństwo polityków przejawia się w mówieniu przez lata głupot, rzucaniu kalumnii na przeciwników, których traktuje się jak wrogów, zdrajców, zaprzańców i ogólnie zbrodniarzy, ale nie kieruje się ich do sądu. Osobiste obsesje, niekompetencja i ogólny kretynizm, a może nawet debilizm powodują bardzo często nieodwracalne zmiany w psychice nie tylko takiego polityka, ale także często prowadzą cały kraj na manowce, a nawet na skraj przepaści. Wydawałoby się, że szaleństwa polityków mają, by tak rzec, krótkie nóżki, tak jak ich kłamstwa, ale zarówno kłamstwa, jak i obsesje czy wypowiadane nonsensy są bezkrytycznie przyjmowane przez ich dwory, złożone nie tylko z ideowych akolitów, ale przede wszystkim z bezwzględnych cyników, którzy w imię własnych interesów, ekonomicznych czy ambicjonalnych, będą zachwycać się każdą głupotą, a tych nielicznych, którzy ośmielą się nazwać po imieniu goliznę i szwancparadę ich królów, prezydentów, premierów, prezesów, ministrów czy przewodniczących podkomisji – prędzej utopią we własnych plwocinach, niż podejmą z nimi racjonalną dyskusję. A rację – ewentualnie – przyznają im dopiero długo po tym, jak gwiazda ich politycznych przywódców zniknie za horyzontem zdarzeń i pojawią się nowi idole: Chruszczow po Stalinie, Deng po Mao, Heng Samrin po Pol Pocie…</p>
<p>Czasem polemika jest trudna i niewygodna, bo głupota opakowywana bywa w ozdobny papier patriotyzmu, religii czy bezpieczeństwa państwa. Ci, którzy widzą, że choroba postępuje, a co więcej – ma tendencję do przekształcania się w zarazę – strategicznie milczą, licząc na to że inni – albo czas – załatwią za nich sprawę. A czas nie działa na korzyść zdrowych. W efekcie – najpierw w obłęd popadają ludzie władzy, potem ich apostołowie, na koniec w obłędzie znajduje się ludzkość. A potem rękopis profetycznej sztuki Witkacego <i>Tak zwana ludzkość w obłędzie</i> szlag trafia, w skutek obłędu jednego czy drugiego nie za wysokiego obywatela z wąsikiem i trzeba przy pomocy sztucznej inteligencji na podstawie strzępków tekstu i dawnych recenzji pisać tę sztukę na nowo, co z ciekawym skutkiem zrobił reżyser Krzysztof Garbaczewski w 2024 r. w krakowskim Teatrze Słowackiego, a rok później w zakopiańskim Teatrze Witkacego.</p>
<p>Z szaleństwem trudno walczyć z wielu powodów. Przede wszystkim jest to humanitaryzm: wiem, widzę i słyszę, że demony opanowały kogoś ważnego, ale przecież nie powiem tego głośno, bo to osoba chora, a chorych za chorobę nie można krytykować. Po drugie – bądźmy pragmatyczni: szaleniec ma zawsze mnóstwo zwolenników. Więc lepiej siedzieć cicho. Po trzecie: ostrożność. Jasne, że powinno się go odwołać (ale na przykład posła odwołać nie można), zdjąć z urzędu (ma immunitet), postawić przed Trybunałem Stanu (mamy za mało szabel), oskarżyć przed sądem (ale on ma swoich ludzi w wymiarze sprawiedliwości) czy poddać impeachmentowi (kupi sobie przychylny dla siebie wyrok, albo do nieprzychylnego nie dopuści). A koniec końców zawsze przedstawi L-4, otrzyma azyl na Wyspach Marshalla, czy dostanie <i>żółte papiery</i>, dekując się w zaprzyjaźnionym psychiatryku.</p>
<p>Kiedy Kaligula w wieku 25 lat został cesarzem, kazał umorzyć wszystkie procesy polityczne, uwolnił więźniów, spalił akta procesów członków swojej rodziny, przejął ręczne sterowanie finansami państwa i osobiście wydawał publiczne pieniądze. Kochał swoje siostry, żony swoich przyjaciół, organizowano mu orgie z małolatami obojga płci, kochał nawet swojego konia o imieniu Incitatus. To raczej bujda z tym, że chciał go mianować konsulem (a nie senatorem, jak się dziś mawia) i pewno poszło od tego, że kiedy jego stryjeczny dziadek, wesoły i gospodarny gej cesarz Tyberiusz powiedział, że „<i>Kaligula tak się nadaje na cesarza, jak konie z jego wozu do jazdy po zatoce Baiae</i>” – kazał zatopić w tejże zatoce dwa tysiące statków handlowych skonfiskowanych właścicielom, a na nich wybudować drogę – tylko po to, by móc się przejechać konno tam i z powrotem po tym najdłuższym na świecie moście i w ten sposób upokorzyć Tyberiusza. No i koniec końców Rzym tego nie wytrzymał. W styczniu 41 roku spiskowcy zamordowali cesarza podczas przejścia z teatru do pałacu cesarskiego, łącznie zadając mu około 30 ran. Zginęła też jego żona i córka. Koń, zdaje się, ocalał.</p>
<p>Jedyny szaleniec u władzy, jakiego dziś wspomina się nieco nostalgicznie, to Ludwik II Bawarski, patron Richarda Wagnera, sam utożsamiający się z Parsifalem, który dla własnej, ale i publicznej frajdy budował pałace, o jakich naczytał się w książkach z dziecięcymi bajkami. Wśród nich jest zamek Neuschwanstein w południowej Bawarii. 9 czerwca 1886 Ludwik II został uznany za niepoczytalnego i odsunięty od władzy przez własnych ministrów. Trzy dni później prawdopodobnie popełnił samobójstwo. Obok niego znaleziono zwłoki lekarza, który uznał go za niepoczytalnego. Niebezpiecznie jest wypowiadać się o szaleństwach władzy.</p>
<p>Cukierkowy zamek Neuschwanstein stał się wzorem dla scenografów filmów o Harrym Potterze, gdy tworzyli wizję Hogwartu. To tam udało się pokonać szaleńca Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać. A przedtem Neuschwanstein zainspirował Walta Disneya, gdy ten wymyślał logo Disneylandu. To stamtąd wyruszyli na podbój świata Myszek Miki, Pluto, Gooffy i Donald.</p>
<p>Kaczor Donald.</p>
<p><a href="https://www.dziennikarzerp.pl/wp-content/uploads/2024/01/pinkwart-foto.jpg"><img class="alignleft size-full wp-image-10277" alt="pinkwart foto" src="https://www.dziennikarzerp.pl/wp-content/uploads/2024/01/pinkwart-foto.jpg" width="240" height="180" /></a></p>
<p>&nbsp;</p>
<p>&nbsp;</p>
<p>&nbsp;</p>
<p>&nbsp;</p>
<p><b>Maciej Pinkwart   </b><em>5 lutego 2026</em></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>https://www.dziennikarzerp.pl/2026/02/szalenstwo-w-metodzie/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
	</channel>
</rss>
