<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>Stowarzyszenie Dziennikarzy Rzeczypospolitej Polskiej &#187; Kwaśny czwartek</title>
	<atom:link href="https://www.dziennikarzerp.pl/kategoria/aktualnosci/kwasny-czwartek/feed/" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>https://www.dziennikarzerp.pl</link>
	<description>Oddział Warszawski</description>
	<lastBuildDate>Fri, 03 Jul 2026 08:39:31 +0000</lastBuildDate>
	<language>pl-PL</language>
	<sy:updatePeriod>hourly</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>1</sy:updateFrequency>
	<generator>http://wordpress.org/?v=3.5.1</generator>
		<item>
		<title>Krótka przerwa w nieistnieniu</title>
		<link>https://www.dziennikarzerp.pl/2026/06/krotka-przerwa-w-nieistnieniu/</link>
		<comments>https://www.dziennikarzerp.pl/2026/06/krotka-przerwa-w-nieistnieniu/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 11 Jun 2026 09:58:03 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Marek Kuliski</dc:creator>
				<category><![CDATA[Aktualności]]></category>
		<category><![CDATA[Kwaśny czwartek]]></category>

		<guid isPermaLink="false">https://www.dziennikarzerp.pl/?p=13219</guid>
		<description><![CDATA[Im szybciej nasz pociąg zbliża się do stacji końcowej, tym mniej chętnie zastanawiamy się nad tym, co będzie, kiedy tam wysiądziemy. Nie chcemy myśleć, że ktoś po prostu pstryknie kontaktem, wyciągnie wtyczkę czy machnie kosą, a my nawet nie będziemy już widzieli tego, że niczego nie widzimy. O ile milsze jest przeświadczenie, że uda się nam zrobić w konia tego kontaktowego, wtyczkowego, czy kosiarza – on sobie pstryk, wyłącza, a my nic, ocykamy się po drugiej stronie nierzeczywistości i zyg-zyg, marcheweczka, co mi zrobisz, jak mnie złapiesz? Ale nie złapie, bo on na tamtą stronę nie ma wstępu. Czyli może jednak nawet w dzisiejszych czasach warto by upowszechnić asekurancko-kunktatorski zakład Pascala: jak jest, to świetnie, ciąg dalszy nastąpił, a jak nie ma – to tego nie poczujemy, bo nie poczujemy niczego.

Jest jeszcze asekurancka wersja pośrednia: pstryk, a my myk, pod sufitem patrzymy jak tam płaczą, rozstawiają parawan, oddychają z ulgą, potem tunel, światło – i dalej patrz punkt pierwszy albo punkt drugi.]]></description>
				<content:encoded><![CDATA[<p>Miałem w życiu krótki okres filozofowania, kiedy to bardziej się zastanawiałem nie nad tym, co będzie <i>potem</i>, co jest filozoficznie mniej ciekawe, bo o tym nieuchronnie się kiedyś przekonam (to znaczy, być może się nie przekonam&#8230;), tylko ciekawiło mnie szalenie to, co było przedtem, zanim tatuś i mamusia poszli na całość, chcieli tego czy nie uważali, nieważne – jakoś tam wywołali mnie z niebytu. Oczywiście to tylko figura literacka, ten niebyt, bo choć nie miałem w szkole edukacji zdrowotnej, ani nawet przygotowania do życia w rodzinie (ale miałem logikę, filozofię, astronomię i biologię) to wiem, że koniec końców moim <i>przedtem</i> była lokacja jedną nóżką w intymnym miejscu u tatusia, drugą w intymnym miejscu u mamusi, oni to samo u swoich rodziców – i tak w tył aż do pierwszej bakterii, której znudził się podział czy pączkowanie, spróbowała inaczej i się jej spodobało. No, ale jeśli to ma być wytłumaczenie tego <i>przedtem</i>, tego uprzedniego niebytu, to równie klarownie można wytłumaczyć ten niebyt następczy. Jeśli <i>przedtem</i> to była synteza dwóch komórek, to <i>potem</i> jest dezintegracja wszystkich komórek i zamienienie tej całej nieszczęsnej materii z ożywionej jeszcze przed chwilą w nieożywioną za chwilę, a potem zamiana tej materii w energię. I z czasem znów, <i>na abarot</i>, boska formuła: jeśli E =mc2  to m=E/c2. Prościzna. Tylko tej energii musi być strasznie dużo, żeby mając w mianowniku kwadrat prędkości światła, uzyskać masę choćby 2700 gramów. Tyle zdaje się ważyłem na starcie jako wcześniak. Owszem, przy tym syntezowaniu komórek męczymy się trochę, może nawet spalamy trochę kalorii, ale zwykle raczej nie narzekamy, i nie chudniemy, a jedni z nas to nawet przeciwnie.</p>
<p>Tak czy inaczej, zawsze jesteśmy w niedoczasie. Ledwie zaczniemy coś czytać – już potykamy się o słowo koniec (no, chyba że to jest <i>Nad Niemnem</i>), ledwie podniesiemy szklaneczkę – a już jest pusta, ledwie się zakochamy – a już się znów zakochujemy.</p>
<p>Powie ktoś, nastawiony pozytywnie, a może nawet pozytywistyczne: cóż, jeśli sięgamy wyżej, to dlatego że my, lilipuci, stoimy na ramionach olbrzymów, za nami pójdą inni, z iskry rozgorzeje płomień&#8230; No ale co mi do tego? Moje jest <i>sic et nunc</i>, tu i teraz. Liczy się tylko to, co udało mi się dziś, wczorajsze zasługi nie tylko dla bliźnich nie mają znaczenia, dla mnie też, jutrzejsze plany są zawsze domkami z kart i hipotezą dziś niesprawdzalną. Pogodny wieczór nad Tatrami, dobra książka na wieczór jesienny, pogwarka z przyjaciółmi o wszystkim i o niczym, wspomnienie dawnej miłości…</p>
<p>Nie, nie, na to akurat nie dam się nabrać. Jeśli było pięknie i skończyło się radykalnie – to wspomnienie boli. Że było, a nie jest. Głupie porzekadło co prawda głosi, że <i>co było a nie jest, nie pisze się w rejestr</i>, ale to nie jest cenny znaczek, doklejony do listu życia, który się odmoczy, wysuszy, włoży do klasera i potem, raz na parę lat otworzy na tej stronie i przed samym sobą będzie się puszyć jak paw: o, proszę, jakie to było ładne. Nie. Słowo <i>było</i> jest jak szpada Laertesa, która co prawda tylko Hamleta drasnęła, ale jej klinga posmarowana była śmiertelną trucizną…</p>
<p>Ale to wspomnieniowe umieranie z porzuconej miłości po prostu boli, choć przez ból potwierdza, że warto było: cenimy tylko to, czego doświadczamy najmocniej. Może być jeszcze gorzej, jak w mojej piosence <i>Kawiarnia Orbis</i> z przedstawienia <i>Ceperiada</i>, wystawianego w zakopiańskim kabarecie „Scherzo” w 1975 r.:</p>
<p>Było pięknie? Może było…</p>
<p>Na „zwyczajnie” się zmieniło.</p>
<p>Łączą nas wszystkie sprawy,</p>
<p>Dzieli to że już są.</p>
<p>Przy okazji kolejnych urodzin często śpiewamy <i>Sto lat</i>, życząc solenizantom długiego życia, albo po prostu przekazując im nasze dobre uczucia. W 1956 roku cała Warszawa śpiewała <i>Sto lat</i> towarzyszowi Wiesławowi, a potem innym ludziom, z którymi wiązaliśmy dobre nadzieje. Nasze własne, nie koniecznie odnoszące się do ich długowieczności. Dziś żyjemy znacznie dłużej, niż kiedyś. Mój tato dożył 66 lat, mama – 69. Dziś w Polsce żyje ponad 10 300 stulatków. To dużo, wystarczy to przeliczyć na liczbę kadencji spędzonych w Sejmie przez marszałków seniorów. Ale wszystko zależy od skali. W <i>Krótkiej historii prawie wszystkiego </i>Billa Brysona znalazłem ciekawą metaforę. Uważamy się za koronę życia, niektórzy mówią o tym, że zostaliśmy stworzeni na obraz i podobieństwo Boże, a już pobieżne spojrzenie na naszą historię każe nam się nad tym mocno zastanowić. Jako istoty mniej czy bardziej dwunożne istniejemy parę milionów lat. Dinozaury panowały na Ziemi ponad 120 milionów lat, po czym zniknęły jak sen jakiś złoty. A gdyby 4,5 miliarda lat historii Ziemi skompresować do jednego dnia, to jednokomórkowe życie na niej zaczęłoby się około czwartej rano, o 20.30 pojawiłyby się pierwsze rośliny w oceanach,  o 21.00 – powstałyby trylobity, koło 22.00 rośliny wyszłyby na ląd, a za nimi pierwsze zwierzęta. Ok. 22.50 Ziemię opanowałyby dinozaury, by utrzymać się na niej przez trzy kwadranse. O 23.38 ląd zdominowałyby ssaki, ludzie pojawiliby się na minutę i siedemnaście sekund przed północą. Cała nasza historia – zdokumentowana i opisana, cała nasza korona stworzenia – to jakieś 7-8 sekund. Dla tych, którzy nie noszą zegarków – inna metafora: stań i wyciągnij ramiona na boki. Początek lewej dłoni to początek życia na Ziemi. Tam gdzie zaczyna się nadgarstek prawej dłoni – powstają kręgowce. Paznokieć środkowego palca – to ludzkość. Więcej… Nie, mniej: John McPhee, czterokrotny laureat Nagrody Pulitzera w dziedzinie literatury faktu, który pierwszy posłużył się tą metaforą wyciągniętych ramion, napisał, że <i>wystarczy jedno pociągnięcie pilnika o średniej ziarnistości po paznokciu środkowego palca prawej ręki, aby całkowicie wymazać historię ludzkości.</i></p>
<p>A my, nasza historia? Twoja? Moja? Nasze sto lat, którego życzą nam na urodzinach?</p>
<p>Jesteśmy w dziejach Kosmosu czymś mniejszym od błędu statystycznego. A w dodatku mamy cholerne szczęście.</p>
<p>Weź czystą kartkę papieru. Na samej górze narysuj maleńkiego człowieczka. To ty. Jedyny, wyjątkowy, niepowtarzalny. Pod spodem narysuj dwa ludziki i połącz z tym pierwszym kreskami. To twoi rodzice. Niżej cztery ludziki, dziadkowie. I tak dalej, aż się kartka skończy. W dziewiątym pokoleniu wstecz masz już 256 krewnych. Najbliższych krewnych, żadnych tam kuzynów czy pociotków, tylko rodziców, dziadków, ich rodziców i tak dalej. W dziesiątym – 512. W trzydziestym pokoleniu masz 1 073 741 824 krewnych. Najbliższych krewnych, tylko twoich. I tylko przez jakieś 900 lat. I wszyscy są ze sobą jakoś tam spokrewnieni. Każdemu z nich coś niewielkiego zawdzięczasz. Życie.</p>
<p>Teraz weź gruby mazak, zamknij oczy, zatocz nad kartką kilka kręgów i opuść na dowolne miejsce. Pac! Twój przodek właśnie spotkał nieprawidłowo jadącego kierowcę, patologicznego mordercę, spadł na niego kamień czy poniósł go koń, któryś z rodziców był bezpłodny, matka przodka poszła do klasztoru zanim spotkała ojca…</p>
<p>Bo miałeś miliard 73 miliony 741 tysięcy 824 szanse na to, żebyś się nie urodził. I to tylko w trzydziestu pokoleniach, czyli w ciągu niespełna dziewięciu stuleci. A jeśli przypomnisz sobie, że historia samych tylko hominidów liczy ponad 7 milionów lat, a historia życia organicznego na ziemi – prawie cztery miliardy… Ile razy gruby mazak spadał na kartkę z rysunkiem, przedstawiającym nasze drzewo genealogiczne! W dodatku wiadomo, że tylu ludzi, którzy zapewniliby ci „czyste” pochodzenie rodowe, w prostej linii wywodzące się z ojców i matek, dziadków i babć – nie było nigdy na świecie. Więc przyjmij do wiadomości, że nie było tak prosto. Jesteś – jesteśmy – efektem także tysięcy związków kazirodczych, w tym też sensie jesteśmy ze sobą spokrewnieni: ty, ja, Bolesław Chrobry i William Szekspir, Donald Tusk i Jarosław Kaczyński, Nelson Mandela i Hồ Chí Minh, Beniamin Netanjahu i Grzegorz Braun, Cersei Lannister i Beata Szydło, z tym że Cersei jest bardziej prawdziwa.</p>
<p>Ile istot, gatunków, zdarzeń biologicznych czy wcześniej fizyko-chemicznych musiało mieć miejsce, żebyś czytał te słowa? Wystarczy przypomnieć, że 99,99 % gatunków istniejących kiedyś na Ziemi w którymś momencie wymarło bezpotomnie i bezpowrotnie. Mieliśmy niesamowite szczęście, że zmieściliśmy się w tym ułamku promila. Mieliśmy szczęście, że to nie na naszego praprzodka spadł kamień w jaskini, i to nie nas zjadł wygłodzony neandertalczyk czy homo habilis, tylko my jego.</p>
<p>Statystycznie rzecz biorąc – w zasadzie nie istniejemy. A raczej – nasze istnienie jest tylko krótką, chwilową przerwą w naszym nieistnieniu. Ale kiedyś ktoś nalał sobie wieczorną whisky do szklaneczki, spojrzał na Tatry za oknem, posłuchał jak szumi morze na południe od Krety, włączył  trzeci Koncert Brandenburski Bacha, uśmiechnął się do zimowej sroki Moneta, zobaczył spadającą gwiazdę, pomyślał: <i>Perseidy</i> i wypowiedział życzenie… Nasze życie jest tylko chwilą, ale doktor Faustus miał rację, gdy spędziwszy chwilę z Małgorzatą westchnął: <i>Trwaj, chwilo, chwilo, jesteś piękna… </i>Niech ta chwila, ta przerwa trwa jeszcze choć chwilę, a Mefistofeles niech spokojnie poczeka. Jeszcze chwilę.</p>
<p><a href="https://www.dziennikarzerp.pl/wp-content/uploads/2024/01/pinkwart-foto.jpg"><img class="alignleft size-full wp-image-10277" alt="pinkwart foto" src="https://www.dziennikarzerp.pl/wp-content/uploads/2024/01/pinkwart-foto.jpg" width="240" height="180" /></a></p>
<p>&nbsp;</p>
<p><b>Maciej Pinkwart</b></p>
<p><em>11 czerwca 2026</em></p>
<p>&nbsp;</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>https://www.dziennikarzerp.pl/2026/06/krotka-przerwa-w-nieistnieniu/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Mit szlachetnego dzikusa</title>
		<link>https://www.dziennikarzerp.pl/2026/06/mit-szlachetnego-dzikusa/</link>
		<comments>https://www.dziennikarzerp.pl/2026/06/mit-szlachetnego-dzikusa/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 04 Jun 2026 09:44:12 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Marek Kuliski</dc:creator>
				<category><![CDATA[Aktualności]]></category>
		<category><![CDATA[Kwaśny czwartek]]></category>

		<guid isPermaLink="false">https://www.dziennikarzerp.pl/?p=13183</guid>
		<description><![CDATA[Doświadczając nolens-volens medialnych kontaktów z osobami na wysokich szczeblach władzy, w Polsce i za granicą, mam nieraz wrażenie, że w ciągu ostatnich kilkunastu lat ewolucja wykonała drift i podąża teraz ochoczo w kierunku, z którego przyszła. Osobnicy owi, do których czuję głęboką abominację, jak do wszystkich przejawów i nosicieli chamstwa, są we własnym mniemaniu liderami narodów, państw i świata. Sądząc po objawach, mnóstwo ludzi podziela ten pogląd, aprobuje to chamstwo, naśladuje, a nawet uważa za znak czasów i ducha świata. Chamstwo jako signum temporis i Weltgeist…Według Hegla Weltgeist był motorem ruchu świata ku lepszym dniom jako siła napędowa historii i rozumu, która dąży do samopoznania. A więc z natury rzeczy powinna piąć się intelektualnie ku górze. Aha, akurat… Jak się wydaje, tym co dziś napędza nasz świat, jest dążenie do prostoty, prościzny, prostactwa, wspierane ideologicznie prawami naturalnymi, czyli zarazem rzekomo przyrodniczymi i boskimi, odrzucanie poprzez drwinę wszelkich komplikacji, niejako darwinistyczne rozumienie entropii – jeśli świat w naturalny sposób zmierza – poprzez komplikację – do chaosu, to naszym obowiązkiem jest zawrócenie z tej drogi. Precz z komplikacją, niech żyje prostactwo. Dałoj gramotnych! Piszę to z irytacją, proszę wybaczyć, ale w moim wieku ważniejsza od prostoty jest prostata.]]></description>
				<content:encoded><![CDATA[<p>Wspominam o tym, zmotywowany ostatnimi wydarzeniami, związanymi z protestem naukowców domagających się większych nakładów na naukę i jej rozwój i z chamskimi reakcjami niektórych polityków wobec ludzi kultury i twórców, nazywanych darmozjadami. Być może ci politycy szukają po prostu poklasku wśród osób, dla których nauka skończyła się na podstawówce, po czym zapomnieli czego się nauczyli i dziś są na poziomie umysłowym z czasów, gdy <i>homo sapiens</i> dopiero zaczynał wchodzić na ścieżki historii, zajmując się tylko papu, kaku i bara-bara i pukając się maczugą w czoło wyganiał darmozjadów do jaskiń w Lascaux, Altamirze i Obłazowej. Żył prosto, odżywiał się zdrowo i gdyby w jego czasach istniały już zalążki demokracji, wybierałby na wodzów tych, którzy mają największe maczugi, najtwardsze bicepsy, najmniejsze mózgi i najgłośniej ryczą do swoich ziomków, obiecując im największe mamuty.</p>
<p>Gdyby tylko w Polsce tak się działo, że jedna trzecia narodu głosuje na dzikusów i prymitywów, a reszta się temu przygląda, bezradnie rozkłada ręce i mówi: <i>cóż, takie jest życie</i> – można by to zrzucić na karb dziejowego fatum, które ludzi między Dnieprem a Łabą pozbawiło instynktu samozachowawczego i uszczupliło geny inteligencji. Ale, niestety, dzikusy i prymitywy, albo osoby poszkodowane na umyśle albo już rządzą, albo dążą do władzy także w innych częściach świata. Można, oczywiście, patrzeć na to z wysokości własnego intelektu, odcinać się zdecydowanie jak turysta Malinowski w czasie wycieczki alpinistycznej, albo układać kunsztowne memy o tym, że jak się dzwoni do Białego Domu, to trzeba najpierw zapytać o to, czy jest w domu ktoś dorosły. Można też zrzucić wszystko na innego filozofa, Jeana Jacquesa Rousseau, który w XVIII w. uczył nas kultu szlachetnego dzikusa, przeciwstawianego człowiekowi cywilizowanemu i wykształconemu, który prowadzi świat do zagłady. W swoim dziele <i>Discours sur les sciences et les arts<b> </b></i>w 1750 r. pisał: <i>Usuńcie ten nieszczęsny postęp, zabierzcie nasze błędy i nałogi, zabierzcie wytwory cywilizacji, a wszystko będzie dobre.</i></p>
<p>Trudno mi co prawda podejrzewać, że osoby, rządzące umysłami kilku milionów ludzi w Polsce czy kilkudziesięciu milionów w Stanach Zjednoczonych czytały, czy choćby słyszały o szwajcarskim filozofie i zaaprobowały jego kult dzikusa, ale nawet przez umysły ludzi oświeconych wielokrotnie przebiegała tęsknota za prostym, może nawet prymitywnym i niebezpiecznym życiem dzikusów, za czasami, w których nie było państw, granic, banków, wyborów, samochodów, komputerów i sztucznej, a nawet jakiejkolwiek inteligencji, kiedy ludzie odżywiali się zdrowo, nie umierali na raka i Alzheimera, prężyli mięśnie nie w siłowniach, ringach czy pałacach prezydenckich, tylko na polu walki, polowali na co i kiedy chcieli i mogli, więc mieli się ogólnie dobrze, a nawet szczęśliwie.</p>
<p>Do niedawna na temat tego, jacy byli i jak żyli nasi dzicy przodkowie, mogliśmy tylko spekulować. Ale w 1991 r. dwoje niemieckich turystów w okolicach przełęczy Tisenjoch w Alpach, a dokładniej w południowym Tyrolu, na wysokości 3210 m n.p.m. na granicy włosko-austriackiej (kilkadziesiąt metrów po włoskiej stronie) znalazło szczątki ludzkie, które początkowo uznano za nieszczęśliwego turystę, który zamarzł i ukryła go bryła lodu. Wezwani ratownicy zwieźli go do Innsbrucku i tam stwierdzono, że ów rzekomy turysta liczy sobie około 5300 lat. Od pobliskiej doliny Ötztal, osobnika owego nazwano <i>Ötzi</i>, przydając mu określenie <i>człowiek lodu</i>. Stan zachowania szczątków, zamarzniętych w lodowej bryle był tak dobry, że można było przeprowadzić jego szczegółową autopsję. Niekiedy uważa się, że to najlepiej przebadany człowiek świata, oczywiście z wyjątkiem Władimira Putina, Donalda Trumpa i Kim Dzong Una.</p>
<p>A więc – proszę państwa, oto nasz przodek, Ötzi. Ów szczęśliwy dzikus, okaz zdrowia, odżywiający się naturalnie, nie używający suplementów diety, nie jadający cukru, nie pijący whisky, nie oglądający telewizji i nie scrollujący smartfona. I jeszcze uprawiający turystykę w wysokich górach. Zmarł w wieku 40, może nawet 53 lat. Miał 157 cm wzrostu, a więc raczej nie grał w koszykówkę. Ważył zaledwie ok. 50 kilogramów. Był szatynem, prawdopodobnie miał brązowe oczy i grupę krwi „zero”, a zmarł wskutek odniesionych ran w walce z innymi ludźmi. Nie wiemy, jaki dramat rozegrał się na wysokości ponad 3200 metrów, ale biedny Ötzi został zabity strzałą z łuku. Obok niego znaleziono też jego własny łuk, kołczan z czternastoma strzałami, półmetrową ciupagę z ostrzem miedzianym, przymocowanym do cisowego drzewca za pomocą brzozowej smoły i kilku rzemieni, miał też krzemienny nóż. Nosił plecak i torbę z kory brzozowej. Ubrany był w futro ze skór niedźwiedzia, kozicy i jelenia, miał skórzane buty i skarpety z miękkiej trawy i łyka. Miał przy sobie hubę brzozową – albo do rozpalania ognia, albo do leczenia ran, albo jako medykament na dolegliwości żołądkowe.</p>
<p>Teraz ustalenia anatomopatologów. Ötzi nie cierpiał głodu, nawet przed swoją ostatnią bitwą zjadł obiad: mięso jelenia i kozicy, trochę korzonków i owoców, prawdopodobnie kawałek chleba z grubo mielonych ziaren. Na ciele miał przeszło 60 tatuaży.</p>
<p>Ale zdecydowanie nie był okazem zdrowia: dręczyły go wszy i pchły, a także kleszcze, co spowodowało, że chorował na boreliozę. Miał bakterie <i>Helicobacter pylori</i>, co mogło wiązać się z chorobą wrzodową żołądka lub dwunastnicy. Cierpiał na nietolerancję laktozy, miał zaawansowaną próchnicę i zmiany zwyrodnieniowe stawów. Był też zakażony nicieniami – włosogłówkami. Miał genetyczne predyspozycje do choroby wieńcowej, stwierdzono też u niego arteriosklerozę.</p>
<p>Prawdziwy okaz pierwotnego zdrowia.</p>
<p>Badania genetyczne wykazały, że choć najprawdopodobniej zmarł bezdzietnie – w każdym razie w okolicy nie stwierdzono jego bezpośrednich potomków – to jednak zarówno w pobliżu Innsbrucka, jak i we włoskim Tyrolu odkryto ludzi, którzy z Ötzim mieli dalekich wspólnych przodków. Krótko mówiąc – nasz człowiek, Europejczyk.</p>
<p>Gdyby Państwo chcieli (ostrożnie!) bliżej się zapoznać z tyrolskim człowiekiem lodu, owym realnie żyjącym niewątpliwie szlachetnym, choć udręczonym przez naturę i bliźnich dzikusem – to trzeba pojechać do włoskiego Bolzano, bo tam w Muzeum Archeologicznym Górnej Adygi Ötzi znalazł miejsce ostatniego spoczynku. Innych, mniej dokładnie zdiagnozowanych dzikich można codziennie oglądać w różnych telewizjach.</p>
<p>&nbsp;</p>
<p>&nbsp;</p>
<p><a href="https://www.dziennikarzerp.pl/wp-content/uploads/2024/01/pinkwart-foto.jpg"><img class="alignleft size-full wp-image-10277" alt="pinkwart foto" src="https://www.dziennikarzerp.pl/wp-content/uploads/2024/01/pinkwart-foto.jpg" width="240" height="180" /></a></p>
<p><b>Maciej Pinkwart</b></p>
<p><em>4 czerwca 2026</em></p>
<p>&nbsp;</p>
<p>&nbsp;</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>https://www.dziennikarzerp.pl/2026/06/mit-szlachetnego-dzikusa/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Sport to zdrowie</title>
		<link>https://www.dziennikarzerp.pl/2026/05/sport-to-zdrowie/</link>
		<comments>https://www.dziennikarzerp.pl/2026/05/sport-to-zdrowie/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 28 May 2026 11:33:58 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Marek Kuliski</dc:creator>
				<category><![CDATA[Aktualności]]></category>
		<category><![CDATA[Kwaśny czwartek]]></category>

		<guid isPermaLink="false">https://www.dziennikarzerp.pl/?p=13155</guid>
		<description><![CDATA[Kiedyś byłem kibicem, nawet prowadziłem zeszyt z bieżącymi wynikami ważnych zawodów, wklejałem tam wycinki z fotografiami mistrzów i mogłem wymieniać z pamięci nazwiska, metry i punkty. Przeszło mi w połowie podstawówki. Jeszcze w liceum chodziłem do sąsiadów oglądać (my telewizora nie mieliśmy) ważne mecze hokeja i piłki nożnej – ale co najmniej na szczeblu mistrzostw Europy, świata czy Igrzysk Olimpijskich. I to dopiero w czasie finałów. Potem zauważyłem, że nudzi mnie nie tylko piłkarski mecz ligowy, nawet finał Ligi Mistrzów, ale także hokejowe starcie Rosji z Kanadą.]]></description>
				<content:encoded><![CDATA[<p>Być może miał na to wpływ mój parotygodniowy pobyt w szpitalu z zapaleniem mięśnia sercowego i przeświadczenie, że już na zawsze zostanę cherlakiem, co zresztą dokumentowało permanentne zwolnienie z wuefu. A może to, że z namowy kolegów poszedłem kiedyś na mecz piłkarski na stadion KS Jedwabnik w Milanówku, żeby podziwiać naszego najlepszego piłkarza nazwiskiem Armata. Ale to był niewypał, nie było co podziwiać i się zniechęciłem.</p>
<p>Gdzieś właśnie w tym czasie przeczytałem <i>Disneyland</i> Stanisława Dygata. I tam narrator, dobry sportowiec Marek Arens, podzielił się spostrzeżeniem, że najaktywniejszymi kibicami są zupełne łamagi, dostający zawału po pokonaniu schodów pierwszego piętra, brzuchaci i dzieciaci, i co ważniejsze sami nie uprawiający żadnego sportu. Bo współcześni sportowcy to gladiatorzy, którzy za nas walczą, zdobywają gole, punkty i medale, a my oglądamy to wszystko na trybunach albo częściej w telewizji, popijamy piwo, pogryzamy chipsy i komentujemy: <i>Wygraliśmy! Przegraliśmy</i>… Albo, poprzez patriotyczną synekdochę: <i>Polska przegrała… Polska wygrała</i>…</p>
<p>A to nie my, nie Polska, tylko wygrali albo przegrali ci, którzy biją się, walczą, kopią czy biegną w naszym zastępstwie, czasem  narażając swoje zdrowie, a nawet życie. Nasi gladiatorzy, uwielbiani, oklaskiwani i – zazwyczaj – sowicie wynagradzani, najczęściej przez swoją sławę motywują młodszych do ich naśladowania, a przez starszych traktowani są jak dobro narodowe – do czasu, aż zaczną przegrywać, co – jakby nie patrzeć – zdarza się każdemu, a mistrzom w szczególności. Przegrane przegrywów interesują opinię publiczną tylko wtedy, gdy dotyczą polityków. Ale przegrany polityk, w przeciwieństwie do przegranego mistrza sportu, ma się często lepiej niż polityk wygrany, czego przykładów dostarcza nam, niestety, także i dzień dzisiejszy.</p>
<p>Jednym z nieuchronnych zjawisk, towarzyszących mistrzom, których bronią w każdym sporcie jest, w ostateczności, nie piłka, narty, rower czy rakieta tenisowa tylko ich własne ciało – jest kontuzja, przetrenowanie, depresja czy trwałe kalectwo. Niekiedy – przegrana nie z przeciwnikiem, tylko z własną biologią. Biogram każdego wielkiego sportowca składa się więc nie tylko z medali, pucharów i wieńców laurowych, ale z uszkodzeń ciała, niekiedy nieodwracalnych, a najczęściej sumujących się i po latach czasem przekształcających ideał fizycznej doskonałości w obwieszonego medalami rencistę, mało mającego wspólnego z popularnym hasłem <i>Sport to zdrowie.</i></p>
<p>Powie ktoś – no dobrze, to przypadłości wyjątkowe, dotyczące zawodowych sportowców, właśnie – gladiatorów, którzy wybrali taką drogę życiową (albo za nich wybrali ją ich rodzice), świadomych czym ona grozi. Z jednej strony nieuchronna mordęga ćwiczeń, treningów, diet, higieny fizycznej i psychicznej, stresów, załamań i złamań, zerwanych ścięgien, naciągniętych mięśni, skręconych kostek, wywichniętych stawów, połamanych rąk i nóg, uszkodzonych łękotek… Ale z drugiej – ewentualna droga na szczyty, do sławy, popularności i bogactwa, którym cieszyć się będzie kilka pokoleń dziedziczących osiągnięcia sportowca. Pieniądze… Zawsze się zastanawiam, po co zarabiającym miliony miesięcznie mistrzom jeszcze kilka czy kilkadziesiąt tysięcy za reklamę pasty do zębów czy napojów izotonicznych… Zawsze w takich okolicznościach przypomina mi się opowiastka o rybaku-pijaku, który w jeziorze złowił złotą rybkę i miał ją uwolnić, gdy spełni ona jego trzy życzenia. <i>Spraw</i> – powiada – <i>żeby całe to jezioro napełniło się wódką</i>. Rybka kręci głową, ale życzenie spełnia. <i>A drugie?</i> – pyta. – <i>No to niech jeszcze ta rzeka, która do niego dopływa, zamiast wody ma wódkę</i>. Woda w rzece zmienia się w wódkę. <i>A trzecie życzenie?</i> – pyta rybka. <i>Ech, męczysz mnie</i> – mówi rybak – <i>no</i> <i>to daj jeszcze pół litra i będziemy kwita</i>… Ile razy słyszałem ten żarcik, zastanawiałem się, jak się potem czuła złota rybka, kiedy rybak wypuścił ją z powrotem do jeziora wódki…</p>
<p>No dobrze, sport zawodowy to raczej realizacja hasła <i>Sport to zdrowie… stracone. </i>Ale ruch, codzienny jogging, 10 tysięcy kroków, rower, nordic walking? Nie słyszałem nigdy w mojej okolicy o tym, żeby ci, którym taką aktywność zalecono, stali się okazami zdrowia. Może zachowują jakąś kondycję, ale czy to pomaga im coś osiągnąć? Czy Barack Obama został prezydentem dlatego, że codziennie się joggingował, czy raczej dlatego, że spędzał całe dni w bibliotece uniwersyteckiej w Columbii czy Harvardzie, a potem w kancelarii adwokackiej czy biurze senatorskim? Czy Maria Skłodowska-Curie jeździła na rowerze dlatego, żeby zachować zdrowie i figurę, czy dlatego, że nie stać ją było na inną komunikację? Czy Wisława Szymborska zaczynała swój twórczy dzień od 10 tysięcy kroków na spacerze, czy raczej od pierwszego papierosa? Oczywiście, wiemy że to się dla jej zdrowia fatalnie skończyło, ale w sumie Nobla dostała za niehigieniczne pisanie w niewietrzonym pokoju, a nie za nordic walking.</p>
<p>Kiedy mój lekarz po raz kolejny namawiał mnie do jeżdżenia rowerem, przypomniałem sobie, jak poruszając się rowerem po ulicy Dębowej w Milanówku w wieku licealnym, obejrzałem się za jakąś piękną panią i nie zauważyłem wielkiego kamienia, który leżał przy drodze. Oczywiście wjechałem w niego, przeleciałem nad kierownicą i pojechałem rękami po chodniku, który akurat w tym miejscu był wysypany miałem węglowym. A w tym miale płytko zakopana była pęknięta szklana lufka do papierosów. Na szczęście było to niedaleko od domu, mama była doświadczoną sanitariuszką po powstaniu warszawskim, więc poczuła się jak u siebie na Wareckiej, opatrzyła mnie, przetrzepała co trzeba i sprzedała mój rower.</p>
<p>A po latach uświadomiłem sobie, że nigdy nie widziałem żadnego zdjęcia, na którym pokazywano by Winstona Churchilla na rowerze, z kijkami, czy na nartach, choć owszem, grywał w polo (siedząc na koniu), a w młodości uprawiał szermierkę. Ale uważał, że kiedy człowiek coś zacznie robić na serio, to na sport już nie ma czasu. Malarstwo – tak, owszem, czemu nie. Ale zdrowie zawdzięczał nie jeździe konnej, szermierce czy malarstwu, tylko cygarom i hektolitrom alkoholu, który mieszał w najokropniejszy sposób: whisky, szampan, brandy, koniak. Wygrał wojnę, przegrał wybory i wypalił parę tysięcy cygar. Dożył 90 lat, a w jego czasach to nie było zbyt częste. Takie życie to dopiero sport!</p>
<p>Jego królowa, Elżbieta II, uprawiała od dziecka sport hippiczny, ale później już raczej biernie: w karocy i na wyścigach w Ascot. Uwielbiała oczywiście angielską herbatę, która jak wiadomo jest indyjską herbatą. Ale prawdę powiedziawszy, im była starsza, tym herbata robiła się bardziej góralska. Przed lunchem był to Dubonnet z ginem: 70 % wermutu i 30 % patriotycznego Gordon&#8217;s London Dry Gin, z lodem i plasterkiem cytryny. Po lunchu szedł szampan, francuski, często Pol Roger i klasyczna Wdowa Cliquot oraz wina: biały niemiecki Gewürztraminer lub alzacki riesling – w końcu pochodziła z niemieckiej saskiej dynastii Wettynów. Ale nie bacząc na wstydliwą sprawę wojny stuletniej i Joanny d’Arc oraz niesympatyczne relacje między Napoleonem a księciem Wellingtonem pod Waterloo – potem szły czerwone wina Château Margaux z regionu Medoc, do deserów słodkie Château d&#8217;Yquem, a po kolacji szklaneczka Porto. W pogodne dni przed snem szedł jeszcze szampan Maison Bollinger, w chłodniejsze – zwłaszcza w czasie pobytu w jej szkockiej rezydencji Balmoral niedaleko Aberdeen – zwykła szklaneczka szkockiej.</p>
<p>Nie żebym uważał, że to podnoszenie niewielkich ciężarów w kieliszkach i szklaneczkach pomogło jej dożyć 96 lat. Choć, z drugiej strony…</p>
<p>Dla mnie to za dużo i za bardzo pomieszane – mam na myśli oczywiście nie te lata, tylko te szklaneczki. Nigdy nie paliła papierosów i nawet księcia Filipa przed ślubem palącego jak smok, zmusiła do rzucenia palenia. Pewno dzięki temu zmarł dopiero na kilka miesięcy przed setnymi urodzinami&#8230;</p>
<p>Na szczęście wszyscy oni nie znali hasła <i>Sport to zdrowie</i>. W Polsce bardzo się tym przejmowano i zapewne z tego powodu w 1953 roku władze zadecydowały o wprowadzeniu na rynek tanich papierosów, którym nadano nazwę Sporty. Żeby to palić, trzeba było mieć zdrowie. Byłem na to za chorowity, więc wolałem bardziej brytyjsko brzmiące Klubowe, a z wykwintniejszych Rarytasy, Carmeny i Cara. Ale zaczęło się od podkradania mamie papierosów Nysa z ustnikami. O innych moich sportach – na przykład o mistrzostwach Warszawy w parach sportowych w bridża – może innym razem.</p>
<p><a href="https://www.dziennikarzerp.pl/wp-content/uploads/2024/01/pinkwart-foto.jpg"><img class="alignleft size-full wp-image-10277" alt="pinkwart foto" src="https://www.dziennikarzerp.pl/wp-content/uploads/2024/01/pinkwart-foto.jpg" width="240" height="180" /></a></p>
<p><b>Maciej Pinkwart</b></p>
<p><em>28 maja 2026</em></p>
<p>&nbsp;</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>https://www.dziennikarzerp.pl/2026/05/sport-to-zdrowie/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Role</title>
		<link>https://www.dziennikarzerp.pl/2026/05/role/</link>
		<comments>https://www.dziennikarzerp.pl/2026/05/role/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 21 May 2026 11:02:15 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Marek Kuliski</dc:creator>
				<category><![CDATA[Aktualności]]></category>
		<category><![CDATA[Kwaśny czwartek]]></category>

		<guid isPermaLink="false">https://www.dziennikarzerp.pl/?p=13124</guid>
		<description><![CDATA[Zupełnie nie pamiętam, jak prawie dokładnie 60 lat temu trafiłem do Teatru Małych Eksperymentów „Wagant”, założonego przy Uniwersytecie Warszawskim przez Tomasza Miłkowskiego z polonistyki. W pierwszym spektaklu nie brałem udziału, ale w drugim już tak. Był to Kwiat miłości, sztuka Tomka o wojnie wietnamskiej, gdzie trafiłem nie tylko ja, ale także kilka moich „wietnamskich” wierszy. Nie grałem tam żadnej roli – po prostu parę razy wchodziłem zza kulis i coś mówiłem. Te wejścia i to mówienie to była moja szkoła aktorska: Tomek jako reżyser przeczołgiwał mnie kilkadziesiąt razy na każdej próbie, uczył wymowy, ruchu, reagowania na światło reflektorów i na inne osoby na scenie, tego, że przedstawiając wiersz o spalonym przez napalm dziecku należy mimo dramatyzmu nie poddawać się nerwom i mówić widziałem dziecko, a nie wdziałem dziecko oraz że nie mówi się za wyjątkiem, bo gdyby się tak mówiło, to by trzeba też mówić przed wyjątkiem, a więc z wyjątkiem i już. 60 lat minęło jak jeden dzień, a ja to doskonale pamiętam. Nienawidziłem każdej próby i umierałem na początku każdego przedstawienia. A potem trema mijała, wchodziłem w rolę i dawałem radę. Do następnego razu.]]></description>
				<content:encoded><![CDATA[<p>Rola? Jeszcze w <i>Pluskwie</i> Majakowskiego, rewelacyjnie wystawionej przez Tomka, który grał główną rolę, Prisipkina, byłem kimś w rodzaju lokaja, który wchodzi na scenę i mówi: <i>Jaśnie panie, powóz zajechał…</i> W pierwszej scenie sztuki przekupnia na targowisku rewelacyjnie grał nieodżałowany Andrzej Najman, najprzystojniejszy z moich przyjaciół, w którym kochały się wszystkie koleżanki, zwłaszcza te, które mnie się podobały, ale przy Andrzeju nie miałem szans. Ja w <i>Pluskwie </i>pojawiałem się w drugiej scenie, w hotelu robotniczym, w roli młodego robotnika, który wchodzi na scenę i z rozpaczą w głosie krzyczy: <i>Gdzie buty? Znowu buty rąbnęli. Cóż to, mam je na noc odnosić na Dworzec Kurski do przechowalni ręcznego i nożnego bagażu czy co?</i> Ten krzyk zupełnie mi nie wychodził… Ale moje ambicje teatralne rosły.</p>
<p>W Warszawie w 1966 r. na Międzynarodowych Targach Książki kupiłem dwie publikacje (najpierw trzeba było na specjalnym formularzu złożyć zamówienie, które zdaje się weryfikowała cenzura, potem przesyłka przychodziła pocztą) autorstwa Jamesa Salingera: było to <i>Nine Stories</i> oraz bestseller tamtych lat – <i>The Catcher in the Rye</i>, <i>Buszujący w zbożu</i>. Czytałem to oczywiście, jak wszyscy, w polskim przekładzie Marii Skibniewskiej – ale ten przekład mi się nie spodobał. Więc gdy już miałem oryginał, postanowiłem samemu powieść przetłumaczyć, jednocześnie adaptując ją na scenę. No i wreszcie zagrać główną rolę. Tomek Miłkowski rzecz zaakceptował, podjął się reżyserii i obsadził wszystkie role. Zagrałem nastolatka Holdena Caulfielda. Miałem 19 lat.</p>
<p>W pierwszej scenie Holden rozmawia ze swoim starszym kolegą o dziewczynie, w której się kocha. Kolega najpierw tę Jane Gallagher dezawuuje, potem sugeruje, że gdyby tylko chciał, to zaraz by była jego. Holden rzuca się na niego z pięściami, Stradlater daje mu wycisk, Holden odchodzi i postanawia uciec z domu. Stradlatera grał mój najserdeczniejszy przyjaciel, Zbyszek Jachimski. Na próbach oczywiście robiliśmy choreografię bójki, a nie bójkę, ale przed premierą Tomek się wkurzył i powiedział, żebyśmy się bardziej postarali. Postaraliśmy się. Rzuciłem się, Zbyszek mnie odepchnął, walnąłem głową o fotel, przyjaciel dowalił mi pięścią, zszedłem ze sceny – zgodnie ze scenariuszem, ale z krwotokiem z nosa, czego scenariusz nie przewidywał. Zebrałem oklaski. Po premierze pytano nas, jak zdołaliśmy zrobić taką wiarygodną iluzję bójki. Holden w całej półtoragodzinnej sztuce tylko przez siedem minut jest poza sceną. To były właśnie te minuty, w czasie których mój krwotok został zatamowany i mogłem grać swoją rolę dalej.</p>
<p>Kilka premier później wystawialiśmy jakiś montaż poetycki, który nazywał się <i>Stara rekwizytornia</i>. Byłem tam starym rekwizytorem. Przez kilkanaście minut pudrowano mi włosy tak, żeby wyglądały na siwe. Na peruki nie było nas stać, musieliśmy oszczędzać. Szkoda, że teraz już nie gram starego rekwizytora, można by zaoszczędzić też na pudrze.</p>
<p>Potem przyszły inne role, w innych teatrach i na innych scenach. Może najtrudniejsza była pierwsza scena w teatrze życia, w którym zacząłem grać rolę ojca – kiedy w szpitalu na warszawskim Solcu przyszedłem odebrać żonę i tylko co urodzonego syna. Dwie rzeczy nieprzewidziane w scenariuszu – kiedy pielęgniarka podała mi tłumoczek z koca, w którym zapakowane było dziecko – i pakunek był tak lekki, że mało go nie podrzuciłem w powietrze. A parę minut później, już na ulicy, tłumoczek się poruszył. Powinienem się wzruszyć, ale głównie się przestraszyłem. Bo to coś, co trzymałem w rękach przestało być <i>czymś</i>, a stało się w tym momencie pełnoprawnym <i>kimś</i>, kto ma własną wolę i już teraz w wieku bodaj trzech dni, objawia własne, niezależne ode mnie działania… I to zostało na następne 53 lata…</p>
<p>Potem przez parę lat próbowałem odgrywać rolę dziennikarza – reportera interwencyjnego. Ubierałem się w garnitur, żeby wyglądać poważniej, bo z redaktorem w wieku dwudziestu paru lat mało kto chciał w ważnych sprawach rozmawiać. Kiedyś redakcja „Polityki” wysłała mnie na reportaż pod Poznań, gdzie źle się działo w jednym z domów dziecka. I kiedy zapukałem do drzwi nauczyciela-opiekuna, który do „Polityki” napisał z prośbą o pomoc w walce z dyrekcją i chroniącym ją Komitetem Wojewódzkim Partii – zobaczyłem, że garnitur nie pomógł. Że czytelnik nie uwierzył, iż taki młokos może cokolwiek zrobić w tak skomplikowanej sprawie. Sprawa nie była skomplikowana, ale rzeczywiście niewiele pomogłem.</p>
<p>A potem, w innej sprawie, napisałem zły reportaż, stronniczy, zaorał mnie o wiele starszy i bardziej doświadczony dziennikarz z konkurencyjnego pisma i przez długi czas grałem rolę negatywnego przykładu, studenci się na mnie uczyli i mój casus opisywano w „Zeszytach Prasoznawczych”. Bolało jak cholera, ale ogromnie dużo się wtedy nauczyłem. A nauka nie tylko kosztuje, także boli. I potem pracowałem na roli, a dokładniej – w Pegieerze na Opolszczyźnie, z czego mi został <i>Ulisses </i>Joyce’a i wydany w Czechach album <i>Beatles v písních a obrazech</i>, oba kupione na rynku w Paczkowie, niechęć do popijania paprykarza szczecińskiego koniakiem Martell, bo tylko to można było tam w sklepie kupić i zrobione między polami kukurydzy prawo jazdy.</p>
<p>I marzyłem wtedy, żeby być już na tyle stary i na tyle doświadczony, a może i mądry w jakiejś dziedzinie, żeby móc być niezależnym komentatorem i wypowiadać własne opinie, niezależne od zdania dyrektorów, starszych redaktorów, linii programowych i chęci zdobycia poklasku publiczności. Udało mi się pod koniec życia, w zasadzie już poza progiem działalności zawodowej.</p>
<p>Tyle tylko, że jednocześnie z tą wolnością i poczuciem dystansu przyszła świadomość tego, że to co ja myślę, czego doświadczam i co o tym piszę – nie ma żadnego znaczenia. I to bez względu na to – proszę wybaczyć – czy ktoś to czyta, czy nie. Bo świat, mój świat, zrobił się tak różnorodnie podzielony, że większość ludzi czyta – słucha – ogląda – tylko to, co chce przeczytać, wysłuchać, obejrzeć, bo potrzebuje tylko potwierdzenia własnych opinii. Ten głębszy, bardziej dramatyczny podział jest jeszcze trudniejszy do zaakceptowania, bo dzieli rzeczywistość na maleńką kulkę, może nawet bańkę, w której jestem ja, moje nieliczne i mało ważne sprawy, opinie, doświadczenia i poglądy i drugą, wielką kulę, w której są inne sprawy, opinie, doświadczenia, poglądy i cały Kosmos. Mogę tę swoją bańkę pokolorować, żeby zachęcić resztę świata do jej obejrzenia, może nawet do akceptacji, dodać przypraw, soli, pieprzu, kurkumy i cynamonu, ale i tak to sytuacji nie zmieni i rola, jaką przyjdzie mi odegrać w tej mojej bańce, nie jest ani główna, ani drugoplanowa, nie jest to nawet rola szatniarza czy portiera.</p>
<p>Czy taka konstatacja boli? Bo ja wiem? Kwestia przyzwyczajenia. Choć z wiekiem jest niby więcej czasu na takie przyzwyczajanie się, to jednak ten czas pędzi tak szybko, że nawet jeśli czegoś doświadczymy, to jeśli jest to coś miłego – minie, zanim się o tym przekonam, że jest. Jeśli coś nieprzyjemnego – cóż, zmieni się w nieprzyjemną zwyczajność, jak codzienne golenie i wkładanie skarpetek&#8230; Czy to boli? No jasne.</p>
<p>Ale jam nie z soli, ani z roli, ani nawet z coca-coli, tylko z tego co mnie boli.</p>
<p><a href="https://www.dziennikarzerp.pl/wp-content/uploads/2024/01/pinkwart-foto.jpg"><img class="alignleft size-full wp-image-10277" alt="pinkwart foto" src="https://www.dziennikarzerp.pl/wp-content/uploads/2024/01/pinkwart-foto.jpg" width="240" height="180" /></a></p>
<p><b>Maciej Pinkwart</b></p>
<p>21 maja 2026</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>https://www.dziennikarzerp.pl/2026/05/role/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Czy Polska jest republiką?</title>
		<link>https://www.dziennikarzerp.pl/2026/05/czy-polska-jest-republika/</link>
		<comments>https://www.dziennikarzerp.pl/2026/05/czy-polska-jest-republika/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 14 May 2026 12:06:18 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Marek Kuliski</dc:creator>
				<category><![CDATA[Aktualności]]></category>
		<category><![CDATA[Kwaśny czwartek]]></category>

		<guid isPermaLink="false">https://www.dziennikarzerp.pl/?p=13090</guid>
		<description><![CDATA[Takie pytanie zadano posłowi i byłemu ministrowi nauki i szkolnictwa wyższego z Lewicy, Dariuszowi Wieczorkowi i poseł stwierdził że nie, bo Polska jest Rzeczpospolitą. Nie wiedział też, kto walczył w wojnie secesyjnej. A większość z pytanych posłów nie wiedziała, ile jest osiem razy siedem. Przytaczam to dlatego, że to jest teraz świeży temat, a kompromitujące odpowiedzi na łatwe, choć pewno prowokacyjne pytania uzyskiwali reporterzy, buszujący po korytarzach na, nomen omen, ulicy Wiejskiej w związku z trwającymi maturami. Oczywiście wiem, że stres robi swoje i czasem blokuje mózg, jednak tu nie chodzi o czasową blokadę. Żenadą częstują nas co dzień posłowie, członkowie rządu i opozycji, co zresztą bywa stałym elementem folkloru politycznego w kraju, w którym przeciętny obywatel nie tylko nie pamięta już tabliczki mnożenia, ale nie ma pojęcia ile głosów dostał w wyborach ten czy inny kandydat na prezydenta. Tego, oczywiście, nie wie nikt i wiedzieć nie będzie. W efekcie dla wielu osób prezydent Polski jest oceniany jak kot Schrödingera, podczas gdy dla innych – jak kot Kaczyńskiego. Na tym polega polska mechanika kwantowa.]]></description>
				<content:encoded><![CDATA[<p>Tej niewiedzy wyborczej mamy więcej, niż wiedzy. Czy znacie nazwiska wszystkich posłów ze swojego okręgu wyborczego? Zapewne nie, choć pewno wiecie, na kogo sami głosowaliście. Ale czy pamiętacie, jaki był program wyborczy tego na kogo głosowaliście? A z kim z własnej partii ten ktoś konkurował i czym jego oferta różniła się od innych? A czy wiemy, ile kosztowała jakąś partię czy komitet wyborczy kampania do parlamentu czy samorządu na jakimkolwiek szczeblu? Przez ile dni nie było w pracy premiera, ministra, prezydenta, wójta czy pracownika jakiejkolwiek firmy w czasie, gdy „walczył” o mandat, gdy namawiał do głosowania na siebie lub na swoich? I jaki jest tego efekt? Ilu radnych znacie? Ilu uważacie za mądrych i wartych trudu kampanijnego już w połowie kadencji? Ilu posłów jest, według was, elitą narodu? Ilu ministrów rzeczywiście zna się na tym, co robi i choćby nie opowiada bzdur z dziedziny, za którą jakoby jest odpowiedzialny?</p>
<p>Mówi się teraz o konieczności zmiany obecnej polskiej Konstytucji. A ilu z mówiących o tym choćby raz przeczytało tekst polskiej ustawy zasadniczej? I kto potrafi popatrzeć na te postulowane zmiany nie w perspektywie kolejnej kadencji tylko w perspektywie – powiedzmy – pół wieku?</p>
<p>Przywołałem na początku niewiedzę – a może tylko wysoki, blokujący rozum poziom stresu posła lewicy specjalnie, żeby nie myśleli Państwo, że jestem stronniczy i uważam że sejmową żenadę reprezentują wypowiedzi Marii Kurowskiej, Mariusza Błaszczaka, Janusza Kowalskiego, Witolda Tumanowicza, Sławomira Mentzena, Marka Jakubiaka czy Romana Fritza. Wśród 460 posłów i 100 senatorów poziom głupoty, niekompetencji i chamstwa rozkłada się z pewnością nierówno w różnych ugrupowaniach, ale przeciętnie jest zapewne podobny do tego, jaki ma statystyczny Polak. Wybór każdego z nich kosztował od kilkunastu do kilkuset tysięcy złotych. Czy nie zgodzicie się Państwo z opinią, że w większości przypadków to pieniądze wyrzucone w błoto? I że coś w tym trzeba zrobić?</p>
<p>Obowiązująca obecnie Konstytucja RP, którą obóz Pałacu Namiestnikowskiego tak usilnie pragnie zmienić, w preambule stwierdza, że ustawę zasadniczą uchwalamy <i>My, naród…</i> Ta kalka z Konstytucji USA, która stała się słynna w Polsce od czasu pamiętnego przemówienia Lecha Wałęsy w Kongresie Stanów Zjednoczonych 18 listopada 1989 r., kiedy to te dwa pierwsze słowa od razu przetłumaczył na angielski niezapomniany Jacek Kalabiński, a parlamentarzyści amerykańscy, słysząc owe <i>We, the People…</i> wstali i zgotowali Wałęsie owację skłania do dwóch refleksji: po pierwsze kongresmeni amerykańscy znają własną konstytucję, a przynajmniej jej początek. Po drugie, jeśli to naród ustanawia prawa podstawowe, to znaczy, że ja też.</p>
<p>I nie potrzebuję do tego powoływać sobie żadnej rady konstytucyjnej. Głównie dlatego, że byłaby albo niepotrzebna, albo nieskuteczna. Niepotrzebna, gdy będzie składać się z samych dworaków i podlizuchów powołującego. Nieskuteczna – jeśli nie: jak wiadomo, gdzie dwóch Polaków, tam trzy opinie. Więc moja rada konstytucyjna będzie jednoosobowa: sam sobie powymyślam, i nie całość tego przyszłego dokumentu, tylko dwie sprawy, które tam powinny się znaleźć. Oprę się w swoim projekcie na czymś, co jest mi bliskie: zasadach demokracji ateńskiej, logice i obiektywizmie sztucznej inteligencji, o której ostatnio tyle pisałem.</p>
<p>Po pierwsze. Na każdym szczeblu demokracji, od sołectwa do parlamentu, przedstawiciele narodu, mający sprawować władzę, będą pochodzić z losowania spośród osób uprawnionych. Uprawnionymi będą wszyscy obywatele pełnoletni, zamieszkali stale na obszarze, którego dotyczy elekcja, którzy wyrażą zgodę na kandydowanie i którzy nie mają ograniczonych praw obywatelskich. Osoby mieszkające na stałe poza Polską, województwem, gminą, których wybory dotyczą, kandydować nie mogą, bo są outsiderami. Algorytm losowania opracuje AI. Zapewne jeśli chodzi o wyższe szczeble władzy – samorząd wojewódzki, parlament – powinno się wprowadzić cenzus wykształcenia – posiadanie przynajmniej matury powinno być obligatoryjne. Do senatu – jeśli zdecydujemy się go utrzymać w obecnej formie – powinien obowiązywać cenzus wyższego wykształcenia (dyplomy Collegium Humanum – wykluczone!). Być może jednak senat powinien składać się z reprezentantów władzy wykonawczej z poszczególnych województw, akademii naukowych, wyższych uczelni (Collegium Humanum – wykluczone!). W momencie wylosowania do władzy przedstawicielskiej każdy jej członek – jeśli należy do jakiejkolwiek partii politycznej – musi z członkostwa zrezygnować lub je zawiesić na czas swojej kadencji.</p>
<p>Istnieje hipotetyczne niebezpieczeństwo, że wynik losowania będzie niereprezentatywny – jeśli algorytm wylosuje do rady miasta czy gminy skład jednorodny, na przykład będzie to grupa kilkunastu gospodyń domowych w wieku emerytalnym. Albo piłkarzy KS Huragan-Waksmund. Na wyższych szczeblach władzy przedstawicielskiej taki przypadek jest mało prawdopodobny, choć prawdopodobieństwo jest <i>niezerowe.</i> Dlatego też należy skrócić kadencje losowanych władz: od roku na szczeblu podstawowym, do trzech lat na szczeblach centralnych. Przez tak krótki czas nie zdąży się ani nabrać manier autorytarnych, ani skumulować błędów. Powie ktoś, że w ten sposób we władzach nie będzie osób doświadczonych, które demokracji uczyły się przez kilka kadencji. Naprawdę sądzicie, że poseł Leonard Krasucki i posłanka Barbara Bartuś z PiS, poseł Andrzej Grzyb czy Aleksander Maliszewski z PSL, posłanka Zofia Czernow czy poseł Janusz Cichoń z Koalicji Obywatelskiej, poseł Jacek Czerniak czy Wiesław Szczepański z Nowej Lewicy przez te wszystkie kadencje czegoś z techniki sprawowania władzy się nauczyli? A każdy z nich jest w sejmie przynajmniej kilkanaście lat…</p>
<p>Po drugie. Przedstawiciele władzy wykonawczej – sołtysi, naczelnicy, burmistrzowie i prezydenci oraz premier i ministrowie – nie mogą wchodzić w skład władzy wykonawczej. To, co jest teraz, barbarzyńsko łamie zasadę trójpodziału władz: parlament, na przykład, jest wobec rządu organem kontrolnym. W efekcie istniejącej sytuacji minister, będący zarazem parlamentarzystą, ma prawo kontrolować sam siebie. Wszystkie stanowiska kierownicze władzy wykonawczej – od sołtysa po premiera – mają pochodzić z konkursu. Kandydatów mają prawo zgłaszać partie polityczne i organizacje społeczne pod warunkiem, że istnieją co najmniej pięć lat. Wyboru dokonuje odpowiednie ciało przedstawicielskie po wysłuchaniu kandydatów, którzy w wystąpieniu nie dłuższym niż 15 minut mają przedstawić co, jak i z czyją pomocą chcą zrobić dla kraju lub regionu. Wybór zostaje dokonany zwykłą większością głosów. Premier, marszałek, prezydent miasta, burmistrz czy wójt swoich współpracowników dobierają sobie samodzielnie, a ministrowie czy członkowie władz wojewódzkich, powiatowych, miejskich i gminnych podlegają wyłącznie swoim zwierzchnikom. Samorząd czy parlament nie może odwołać ministrów czy naczelników wydziałów – może tylko odwołać ich szef.</p>
<p>A co z sędziami, służbami specjalnymi, wojskiem? To powinny być organizmy zupełnie niezależne, współpracujące z władzami w myśl określonych zasad. Co z wyborem – nominacją – losowaniem prezydenta? Jak to teraz mówią politycy przed kamerami – to dobre pytanie. Ale mój wkład w działalność rady konstytucyjnej na tym się kończy – nie będę się sam męczył. Powiecie, że te moje propozycje wywołają chaos i niepewność co do kierunku, w jakim popłynie nawa państwowa? Możliwe. Ale ten chaos i niepewność nie będą większe niż są teraz, a na pewno będzie uczciwiej, sprawiedliwiej i przyjaźniej.</p>
<p>Wiem, wiem – nie o to w sprawach państwowych chodzi. I dlatego moja prywatna rada konstytucyjna na tym kończy swoją działalność…</p>
<p>&nbsp;</p>
<p><a href="https://www.dziennikarzerp.pl/wp-content/uploads/2024/01/pinkwart-foto.jpg"><img class="alignleft size-full wp-image-10277" alt="pinkwart foto" src="https://www.dziennikarzerp.pl/wp-content/uploads/2024/01/pinkwart-foto.jpg" width="240" height="180" /></a></p>
<p><em>Maciej Pinkwart, 14 maja 2026 r.</em></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>https://www.dziennikarzerp.pl/2026/05/czy-polska-jest-republika/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Robot na noszach</title>
		<link>https://www.dziennikarzerp.pl/2026/04/robot-na-noszach/</link>
		<comments>https://www.dziennikarzerp.pl/2026/04/robot-na-noszach/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 30 Apr 2026 19:21:51 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Marek Kuliski</dc:creator>
				<category><![CDATA[Aktualności]]></category>
		<category><![CDATA[Kwaśny czwartek]]></category>

		<guid isPermaLink="false">https://www.dziennikarzerp.pl/?p=13039</guid>
		<description><![CDATA[Dwie wiadomości, najprawdopodobniej będące fejkami. Jedna to obrazek: czterech mężczyzn w uniformach sanitariuszy z trudem dźwiga ciężkie nosze, na których leży biało-czarny humanoidalny robot, prawdopodobnie ze złamaną nogą. Druga to wiadomość tekstowa: 27 stycznia 2026 r. ukraiński robot Droid TW-7.62 wziął do niewoli trzech rosyjskich żołnierzy. A 13 kwietnia tego roku ukraińskie bezzałogowe platformy naziemne przy wsparciu dronów zdobyły placówkę rosyjską, doprowadzając do poddania się całej załogi wroga. Zastanawiacie się pewno, po co powtarzam informacje, które prawdopodobnie są nieprawdziwe? No cóż: najprawdopodobniej to nie znaczy z całą pewnością. A coś, co dziś jest nieprawdziwe, jutro może stać się zupełnie realne. Czy przed pierwszą wojną światową komendant Piłsudski przypuszczał, że za parę lat będzie słuchał swojego głosu, nagranego na płycie gramofonowej, a dziś będziemy go mogli oglądać na żywo i w kolorze podczas – bo ja wiem – nocnej rozmowy z aktualnym lokatorem Belwederu? Co oczywiście umożliwi nam sztuczna inteligencja.]]></description>
				<content:encoded><![CDATA[<p>Sztuczna inteligencja jest teraz jednym z głównym tematów rozważań publicystycznych, zaraz obok heheszków z kolejnych posunięć prezydenta Stanów Zjednoczonych czy niezwykle ważnych dywagacji na temat konfliktów między harcerzami a maślarzami i między jedną panią minister i drugą panią minister z byłej wspólnej partii, mającej w sondażach poparcie mniejsze od Związku Hodowców Kanarków. Przy czym, jeśli dla dziennikarzy i naukowców tematem są osiągnięcia sztucznej inteligencji w zakresie pisania wypracowań szkolnych czy prac doktorskich, umiejętności rozbierania zdjęć koleżanek z przedszkola czy kreowania portretów pomarańczowego Jezusa i filmów z oszalałymi sternikami targanego falami <i>PiStanika</i> – to dla przeciętnego człowieka prawdziwa sztuczna inteligencja to człekokształtne roboty. To one, tworzone na nasz obraz i podobieństwo mogą na tyle poruszyć ludzką wyobraźnię, że zaczniemy się ich bać. Bo tak naprawdę jedynym zagrożeniem dla ludzkości jest człowiek.</p>
<p>Na razie.</p>
<p>Na razie tylko w wyobraźni wykreujmy sobie naszego domowego robota. Któż z nas nie myślał o tym, żeby uciążliwości domowe (odkurzanie, gotowanie, przyszywanie guzików, odrabianie lekcji, pranie i prasowanie, wynoszenie śmieci połączone ze zgodną z przepisami segregacją tychże, rozmowy z żoną i oglądanie Moniki Olejnik) wykonywał za nas mało wymagający niewolnik? I to taki, który zgodnie z prawami Isaaca Asimova nie może nas skrzywdzić i musi być nam posłuszny?</p>
<p>Ciekawe, że tak głęboko siedzi w nas to upodobanie do niewolnictwa. Kilka lat temu w jednej z polskich gazet ukazało się ogłoszenie: <i>Niewolnicę zatrudnię. Oferty ze zdjęciem…</i> Odpowiedziało kilkadziesiąt osób. Ciągu dalszego tego eksperymentu nie znam, choć przyznam, że był frapujący. Ale roboty humanoidalne, pomagające nam w codziennym życiu, w Polsce się nie przyjmą. Po pierwsze, wielu z nas wykorzystywałoby je do wykazywania swojej wyższości, co w dziedzinie intelektualnej mogłoby być trudne, więc wyższość owa demonstrowana byłaby przy pomocy młotka i obcęgów, w skrajnych przypadkach – piły tarczowej. Ale – powiecie – któż by się rzucał na robota z młotkiem, jeśli kosztowałby on krocie? No nie wiem – w końcu, zegarek elektroniczny jakiś czas temu kosztował duże pieniądze, a dziś jest niezauważalnym dodatkiem do wszystkiego, nawet długopisów i ołówków. Po drugie, robot, wyposażony dodatkowo w umiejętność konwersacji, mógłby dla wielu z nas być znakomitą alternatywą dla rozmaitych partnerów czy towarzyszy w pracy, w polityce i w życiu. Świadomie pomijam tu kwestię tzw. robotów seksualnych, jako temat który znam słabo z przyczyn zasadniczych. Mając kontakt z wyposażonym w wielką wiedzę i nienachalnie z niej korzystającym robotem, któż chciałby w domu, w pracy czy w polityce jeszcze wybierać towarzystwo głupich, złośliwych czy egoistycznych ludzi? To z czasem mogłoby doprowadzić do powstania PPR, czyli Polskiej Partii Robotów, która w koalicji z wymierającym progresywnym skrzydłem Koalicji Obywatelskiej mogłaby przekształcić się w znaną od czasów Jarosława Haszka (skądinąd twórcy pojęcia <i>robot</i>) Partię Umiarkowanego Postępu w Granicach Prawa. Czy to możliwe? Nie, niemożliwe. Człowiek nigdy nie będzie działał w granicach prawa, jeśli chciałby osiągnąć umiarkowany postęp. Człowiek zawsze chce nieograniczonego prawa do tego, by innych przymuszać do postępu albo do ciemnoty, co czasem na jedno wychodzi.</p>
<p>Ale współpraca – człowieczo-niewolnicza – z robotami humanoidalnymi daje się już wyobrazić. O wiele łatwiej, niż współpraca człowieka z inteligencją jako taką. To daje się zaobserwować stosunkowo rzadko. Choć, być może i tutaj postęp współpracę taką wymusi.</p>
<p>Czy to nastąpi za naszego życia? Mojego na pewno nie, ale Waszego? Możliwe. Porzućmy na razie poruszające wyobraźnię obrazki robotów, biorących do niewoli całe zastępy armii wroga i nie zastanawiajmy się nad tym, czy pierwszego prawa Asimova nie dałoby się obejść przez odczłowieczanie narracji o owym wrogu i wpojenie w nasze roboty ekonomicznie i technologicznie uzasadnionego przeświadczenia, że wzięty do niewoli wróg to mechaniczna część obcej armii, którą opłaca się zlikwidować na miejscu, a nie wywozić do obozu, żywić i pilnować, żeby nie uciekł. Pomyślmy o pokojowo nastawionych robotach, które krok po kroku będą nam a. pomagać, b. zastępować w trudnych sytuacjach, c. zastępować w łatwych sytuacjach d. zastępować w życiu. Jest to zupełnie logiczne: energetycznie, psychologicznie, funkcjonalnie i ekologicznie robot jest o wiele lepszy od człowieka. Ale czy nie odziedziczy po swoim stwórcy jego głównych wad? Czy nie zacznie przeciążać swoich układów scalonych, gdy gdzieś w murach robotycznego Elsynoru zacznie stawiać sobie egzystencjalne pytanie <i>być albo nie być</i>…</p>
<p>Jeśli z kalkulacji wyjdzie mu – co jest logiczne – że lepiej jest nie być – przestanie się doładowywać i będzie z nim spokój. Tak jak z nami. Bo czy zaopatrzymy go w algorytm przewidujący to, że będzie potrafił się sam naprawiać, sam się odnieść na noszach ze złamaną nogą i ewentualnie sam rozwiązać problem gniazdka i wtyczki? Cóż, wszystko jest możliwe, według kolejnych praw technologicznych, tym razem przedstawionych przez innego twórcę literatury SF – Arthura C. Clarka:</p>
<p>1. Kiedy poważany naukowiec twierdzi, że coś jest możliwe, prawie na pewno ma rację. Gdy twierdzi, że coś jest niemożliwe, prawdopodobnie się myli.</p>
<p>2. Jedynym sposobem poznania granic możliwego jest ich przekroczenie i wejście w niemożliwe.</p>
<p>3. Każda wystarczająco zaawansowana technologia jest nieodróżnialna od magii.</p>
<p>I wariant tego ostatniego prawa: każda technologia odróżnialna od magii jest niewystarczająco zaawansowana.</p>
<p>O sztucznej inteligencji w służbie magii i o czarach w codziennym życiu – następnym razem.</p>
<p><a href="https://www.dziennikarzerp.pl/wp-content/uploads/2024/01/pinkwart-foto.jpg"><img class="alignleft size-full wp-image-10277" alt="pinkwart foto" src="https://www.dziennikarzerp.pl/wp-content/uploads/2024/01/pinkwart-foto.jpg" width="240" height="180" /></a></p>
<p><b>Maciej Pinkwart</b></p>
<p><span style="text-decoration: underline;">30 kwietnia 2026</span></p>
<p>&nbsp;</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>https://www.dziennikarzerp.pl/2026/04/robot-na-noszach/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Wujek Leon</title>
		<link>https://www.dziennikarzerp.pl/2026/04/wujek-leon/</link>
		<comments>https://www.dziennikarzerp.pl/2026/04/wujek-leon/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 09 Apr 2026 10:40:03 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Marek Kuliski</dc:creator>
				<category><![CDATA[Aktualności]]></category>
		<category><![CDATA[Kwaśny czwartek]]></category>

		<guid isPermaLink="false">https://www.dziennikarzerp.pl/?p=13006</guid>
		<description><![CDATA[Jestem prawie pewien, że przynajmniej część z Państwa scrolluje teraz własną lub komputerową pamięć, usiłując odgadnąć, jakiego wujka mam tu na myśli i po wuj go w tytule felietonu przywołuję. Nie zgadniecie. To jeden z bohaterów genialnego tekstu Obiad rodzinny Wojciecha Młynarskiego, który mistrz napisał do Menueta Luigiego Boccheriniego. To ten wujek, który z punktu ku kuzynkom czterem z odpowiednim zmierza żartem czy duserem… Przed wielu laty na lekcjach literatury w zakopiańskiej Szkole Artystycznej przedstawiałem ten tekst – na papierze i w wykonaniu autora – jako przykład umiejętności zestawienia słów i muzyki, starej i nie najprostszej. Po pewnym czasie zauważyłem, że analiza wiersza zmienia się w wykład oparty na słowniku wyrazów obcych i przestarzałych i dałem se spokój: kto dziś, nawet wśród dorosłych, rozumie, co to znaczy z punktu i wie, co to są dusery, nie mówiąc już o tym, że ukazywanie dramatycznego momentu, w którym dziadziowi order wpadł w ordewry wymagało nie tylko tłumaczenia francuskiego określenia hors d’oeuvres, ale w ogóle opowiadania o menu, z czasów, kiedy jeszcze przed obiadem obowiązkowo podawano przystawki, a nie Kawę na Ławę czy Puchar Świata w Skokach. I dlaczego polskie przystawki, których nikt już tak nie nazywa, po francusku oznaczają coś, co podaje się hors d’oeuvres czyli poza dziełem (dziełem jest zupa i danie główne), po grecku mezedes, co wywodzi się z tureckiego słowa, określającego smak, co zresztą zachowało się w podawanych pieskom smaczkach, a co po słowacku brzmi najlogiczniej: predjedla.]]></description>
				<content:encoded><![CDATA[<p>Wujek, a dokładniej wuj przy obiedzie rodzinnym, a zwłaszcza przy obiedzie weselnym to dziś symbol obciachu, gościu, który lekko lub mocno podpity opowiada czerstwe żarty, dziś nazywane <i>sucharami</i>, a kiedyś – <i>kawałami z brodą</i> i co chwilę usiłuje być nie tylko dowcipny, ale i sympatyczny, obdarzając damy siedzące przy stole niewyszukanymi komplementami. Czyli właśnie duserami.</p>
<p>Dziś mówienie komplementów jest zabronione albo przynajmniej uchodzi za niegrzeczność, bo podkreśla zróżnicowany stosunek do płci pięknej. Ups… Powiedziałem: płeć piękna? Sorry, nie powinienem był. Czasu zaprzeszłego też nie powinienem był używać, bo przesadna poprawność językowa to też obciach, a nawet klasowe przeciwstawianie się językowi elektoratu. Ruch Me Too dostrzega we wszystkich przejawach sympatii do kobiet kontekst seksualny, a w kontekście kontekstu – agresję jaskiniowca, który co prawda rzuca przed jaskiniówką wątrobę mamuta, ale tylko po to, żeby odwróciwszy jej uwagę za chwilę pociągnąć ją w krzaki.  Ruch Me Too jakoś nie wypowiada się w sprawie komplementów, wygłaszanych wobec mężczyzn przez kobiety. Albo przez innych mężczyzn.</p>
<p>Oczywiście, to za sprawą potencjalnej (uwaga: słowo użyte nieprzypadkowo!) męskiej agresji seksualnej seks jest głównym towarem eksponowanym w reklamach – piękna pani z biustem na wierzchu reklamuje kolczyki lub zegarki, a inna, polecając klientom zapewne nie własnym, tylko salonu samochodowego nowy egzemplarz pojazdu, wysiadając zeń, ubrana w długą, ale rozciętą po biodra suknię, starannie ją poprawia, eksponując przy okazji bieliznę, której nie reklamuje, ale która wydaje się być niezbędna przy reklamie samochodu. Ale zapewne żadna kobieta nie robi tego z własnej woli – to ci wredni i zboczeni mężczyźni zmuszają ją do tego, by zachowywała się jak hokeista Podhala Nowy Targ, dla którego ważne jest nie jeżdżenie na łyżwach i strzelanie goli, tylko gra ciałem. Nawet wkładanie kapsułki do zmywarki może być w reklamach tzw. inną czynnością seksualną, jeśli zabiorą się do tego perfidni mężczyźni, zmuszając do tego za pieniądze biedne kobiety.</p>
<p>Przepuszczanie w drzwiach, pomoc przy noszeniu zakupów, chwalenie ładnej sukienki – tego robić nie wolno, bo to upokarza kobietę jako niby słabą płeć, a po drugie – pokazuje, że mężczyzna zwraca uwagę na jej ciało i drugorzędne cechy płciowe, a nie na rozum, inteligencję, kompetencje i ogólnie przydatność społeczną. Pochwalił jej sukienkę – znaczy, chce z niej tę sukienkę zdjąć. Oczywiście, zdejmowanie z kogoś sukienki jest czynem wołającym o pomstę do nieba, przecież nie po to się ją zakłada, żeby dawać ją z siebie zdjąć.</p>
<p>A przedłużone, lub tylko ładnie pociągnięte maskarą rzęsy, gustowna szminka, zadbane dłonie z pięknymi kolorowymi paznokciami, szpilki na zgrabnych nogach, zakładane i do obcisłych dżinsów, i do kostiumu kąpielowego – to wszystko nie ma nic wspólnego z eksponowaniem urody i seksowności, tylko podkreśla rozum, inteligencję, kompetencje i ogólnie przydatność społeczną. Podobnie jak prezentowanie się w teatrze czy filharmonii w sukni na ramiączkach lub marynarce, nałożonej na nagie ciało czy występy sceniczne prezenterek piosenek, ubranych w skromne – co do rozmiarów – elementy bielizny i ewentualnie w grę świateł z reflektorów – to nie epatowanie seksem, tylko podkreślanie swego zaangażowania w kwestie kultury, sztuki i walkę z seksualnym poniżaniem kobiet. Czy, ewentualnie, mężczyzn. Uwaga! Co do mnie – nie mam nic przeciwko takim ekspozycjom, przeciwnie: uważam, że atrybuty płci pięknej – jeśli tylko rzeczywiście jest lub próbuje być piękna – są po to, żeby je eksponować, żebyśmy wspólnie mogli/mogły cieszyć się nimi i ewentualnie podziwiać, a nie koniecznie uprzedmiotowić i używać. Piękne drzewa, pachnące kwiaty, wysokie góry i malownicze rzeki też mogą być tylko podziwiane, a nie koniecznie przerabiane na deski, bukiety, podłoże narciarskie czy napęd elektrowni.</p>
<p>Tylko chwilami się zastanawiam, dlaczego na takie elementy stroju czy zachowania akurat ja zwracam uwagę i czasami sobie przypominam o tym, że ewolucja sprawiła, iż nasze zainteresowanie płcią przeciwną (wasze też…) wynika z tego, że coś w wyglądzie lub zachowaniu tej płci zwróciło naszą uwagę i skłoniło do refleksji, że jeśli nam się to podoba, to, być może, będzie fajnie jakoś się zaprzyjaźnić. Albo po prostu uznać taką osobę za ozdobę naszego świata i cieszyć się tym, że nas to cieszy.</p>
<p>Ja to oczywiście jeszcze pamiętam z czasów, kiedy po pierwsze powiedzenie nawet nieznajomej osobie komplementu nie groziło dostaniem po pysku bądź wezwaniem policji albo Kai Godek, a po drugie odwracanie się za ładnymi paniami nie groziło uświadomieniem sobie, że się mieszka w Nowym Targu, że takie odwracanie się grozi hexenschussem, i że się jeszcze pamięta, po co podejmuje się takie ryzykowne działanie.</p>
<p>A stwierdzenie: <i>ładnie wyglądasz</i>, choć oczywiście gdzieś w dalekiej, a może lepiej – odległej perspektywie ma ewolucyjne echa dbałości o przedłużenie i poprawę gatunku, to jednak ma przede wszystkim znaczenie estetyczne: czy to moja, psiakrew, wina, że mi się podoba to co ładne, a nie to co brzydkie, byle jakie, niezadbane i wyzywająco okropne?</p>
<p>Oczywiście, sam doświadczam i tego, że takie stwierdzenie jest elegancką metaforą, używaną przy stopniowaniu przymiotnika <i>stary</i>:</p>
<p>Stary – starszy – ładnie wyglądasz.</p>
<p>Wiem, że to suchar. Ale jak kiedyś powiem pani, że pani ładnie wygląda, to proszę rozumieć to dosłownie, że pani mi się podoba. Z czego nic nie wynika, przynajmniej już teraz. Wujek Leon prawił te dusery nie w nadziei na to, że będą to <i>ordewry</i> przed głównym, że się tak wyrażę, daniem, tylko dlatego, że mówienie komplementów należało do dobrego tonu, tak jak ustępowanie miejsca w drzwiach, zdejmowanie kapelusza w windzie, czy wręczanie kwiatów przy jakiejkolwiek okazji lub bez.</p>
<p>A kwiaty w kwietniu kwitną i dzieje się to nie bez powodu. Natura wie co robi.</p>
<p><a href="https://www.dziennikarzerp.pl/wp-content/uploads/2024/01/pinkwart-foto.jpg"><img class="alignleft size-full wp-image-10277" alt="pinkwart foto" src="https://www.dziennikarzerp.pl/wp-content/uploads/2024/01/pinkwart-foto.jpg" width="240" height="180" /></a></p>
<p><b>Maciej Pinkwart</b>,<em> 9 kwietnia 2026</em></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>https://www.dziennikarzerp.pl/2026/04/wujek-leon/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Pokuszenie</title>
		<link>https://www.dziennikarzerp.pl/2026/04/pokuszenie/</link>
		<comments>https://www.dziennikarzerp.pl/2026/04/pokuszenie/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 02 Apr 2026 15:25:54 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Marek Kuliski</dc:creator>
				<category><![CDATA[Aktualności]]></category>
		<category><![CDATA[Kwaśny czwartek]]></category>

		<guid isPermaLink="false">https://www.dziennikarzerp.pl/?p=12975</guid>
		<description><![CDATA[Ministrantem byłem przez jakieś dziesięć dni, co obejmowało dwie niedzielne msze. Harcerzem – krócej, bo tylko dwa dni. Nie wytrzymałem kostiumów i hierarchii. Komeżki wydały mi się symbolem pozbawienia męskości – no, może bardziej chłopięcości, bo rzecz się działa gdzieś w połowie podstawówki, mundurek harcerski za bardzo przypominał wojsko, a od dziecka byłem pacyfistą. Nie znałem oczywiście jeszcze wtedy tego, jak George Bernard Shaw zdefiniował harcerstwo: Scouting is a child dressed like an idiot commanded by an idiot dressed like a child - dziecko ubrane jak kretyn pod przewodnictwem kretyna ubranego jak dziecko. Ale tak właśnie się czułem. W dodatku hierarchia w obu tych formacjach polegała na tym, że dowódcy byli wysocy, władczy i wciąż na mnie krzyczeli. Tak mi się wtedy wydawało, choć oni po prostu wydawali rozkazy, a może tylko polecenia. Nikt mnie – uwaga! – nie molestował, przynajmniej niczego takiego nie zapamiętałem i nie miałem z tego powodu żadnej traumy. Choć, nie powiem – przedstawiciele obu tych branż usiłowali mnie wodzić na pokuszenie, ale w zupełnie inny niż dziś popularny sposób. Druh Duduś, od którego uciekłem w piątej klasie, po latach okazał się moczarowskim endekiem i przedstawicielem Służby Bezpieczeństwa, fascynującym moją mamę swoimi antysemickimi tyradami w marcu 1968 r. A ksiądz Stanisław, który prowadził religię w moich czasach licealnych zapraszał część naszej klasy na plebanię, włączał adapter, pokazywał, gdzie są płyty z Presleyem, Beatlesami, Chuckiem Berrym i Billem Halleyem, zostawiał klucz najstarszemu z nas i wychodził do chorego z Panem Jezusem. A nasza mieszana grupka klasowa miała w ten sposób korzystać z wolności. Zawsze uważałem, że ta wolność, mierzona ułamkiem, w którym w liczniku znajdowała się ofiarowana nam przez Boga wolna wola, a w mianowniku poczucie odpowiedzialności mnożone przez strach przed piekłem to jest podstęp, przy pomocy którego Bóg wodzi nas na pokuszenie.]]></description>
				<content:encoded><![CDATA[<p>Z tym pokuszeniem miałem zawsze problem, może nawet od czasu swojej ministrantury, z których to czasów pozostała mi (szybko się uczyłem i miałem talent do języków, w różnym sensie zresztą) znajomość głównych części liturgii po łacinie. Szczególnie szybko nauczyłem się <i>Modlitwy Pańskiej</i>, czyli <i>Ojczenasza</i>. Kto to jeszcze pamięta w czymś, co uważałem za oryginał, no bo przecież – myślałem – Pan Jezus z Ojcem i Matką musiał porozumiewać się po łacinie, no bo jak? Po polsku?</p>
<p>No więc klepałem: <i>Pater noster, qui es in caelis</i> i tak dalej, aż dochodziłem do miejsca, w którym zawsze musiałem się zająknąć: <i>et ne nos inducas in tentationem</i>, (i nie wódź nas na pokuszenie) <i>sed libera nos a malo</i> (ale nas zbaw ode złego).</p>
<p>No to jak to: modlimy się do Boga, żeby nie wodził nas na pokuszenie? Przecież, na Boga, od kuszenia jest diabeł!</p>
<p>W którymś z paryskich kościołów widziałem kilkadziesiąt tabliczek z tą modlitwą, w rozmaitych językach świata, w tym w języku hindi i po arabsku… A w Jerozolimie na Górze Oliwnej jest osobny kościół <i>Pater Noster</i>, gdzie Modlitwa Pańska odwzorowana jest w ponad 100 językach. Tam nie byłem i nie będę. Ale zastanawiam się, czy pielgrzymi z tych ponad stu krajów czytając lub mówiąc z pamięci tę modlitwę podobnie jak ja zastanawiają się, dlaczego jesteśmy ciągle przez Boga testowani, dlaczego musimy go modlitewnie prosić, żeby nie wodził nas na pokuszenie, ale nas od niego zbawił, bo przecież nikt nie wątpi, że to boskie <i>pokuszenie</i> musiałoby nas wieść do złego – od czego się odżegnujemy – a nie do dobrego, o co prosimy…</p>
<p>Z tych prywatek u księdza – bez księdza – nie dawało rady się wykręcić: i z uwagi na to, że jednak był to ksiądz, i dlatego, że stanowiły one znakomitą przeciwwagę do działań naszej wychowawczyni, srogiej matematyczki, która była dewotką do n-tej potęgi, w poniedziałki odpytywała tych, których nie widziała na niedzielnej mszy młodzieżowej i woziła nas w celach katechetycznych do Zakładu dla Niewidomych w Laskach. Było to wzruszające, ale i kuszące – jeździliśmy autokarem, a wracaliśmy późnym wieczorem, ciemno i <i>przyjemno</i>…</p>
<p>Z plebanii wszelako po kilku obowiązkowych tańcach (<i>Love Me Tender</i> miało największe wzięcie…) uciekałem na wieczorny spacer po Milanówku, bynajmniej nie sam, ale zawsze wracaliśmy przed powrotem księdza <i>od chorego</i>, żeby zakończyć imprezę. Modlitwą, oczywiście. Było to wszystko dość krępujące, no bo w końcu katecheta nie był dzieckiem i wodząc nas na pokuszenie wiedział doskonale, że charakter 16-17-latków słaby jest nadzwyczajnie i zazwyczaj postępują oni w myśl zasady, wyrażonej przez Melchiora Wańkowicza w <i>Zielu na kraterze</i>:</p>
<p>…<i>nigdy nie walczyć z pokusami, bo jeśli się im nie ulegnie, to się osłabia charakter. Tata mówi, że ledwo się pokaże na horyzoncie pokusa, już jej się poddaje, pokusa nie ma zadowolenia, że zwalczyła smoka cnoty, i odchodzi, a cnotliwy Tata muśnie nieco zburzone piórka dzióbkiem i już jest jako śnieg biały; podczas kiedy po walce z pokusą byłby utytłany i świnia</i>.</p>
<p>Wtedy nasze pokusy były delikatne i romantyczne – jakieś nieśmiałe trzymanie się za ręce, liściki, przesyłane sobie sekretnie przy niewielkiej pomocy przyjaciół podczas nudnych lekcji historii, muśnięcie dłonią satynowego fartuszka na przerwie, piosenki o miłości, wspólnie słuchane w radiu… No i pierwsze, a może nawet zerowe przykazanie, wyśpiewywane nam przez Beatlesów:</p>
<p>All You Need Is Love!</p>
<p>I to przeświadczenie – będące kamiennym fundamentem naszego posthipisowskiego życia – że miłość daje wolność, a wolność daje tylko same pozytywy – szczęście, wagary i, z powrotem, miłość. A reszta przyjdzie sama. Pewno to samo przekonanie przyświecało twórcom Ściany Miłości, <i>Le Mur de je t’aime</i> na paryskim Montmartrze, koło Klasztoru Opatek. Na granatowym, kamiennym tle umieszczono tam kilkaset emaliowanych płytek z lawy, na których widnieją słowa <i>kocham cię</i> w ponad 200 językach i dialektach z całego świata, wyrzeźbione jako pismo odręczne. A okruchy czerwonego granitu, poumieszczane między nimi tworzą wizerunek serca.</p>
<p>I za to uwielbiam Paryż: za rzeczy artystyczne, kosztowne i zbędne – i do codziennego życia, i do walki politycznej, i do jutrzejszego zbawienia. No, z tym zbawieniem to przesadziłem – w końcu, bez miłości nie będzie zbawienia, o czym przekonują nas dwaj wielcy Pawłowie. Święty Paweł z Tarsu – nie przeszedłby lustracji u Macierewicza, bo IPN na pewno ma w archiwach teczkę TW Szawła – który pisał: <i>Gdybym mówił językami ludzi i aniołów, a miłości bym nie miał, stałbym się jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący […] Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest. Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą; nie jest bezwstydna, nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego; nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz współweseli się z prawdą. Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma</i>. […] A sir Paweł McCartney z Liverpoolu napominał, że trzeba mieć nadzieję i musi być to nadzieja na zbawienie, <i>Hope for Deliverance</i>… Ale w gruncie rzeczy to zbawienie, to wyzwolenie zależy od nas, ciebie i mnie:</p>
<p>When it will be right, I don&#8217;t know, what it will be like, I don&#8217;t know. We live in hope of deliverance from the darkness that surrounds us.</p>
<p>Kiedy z dnia na dzień coraz bardziej za progiem czai się ciemność i tylko daleko na horyzoncie połyskuje ponure światło nad Sauronowską Wieżą Przeznaczenia, kiedy Mordor kusi nas potęgą złowrogiego pierścienia, kiedy już niemal straciliśmy wiarę w zbawienie – nie możemy tracić jedynej, ostatniej nadziei. I znów może poprowadzić nas Paweł, Paweł z Tarsu:</p>
<p>Gdy byłem dzieckiem, mówiłem jak dziecko, czułem jak dziecko, myślałem jak dziecko. Kiedy zaś stałem się mężem, wyzbyłem się tego, co dziecinne […] Tak więc trwają wiara, nadzieja, miłość – te trzy: największa z nich jest miłość.</p>
<p>Może kogoś zdziwią te słowa w moim tekście, w którym nieoczekiwanie jest tyle o miłości, o Paryżu i o Pawłowych podpowiedziach. Niesłusznie, przecież Paweł z Tarsu to patron dziennikarzy, teologów, Poznania i Awinionu, neofitów i służby więziennej, a na miłości znał się jak mało kto, choć niekoniecznie dobrze znał się na kobietach. Te braki z powodzeniem uzupełnia Paweł z Liverpoolu. Poza tym przyszedł niespodziewanie kwiecień, no a <i>April in Paris</i> to jedna z najpiękniejszych piosenek o mieście, które darzę miłością wielką, choć raczej nie odwzajemnioną. To łączy mój ukochany Paryż z moim ukochanym Zakopanem.  Ale miłość nieodwzajemniona też może być piękna. Przyszła też wiosna, co prawda trochę zimowa – no, a o czym pisać wiosną – nawet zimową – jak nie o miłości?</p>
<p><a href="https://www.dziennikarzerp.pl/wp-content/uploads/2024/01/pinkwart-foto.jpg"><img class="alignleft size-full wp-image-10277" alt="pinkwart foto" src="https://www.dziennikarzerp.pl/wp-content/uploads/2024/01/pinkwart-foto.jpg" width="240" height="180" /></a></p>
<p><b>Maciej Pinkwart</b></p>
<p><em>2 kwietnia 2026</em></p>
<p>&nbsp;</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>https://www.dziennikarzerp.pl/2026/04/pokuszenie/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Bóg działa przez Franków</title>
		<link>https://www.dziennikarzerp.pl/2026/03/bog-dziala-przez-frankow/</link>
		<comments>https://www.dziennikarzerp.pl/2026/03/bog-dziala-przez-frankow/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 19 Mar 2026 11:58:16 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Marek Kuliski</dc:creator>
				<category><![CDATA[Aktualności]]></category>
		<category><![CDATA[Kwaśny czwartek]]></category>

		<guid isPermaLink="false">https://www.dziennikarzerp.pl/?p=12936</guid>
		<description><![CDATA[Do jakich książek czy filmów nie mamy zastrzeżeń, nie zarzucamy im kłamstwa, nie podważamy zawartych w nich twierdzeń? Do bajek, fantazji, fikcji. Nikt nie zastanawia się nad techniczną konstrukcją miecza świetlnego, nikt nie kwestionuje możliwości dyskutowania z lustereczkiem, oceniającym urodę królowej, nikt nie analizuje sposobu, w jaki Piotruś Pan pokonywał grawitację. Nawet ortodoksyjni religianci, palący na stosach książki o Harrym Potterze nie analizowali zasad gry w quidditcha i dynamiki Nimbusa 2000, tylko potępiali Harrego i jego świat za to, że walczy ze złem wspólnie z przyjaciółmi i nauczycielami, a nie z ministrantami i katechetami, wspierając się różdżką, a nie różańcem.

Natomiast powieści realistyczne i filmy tzw. oparte na faktach są oceniane zazwyczaj nie z punktu widzenia ich artystycznych wartości, tylko pod kątem zgodności z popularną – czytaj: swoją – wiedzą. Na chłopski rozum Jakub Frank nie mógł zdobyć tylu zwolenników ilu zdobył w powieści Olgi Tokarczuk, a jego babka Jente nie mogła być obserwatorką świata z pozycji kota Schrödingera, pozostając w zawieszeniu między życiem a śmiercią. Książę Hamlet nie mógł rozmawiać z duchem swojego ojca, bo duchy nie istnieją, a jeśli nawet – to Szekspir pobłądził pisząc, że ducha tego widzieli także Horacy i Bernardo, a nie widziała jego rodzona żona, królowa-matka Gertruda. Cygan (właśnie, Cygan, a nie Rom!) Melquíades nie może co parę lat przyprowadzać do Macondo swojego plemienia, bo do Macondo nikt nie trafiał, a zresztą Márquez cygani pisząc, że to Cyganie są chorążymi postępu, bo wędrują po świecie przywożąc na to południowoamerykańskie zatyle zdobycze nauki i techniki, pozyskane podczas wędrówek po świecie. No i lód nie mógłby się tak długo utrzymać w strefie tropikalnej…]]></description>
				<content:encoded><![CDATA[<p>Na pograniczu między krytykowanym realizmem i akceptowaną fikcją kolebie się – jak babka Jente między życiem a śmiercią – święta Księga Ksiąg, Biblia. Przez długi czas była interpretowana dosłownie, to znaczy – nie była interpretowana, ale cytowana, nawet w dysputach naukowych zawarte w niej treści traktowane były jako <i>ultima ratio</i>, argument ostateczny. W judaizmie dotyczyło to Tory, czyli Pięcioksięgu, której to części Starego Testamentu autorem miał być Mojżesz – choć w ostatniej księdze, Księdze Powtórzonego Prawa, opisana jest jego śmierć… Stary i Nowy Testament w chrześcijaństwie obowiązują w tych partiach, w których dowodzą kreacjonizmu i interwencjonizmu boskiego, istnienia i roli Boga i Jego syna w dziejach ludzkości itp. W pozostałych – traktowane są jako nie specjalnie wiarygodne zapiski historyczne.</p>
<p>Długo – do dziś nawet – traktowano Biblię jako opis historii świata i ludzkości. Do dziś z największą powagą niektórzy bibliści opowiadają o tym, jak i kiedy Bóg własnymi rękami stworzył świat. XVII-wieczny arcybiskup i prymas Irlandii James Ussher obliczył, że Bóg stworzył świat wieczorem 22 października 4004 roku p.n.e., ale nasi prarodzice nie nacieszyli się długo Rajem, bo Adam i Ewa zostali wygnani na Ziemię już 10 listopada tego samego roku. Wcześniej, w II w. n.e. rabin Józef ben Halafta obliczył, że początek świata miał miejsce 25 dnia miesiąca Elul (wrzesień) 3761 roku p.n.e. Szczegółowa godzina nie została podana.</p>
<p>Współcześni teolodzy traktują zapisy biblijne na temat stworzenia świata jako poemat teologiczny, w którym metaforycznie przedstawione są nawet zasady ewolucji. Sześć dni, potrzebne Bogu do skonstruowania życia na Ziemi to sześć epok ewolucyjnych i tak dalej. Czepialscy interpretatorzy ponoszą, że według księgi Genesis Bóg stworzył jakoby najpierw gady, a dopiero potem płazy, co jest sprzeczne z zasadą ewolucji, że owadów w ogóle Biblia nie zauważa, że wykonanie Ewy z jednego z żeber Adamowych nie tylko jest sprzeczne z zasadą równości płci, ale i z anatomią, jako że mężczyźni i kobiety mają tę samą liczbę żeber – po 12 par. Na obrazach, pokazujących Adama i Ewę (to niegdyś byli jedyni modele, których wolno było przedstawiać nago – wspomagani w tej obscenie tylko przez figlarnych bogów i herosów greckich) oboje prarodzice mają pępki… A najwięcej kontrowersji wzbudzało <i>Kainowe plemię</i>: jeśli Kain i Abel byli początkowo jedynymi dziećmi Adama i Ewy, to po bratobójstwie Kain został jedynakiem. Bóg go wygnał precz, żeby się tułał po świecie i zrobił mu specjalne znamię, żeby nikt go nie zabił i żeby żył długo i nieszczęśliwie za karę za zabicie brata. Po czym Kain pojął żonę a ta zrodziła skażone nieprawością <i>Kainowe plemię.</i> No to skąd byli ci ludzie, co to mieli nie zabijać Kaina i spośród których Kain pojął żonę, jeśli Bóg stworzył tylko Adama i Ewę, a oni mieli tylko jedną gazdówkę rodzinną?</p>
<p>Oczywiście, że prawowici chrześcijanie są potomkami późnego syna Adama i Ewy, o wdzięcznym imieniu Set, które to imię wszelako w starożytnym Egipcie określało boga zła i śmierci, okropnego brata Ozyrysa. Set to bratobójca, bóg chaosu, pustyń, burz, ciemności i… cudzoziemców. No dobra, Egipt to Egipt, a Adam i Ewa to, oczywiście, wcześni Polacy, których potomkowie zaludnili świat. Kainowe plemię, to dzieci pierwszego bratobójcy i… No, właśnie. Żoną Kaina była albo jego siostra lub siostrzenica, albo kobieta spośród tych ludzi, których Bóg stworzył sobie na boczku, może jako konkurencję dla nieposłusznych konsumentów owoców drzewa wiadomości o dobrym i złym. Nieważne: od Kaina pochodzą wszyscy źli, których Bóg potem chciał wygubić w potopie, ale nie wyszło, bo pozostawili potomków, których późnymi wnukami są Czarzasty, Ursula Von der Leyen i Tusk. Od Seta zaś pochodził Noe, jego syn Cham i w dalekiej konsekwencji Kaczyński, Orban i Czarnek.</p>
<p>OK, nie bądźmy kreacjonistami: oczywiście, że Wolter miał rację twierdząc, że gdyby Bóg nie istniał, należałoby go stworzyć. Z tym, że trochę się w tym swoim deizmie spóźnił: ludzie już dawno Boga, w ogóle – bogów – stworzyli, nie dając sobie rady z wytłumaczeniem świata. Religia, kult, pojęcie sił nadprzyrodzonych pojawiają się w ewolucji ludzkości stosunkowo późno, bo w paleolicie. Oczywiście, nie ma wówczas mowy o jakimś boskim kreacjonizmie – praludzie po prostu uprawiali kult tego, czego nie rozumieli i co mogło im zagrażać, no więc trzeba było to coś po pierwsze nazwać, po drugie udobruchać. Wszelka boska sprawczość pojawiła się później. A jeszcze później ludzie zrozumieli, że Bóg jest wielki, potężny, wszechmocny, wszechwiedzący – i niekonsekwentny. Stworzyć – i wygnać. Dać wolną wolę – ale za wolny wybór karać. Nagradzać wiernych – ale co zrobić, jak wierni mają wobec siebie <i>wonty</i> i błagają o przeciwstawne rzeczy? Genialnie opisał to Bolesław Prus w <i>Faraonie</i> i tamtejszej legendzie o Psujaczku.</p>
<p>I wtedy ktoś wymyślił powiedzenie: <i>Bóg działa przez Franków</i>. To maksyma z czasów pierwszej krucjaty (XI w.), ale zapisana sto lat później przez kronikarza, benedyktyńskiego opata  Guiberta z Nogent, który w ten sposób usprawiedliwiał morderstwa, dokonywane w Palestynie na Saracenach przez tzw. rycerzy z Zachodniej Europy, wśród których najwięcej było Francuzów, stąd nazywano ich Frankami. Naturalnie, nie ma to nic wspólnego z Jakubem Frankiem – piszę na wszelki wypadek. A tak naprawdę kwestia związków między Frankami a Bogiem zaczęła się znacznie wcześniej. Otóż, jak sama nazwa wskazuje, Frankowie to było plemię germańskie, zamieszkałe co najmniej od III wieku naszej ery w dorzeczu dolnego Renu. W piątym wieku pod wodzą króla Childeryka, a potem jego syna Chlodwiga podbili większość Galii i sporą cześć dzisiejszych Niemiec i stworzyli państwo sięgające od Wezery na wschodzie po Atlantyk i Pireneje. Chlodwig za stolicę nowego państwa obrał dawną rzymską Lutecję, która od tamtejszego plemienia Paryzów została nazwana Paryżem. Jego następcy z dynastii Merowingów rozszerzyli swoje panowanie na całą Francję i trzy czwarte Niemiec.</p>
<p>Childeryk był synem Meroweusza, a ten – założycielem pierwszej królewskiej dynastii, rządzącej Galią, czyli Francją. A zatem: germańscy Frankowie (do Chlodwiga pogańscy, a potem chrześcijańscy) byli we Francji najeźdźcami, którzy podbili miejscowe plemiona, odepchnęli Rzym i byli aprobowani przez Bizancjum. Podobnie germańskimi najeźdźcami byli następcy Merowingów, Karolingowie. Największym z Karolingów był oczywiście Karol Wielki, Frank naturalnie.</p>
<p>Aha, warto pamiętać, że w najbardziej niemieckiej części Niemiec, Bawarii, leży przepiękna kraina winem i piwem płynąca, która nazywa się Frankonia. Najwspanialszym darem Bożym, jaki trafił się Frankończykom są białe wina Sylwaner oraz Müller-Thurgau a także piwo zoigl. Główne frankońskie miasta to Norymberga i Würzburg. W obydwu mieszkają frankońskie szczepy Pinkwartów… Związki między Frankonią a Frankami są jednak historycznie dość luźne.</p>
<p>I na koniec jeszcze jedno: pierwsza frankońska dynastia, rządząca Francją (która wszak swoją nazwę państwową bierze od tych germańskich najeźdźców) – Merowingowie, których królowie nosili długie blond włosy do ramion, i w tych włosach, jak u biblijnego mocarza Samsona, który na długo przed premierem Netanjachu napadł na Filistyńczyków, zabijając ich okrutnie oślą szczęką i wynosząc na własnych plecach bramę miasta Gazy – tkwiła ich wielka siła. I ci długowłosi mocarze na tereny niemieckie dotarli podobno znad Morza Śródziemnego. Dokładniej – przybyli z okolic miasta Saintes-Maries-de-la-Mer, Święte Marie z Morza. Gdzie w pierwszym wieku naszej ery, uciekając przez Morze Śródziemne z Bliskiego Wschodu, wylądowała Maria z Magdali ze swoją córką, wówczas już półsierotą – Sarą. Sara wyszła za mąż za emigranta z Egiptu, prześladowanego przez Rzymian, a jednym z ich potomków był Meroweusz.</p>
<p>To oczywiście tylko legenda, ale w zachodnim chrześcijaństwie bardzo mocno zakorzeniona. Tak czy inaczej – Bóg niewątpliwie działa przez Franków. A dokładniej – przez ludzi, których stworzył na obraz i podobieństwo swoje. Albo odwrotnie: po tylu latach trudno to ustalić jednoznacznie.</p>
<p><a href="https://www.dziennikarzerp.pl/wp-content/uploads/2024/01/pinkwart-foto.jpg"><img class="alignleft size-full wp-image-10277" alt="pinkwart foto" src="https://www.dziennikarzerp.pl/wp-content/uploads/2024/01/pinkwart-foto.jpg" width="240" height="180" /></a></p>
<p>&nbsp;</p>
<p>Maciej Pinkwart <em> 19 marca 2026</em></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>https://www.dziennikarzerp.pl/2026/03/bog-dziala-przez-frankow/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Safe Our Souls</title>
		<link>https://www.dziennikarzerp.pl/2026/03/safe-our-souls/</link>
		<comments>https://www.dziennikarzerp.pl/2026/03/safe-our-souls/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 12 Mar 2026 18:15:11 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Marek Kuliski</dc:creator>
				<category><![CDATA[Aktualności]]></category>
		<category><![CDATA[Kwaśny czwartek]]></category>

		<guid isPermaLink="false">https://www.dziennikarzerp.pl/?p=12922</guid>
		<description><![CDATA[Dziś podstawowym nominałem różnych walut są miliardy – złotych, euro, dolarów... Dla mnie to oczywiście kompletna abstrakcja, a tę lubię tylko w sztuce, i to nie każdej. Największym nominałem w walucie amerykańskiej, jaki kiedykolwiek miałem w portfelu był gustowny portrecik prezydenta Abrahama Lincolna na banknocie 5-dolarowym. U Raymonda Chandlera czytałem, że detektyw Philip Marlowe dysponował kiedyś portretem prezydenta Jamesa Madisona o nominale 5000 $, ale traktował go jak talizman, a może nawet fetysz. Teraz należy się spodziewać, że w portfelach kilkuset osób i w sejfach kilku banków światowych pojawią się banknoty z portretem Donalda Trumpa o nominale 1 000 000 000 $. Dodatkową atrakcją takich zabawek będzie zapis tej kwoty słownie: po amerykańsku (Pomarańczowiec zabroni nazywać języka, którym się posługuje językiem angielskim – i słusznie, bo z angielskim będzie on miał wspólne tylko kilka słów) miliard to billion. Fajnie brzmi.]]></description>
				<content:encoded><![CDATA[<p>Już dziś kilka światowych potencji zapłaciło Trumpowi po jednym trumpie za frajdę bycia, z przeproszeniem, członkami Rady Pokoju, której dożywotni i dziedziczny przewodniczący jako pierwsze działanie wywołał wojnę z Iranem. Przewodniczący Rady Pokoju zapowiedział, że po całkowitym zniszczeniu Iranu zamierza wywołać wojnę z Kubą, a potem pewnie z Hiszpanią. Następne w kolejce są Meksyk i Kanada, ale to dopiero po wspólnym amerykańskim Mundialu, który wygrają Stany Zjednoczone; odpowiedni protokół już leży na biurku prezesa FIFY Gianniego Infantino. Rada Pokoju została powołana w celu odbudowy strefy Gazy, ale razie nie ma jak się za to zabrać, bo Izrael, zajęty teraz zabijaniem Irańczyków i Libańczyków nie zdążył na razie oczyścić placów budowy w strefie Gazy i jeszcze żyje tam trochę Palestyńczyków. A poza tym Pan Pomarańczowy w przerwach między zabijaniem ajatollahów oraz irańskich dziewczynek w szkole w Minabie i rzyganiem na tych, co nie uważają go za największego męża stanu w historii ludzkości zajmuje się podziwianiem wiertarek i zasłon w budowanej przez siebie sali balowej w Białym Domu, najwspanialszej na całym świecie. Jest także zajęty oglądaniem samego siebie na Tik-Toku, jak przebiera się za papieża, robi kupę na przeciwników politycznych, gra w hokeja w garniturze i wali w mordę innych hokeistów. Niektórzy nazywają go prezydentem największego mocarstwa na świecie, który obok lekarstwa na nadciśnienie i puchlinę wodną trzyma walizkę z guzikiem atomowym. Co do tych miliardów/bilionów zielonych, to na moją wyobraźnię podziałała ostatnio informacja o zakończeniu budowy GEM, czyli Wielkiego Muzeum Egipskiego. Budowa kosztowała, w zależności od szacunków – 1-1,2 mld $. I Egipcjanom, i mnie do niedawna wydawało się to kwotą astronomiczną, iście faraońską. Teraz już tak nie myślę. Miliardy, a nawet biliony mi się strasznie ostatnio zdewaluowały, zwłaszcza że od pewnego czasu nasi przedstawiciele tak Hutu, jak i Tutsi ostrzą sobie maczety na kamieniu osełkowym, wartym 185 miliardów złotych lub 44 miliardy €. Co do euro, to miałem kiedyś w portfelu trzy banknoty po stówce, ale nic mi z tego nie przyszło poza kłopotami, bo kraj, w którym chciałem to wydać był w zasadzie cywilizowany, i to od kilku tysięcy lat i wszędzie dało się płacić kartą. Prawie wszędzie: w toalecie się nie dało, a ze stówki <i>pisuardessa</i> nie miała wydać. W końcu, skorzystałem na kredyt obiecując, że następnym razem użyję za podwójną stawkę. Obietnica była taka więcej polityczna, bo jej nie zrealizuję tak jak Tusk stu konkretów. Nigdy tam nie wrócę, a jeśli nawet, to nie zauważę, bo nie mam bladego pojęcia, gdzie to było: toaleta stała koło jakichś zrujnowanych zabytków. I toalety, i ruiny są szalenie do siebie podobne (znaczy – toalety do toalet, a ruiny do siebie i do mnie), a nazwy ruin nie zapamiętałem. Toaleta była marki <i>Ideal Standard</i>, co zapamiętałem, bo jeśli coś jest zarazem standardowe i idealne, to musi to być toaleta dla człowieka w potrzebie.</p>
<p>Te miliardy teraz latają po całym polskim eterze, jak pociski do haubic, których nie mamy w nadmiarze (i haubic, i pocisków), a podobno moglibyśmy mieć za to, co nam Unia niedrogo pożyczy, a my zainwestujemy i już za jakieś 10-15 lat będziemy mieli wyprodukowane w polskich zakładach zbrojeniowych, które najpierw zbudujemy, wyposażymy i poświęcimy. W międzyczasie rząd zmieni się ze trzy razy, a ministrem wojny zostanie boski Antoni lub konfederata monarchii polskiej Roman Fritz, a pożyczkę – tanią – będą spłacać jeszcze wnuki Jarosława Kaczyńskiego i jego kota.</p>
<p>Pan z Pałacu Namiestnikowskiego, nie chcąc narazić się swoim mocodawcom (przyjmijmy roboczo, że na razie chodzi o PiS), którzy nie zgadzają się na pożyczkę, jaką załatwił Tusk – musi ustawę o wdrożeniu Sejfu zawetować. Ale pan Namiestnik (przyjmijmy na razie roboczo, że namiestnik prezesa PiS) jest też jakoby zwierzchnikiem sił zbrojnych, więc nie chce wyjść na dudka, który żołnierzom skąpi, przeto wezwał na odprawę niezależnego prezesa niezależnego banku centralnego i razem wymyślili, że zamiast brać tanią pożyczkę z tej parszywej Unii, która być może zacznie znów kontrolować, czy rząd praworządnie wydaje te miliardy, nie przelewając niczego na konto jakiegoś egzorcysty czy chowając w remizie strażackiej – weźmie te pieniądze z banku bez żadnych procentów i zobowiązań. Prezes banku przyniesie je w teczce, rzuci komu trzeba na stół i haubice posypią się jak części strąconego z nieba drona. A prezydent zyska doskonały kamuflaż dla kolejnego <i>vetum separatum</i>.</p>
<p>185 miliardów złotych w banknotach 100 złotowych waży 1850 ton, w 200 złotowych – 925 ton, w 500-złotowych (widziałem kiedyś dwa takie banknoty, zaglądając przez ramię rencistce, która stojąc przede mną w kolejce na poczcie płaciła za czynsz!) – tylko 370 ton. Te pięćsetki prezes Glapiński musiałby przewieźć mniej więcej 18-ma tirami. Natomiast, gdyby Donalda Tuska unioniści obsypali eurosami, to musiałby dźwignąć od 80 ton (w nominałach 500 €) do 800 ton w banknotach 50-eurowych. Załóżmy, że wyrwalibyśmy z Brukseli banknoty 500-eurowe. Tu wystarczyłyby 3-4 Tiry. No to kto jest bardziej szczodry? Każdy przecież przyzna, że 18 Tirów to więcej niż cztery Tiry? Oczywiście, żartuję. Dziś pieniądze się przelewa jednym kliknięciem, z potwierdzeniem transakcji na telefonie, jeśli akurat jest zasięg. Ciężarówki wożą tylko pelet do GS-ów. Jeśli akurat rzucą.</p>
<p>Duetowi bankowo-pałacowemu zarzuca się, że obiecują gruszki na wierzbie i NBP nie ma wcale pieniędzy na zbyciu, a już na pewno nie 185 miliardów złotych – zwłaszcza że dochody, które bank jest obowiązany przekazywać do budżetu, prezes Glapiński ostatnio miał za rządów PiS-u, więc Morawieckiemu dosypywał sałaty, a gdy do władzy doszedł Tusk, stracił impet i z roku na rok miał nawet kilkadziesiąt miliardów straty. Więc skąd ma mieć te pieniądze na antyunijny sejf?</p>
<p>No, po prostu: z sejfu. W sejfach banku centralnego jest od cholery sztabek złota. Glapiński wypuści je na rynek i sprzeda. Złoto, którego jest mało, stoi teraz wysoko. Jak NBP swoje złoto sprzeda, to na rynku będzie go więcej, więc zgodnie z prawami ekonomii, cena spadnie. I wtedy prezes Glapiński swoje złoto odkupi. I tak i złoto zachowa, i zarobi 185 miliardów. Dlaczego akurat 185? A płaskowyż go wie! W każdym razie operacja <i>drogo sprzedam – tanio odkupię</i> nie będzie banku kosztowała nic, może poza transportem tego towaru. Proste. Czego tu profesor Balcerowicz nie rozumie? Czy nowymi konsultantami panów bankowo-pałacowych zostali panowie Bagsik i Gąsiorowski z oscylatora Art-B? Do takich supertajnych informacji dostęp ma tylko profesor Sławomir Cenckiewicz. I pewno tylko on wie, czy kontrahentem na to złoto nie jest przypadkiem wcześniej umówiony Władymir Władymirowicz, który złoto kupi, ale już potem nie odsprzeda i prezes Glapiński zostanie z pustym sejfem jak Himilsbach z angielskim.</p>
<p>Polski rząd udaje, że jest makiawelicznie <i>sprytaśny</i> i zamiast dać się ograć tandemowi bankowo-prezydenckiemu, sam go chce wyrolować mówiąc – macie zbędną <i>kaskę</i> i chcecie ją dać na wojsko? Proszę uprzejmie, miliardów ci u nas dostatek, ale i te przyjmiemy. Nic z tego rzecz jasna nie będzie, ale przez chwilę wyobraźnię pana Kosiniaka mile łechce to, że będzie miał na parkingu dwadzieścia parę tirów pieniędzy w wysokich nominałach. Ile to haubic, ile czołgów, ile Krabów, Rosomaków, Borsuków, Raków, Langust, Homarów, dronów i innych proc laserowych, na których tle można się fajnie sfotografować…</p>
<p>Czy to nam zapewni bezpieczeństwo? Jasne, że nie. W wielu krajach policja ma więcej broni niż przestępcy (może u nas nie…), a przestępczość kwitnie. Jeśli zaatakują nas źli ludzie, to pierwsze co zrobią, to rozpirzą nasze rakiety, czołgi, Kraby i całe to Zoo. I to nie ruszając się z domu, po prostu przyciskając guzik. A my, żeby przycisnąć nasz guzik – jeśli broń nie będzie całkiem polska, a nie będzie – będziemy musieli zatelefonować do pana Trumpa, czy pozwoli jej użyć wobec jego kumpla od czerwonego dywanu. I jak myślicie, pozwoli? A czy do tych zabawek, które minister Błaszczak kupił za wony w Seulu, to dali guzik i czy trzeba będzie telefonować o zgodę po koreańsku? A propos – może załatwimy sobie trzeci sejf? 185 miliardów złotych to 75 bilionów wonów… Byłoby co liczyć.</p>
<p>Żarty na bok. 185 miliardów złotych razy dwa to 370 miliardów złotych, czyli ponad sto miliardów dolarów. Czyli jakieś 740 nowoczesnych szpitali powiatowych z pełnym wyposażeniem. Ale w Polsce mamy tylko 380 powiatów. I 170 tysięcy lekarzy. Te szpitale, które można by wybudować i wyposażyć za pieniądze z sejfu stałyby puste, jak szpitale covidowe za ministra Niedzielskiego. A ludzie i tak by chorowali, bo szpital może wyleczyć chorobę, ale nie człowieka. I to tylko wtedy, jeśli pan doktor akurat wpadnie na chwilę do państwowej roboty. Za pojedynczy sejf można by wybudować jakieś 2000 supernowoczesnych szkół średnich. Albo około 100 uniwersytetów. Tylko po cholerę nam tylu wykształciuchów? Jeszcze by głosowali na nie tego, co powinni…</p>
<p>Albo, jak byśmy odkryli na Pustyni Błędowskiej ze trzy-cztery piramidy (zresztą, możemy sobie zbudować, a co, stać by nas było), to za tę <i>kaskę</i> moglibyśmy wybudować ze sto dwadzieścia Wielkich Muzeów Egipskich. Tyle że skarb Tutenchamona jest tylko jeden i to nie u nas, a tyle muzeów wielkich przegranych powstań polskich oraz żołnierzy wyklętych i tak nie obsłużyłyby wszystkie wycieczki szkolne i parafialne.</p>
<p>Może więc z programu SAFE, ktokolwiek go będzie załatwiał, lepiej byłoby wybudować tysiąc bazylik wielkości Lichenia, w których z pożytkiem dla wszystkich moglibyśmy się modlić o pokój. Pomogłoby tak samo jak program zbrojeń, a byłoby ciszej i lepiej dla ekologii, no i moglibyśmy z powodzeniem realizować program ratowania naszych dusz. A za pozostałe drobne moglibyśmy wybudować 10 300 parafialnych strzelnic sportowych, w których za niewielką opłatą Grzegorz Braun, Przemysław Czarnek, dr Władysław Kosiniak-Kamysz i inni patrioci szkolili by nas w strzelaniu do tarcz z wizerunkami osób innego wyznania, innego koloru, innej orientacji, głosujących na tych drugich lub kibicujących innej drużynie piłkarskiej. Tarcze wygeneruje polska sztuczna ćwierćinteligencja.</p>
<p><a href="https://www.dziennikarzerp.pl/wp-content/uploads/2024/01/pinkwart-foto.jpg"><img class="alignleft size-full wp-image-10277" alt="pinkwart foto" src="https://www.dziennikarzerp.pl/wp-content/uploads/2024/01/pinkwart-foto.jpg" width="240" height="180" /></a></p>
<p><b>Maciej Pinkwart</b></p>
<p><em>12 marca 2026</em></p>
<p>&nbsp;</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>https://www.dziennikarzerp.pl/2026/03/safe-our-souls/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
	</channel>
</rss>
