Oddział Warszawski
tel. 22 826 79 45
sdrp.warszawa@dziennikarzerp.pl

Parking

20 listopada 2025

Zaparkowałem tam gdzie zawsze i poszedłem na mój przymusowy spacer. Na ścieżce spacerowej tłoku nie było, ale nie byłem pierwszym korzystającym tego dnia z jej uroków. Trudno było nie zauważyć, że wcześnie rano spacerowały tu już nowotarskie barany. Mam na myśli samce od owiec. W maczystowskim świecie Podhala na owce mówi się właśnie przeważnie właśnie barany. Zazwyczaj o tej porze roku kierdle powinny być już rozpuszczone do domów, ale zmiany klimatyczne i tutaj są widoczne: w przededniu zapowiadanych katastrofalnych opadów śniegu (mówią, że może spaść go nawet trzy centymetry!) trawa wciąż była zielona, a gdzieniegdzie złociły się podbiały, więc owce (i barany…) były na naturalnym wikcie. Poranny przemarsz wypasowy odbywał się jednak nie po zielonej jeszcze łące, tylko po wyasfaltowanej ścieżce.

W dodatku wyglądało na to, że wypasane zwierzęta mają problemy żołądkowe, ale nie cierpią na niestrawność, tylko na nadstrawność, bo cała ścieżka spacerowa pokryta była efektami ich procesu trawiennego w ilościach takich, że spacerując, z trudem można było wyszukać miejsca, gdzie dało się postawić kijek od nordic walking, a co dopiero stopę. Kijki, ostatecznie, można wziąć pod pachę, ale gdzie wziąć na spacerze stopę? Cierpiące na gastryczne kłopoty owce spacerowały tu rano w ilościach hurtowych, zapewne wszystkie odczuwały imperatyw nawożenia, ale nikt im nie wytłumaczył, że zbawienne dla wegetacji skutki tej działalności słabo się przyczynią do wzrostu wyasfaltowanej ścieżki. Człowiek na ich miejscu poszedłby w krzaki, jeszcze przyozdobione jesiennym, ale nieopadłym listowiem, ale one uparcie robiły wychodek tam, gdzie ja wyszedłem na spacer. W dodatku opadły mnie pesymistyczne prognozy, że ścieżka pozostanie zas… trzeżona dla miejscowych na długo, bo zapewne nikt jej nie sprzątnie, jako że jest własnością publiczną, czyli niczyją. Była akurat wolna sobota, więc służby komunalne miały wolne i może zajmowały się wypoczynkiem na świeżym (częściowo) powietrzu. Ale już niebawem śnieg przykryje ścieżkę, owce wrócą do zagród, a wiosenne roztopy załatwią kwestię owego załatwiania się.

Ostrożnie wróciłem na parking, wytarłem buty w oponę sąsiada, wsiadłem w samochód i pojechałem gdziekolwiek, by na pustej drodze oddać się wspomnieniom o czasach, kiedy spacerowało się co prawda nie po asfalcie, ale za to nie po gnoju. Ponieważ, jak wspomniałem, był dzień wolny od pracy (emeryci co prawda cały tydzień mają wolną sobotę, ale myśli o sprawach życiowych nie mają wolnego), to wspomniałem rzewnie o czasach, kiedy odpowiadałem na pytania wścibskich cioć i towarzyskich koleżanek mamy, indagujących mnie, kim to mały Maciuś chciałby zostać jak dorośnie. Nikt, psiakrew, nie pytał mnie, kim zostanę  na starość…

Na początku chciałem być Indianinem (wtedy jeszcze wolno było tak mówić), ale jeszcze wówczas byłem za mało czerwony, to mi przyszło potem. Później, jak każdy, marzyłem o byciu strażakiem, pilotem i kosmonautą. Po pierwszym łyku mojego pierwszego alkoholu (wino „Strawberries”, klasa może czwarta czy piąta) myślałem o zawodzie barmana, ale wypiłem drugi łyk. Pod koniec podstawówki, jakoś tak przed bierzmowaniem, chciałem zostać biologiem i nawet przybrałem sobie imię Franciszek, od szalonego biedaczyny z Asyżu, bo zastanawiałem się czy miłując naszych braci mniejszych, miłował też słonie i płetwale błękitne, choć wątpię, czy mieszkając w prowincji Perugia mógł je widywać i oceniać, na ile mali są ci bracia mniejsi. Widywał zaś z pewnością pchły i komarzyce, ale czy uważał je za siostry mniejsze? A czy teraz ja braćmi mniejszymi mam nazywać też spacerujące na tej samej co ja ścieżce nowotarskie barany (mam na myśli oczywiście samce od owiec)?

Przed jedną z mszy poprzedzających bierzmowanie, kolega z tej samej ławki, znający moje zainteresowania, wręczył mi w papierowej torebce małe zawiniątko z napomnieniem, żeby absolutnie go nie otwierał w kościele. Rzecz jasna, natychmiast otworzyłem – w środku był zdechły krecik. Uciekłem z mszy, w domu odkaziłem denaturatem ukradziony mamie skalpel kosmetyczny i dokonałem pierwszego cięcia. Pamiętam do dziś malutkie nereczki krecika, potem zdecydowanie rozstałem się najpierw z niedawno zjedzonym obiadem, potem ze zwierzątkiem, a na koniec z planami zostania biologiem. Postanowiłem zostać fizykiem.

Ciekawe, co by powiedziały wścibskie ciocie i towarzyskie koleżanki mamy, gdyby wiedziały, że w przyszłości zostanę niepraktykującym egiptologiem, emerytowanym dziennikarzem, przeniesionym na strych muzealnikiem czy nauczycielem dyplomowanym w szkole artystycznej… I kiedy już tutaj, w Zakopanem, wykonywałem te wszystkie niepotrzebne nikomu prace zorientowałem się, że przeszła mi koło nosa najfajniejsza robota. Poniewczasie zacząłem żałować, że zmarnowałem tyle lat na głupoty, a mogłem zostać parkingowym.

Praca wygodna, na świeżym powietrzu, z ładnymi widokami na Tatry, trochę ruchu – nie za dużo, w towarzystwie sympatycznych kierowców, ładnych kierowczyń i na tle samochodów, na które – myślałem – nigdy mnie nie będzie stać, to sobie chociaż koło nich postoję. Nic nie trzeba robić, bo kierowcy sami parkują, odchodzą, potem płacą i wyjeżdżają. A od wielu lat na parkingach widnieją informacje: Parking płatny niestrzeżony. Oni płacą, ja nie strzegę – bonanza! Wkrótce, już jako kierowca, przekonałem się, że to nie takie proste. A nawet niebezpieczne i to dla wszystkich stron: kierowców, samochodów i parkingowych.

Parkowanie zawsze było dla mnie czymś strasznym, wręcz traumatycznym. Prawo jazdy robiłem za wczesnego Gierka w Kietrzu na Opolszczyźnie, gdzie byłem wicedyrektorem PGR-u. Miasteczko ładne, okolica malownicza – ech, te jazdy ćwiczebne po pustych i prostych drogach, ciągnących się kilometrami między polami kukurydzy… W mieście było wszędzie pod górkę, więc musiałem opanować ruszanie z ręcznego, ale parkingów nie było, po prostu zatrzymywało się auto na poboczu ulicy i tyle. Nie było też zdawania „placu”. Za to na egzaminie teoretycznym były nie tylko znaki, krzyżówki i przepisy, ale i budowa różnych części samochodu. Na co początkującemu kierowcy była wiedza o budowie gaźnika, skrzyni biegów czy układu hamulcowego? Przecież w razie awarii i tak by sam tego nie naprawiał… No dobrze, a po co uczniowi piątej klasy wiedza o budowie pantofelka? Nawet księciu z bajki o Kopciuszku ta wiedza była niepotrzebna…

Więc parkować porządnie w Kietrzu się nie nauczyłem, a później tej umiejętności też nie nabyłem. Do dziś, zdaje się, w podziemiach Galerii Krakowskiej na jednym z filarów jest ślad lakieru mojej zielonej lancii, którą usiłowałem tam ustawić prosto i mi się słabo udało. Jednak największy stres miałem, gdy wracałem z pracy do domu, całą drogę zastanawiając się, czy na szczupłym i zawsze zatłoczonym parkingu pod blokiem znajdę miejsce i czy dam radę tam zaparkować. Zimowe odśnieżanie miejsca do zaparkowania – z przeświadczeniem, że jak z niego nazajutrz wyjadę to natychmiast ktoś mi go zajmie, dodawało mi każdej zimy kilka kresek na ciśnieniomierzu.

Oczywiście, koniec końców zawsze gdzieś udawało się stanąć – jak nie przy domu, to trochę dalej. Wiadomo, że tak jak dla palacza cały świat jest popielniczką, to dla kierowcy – parkingiem. Ale przypuszczam, że już niebawem to się skończy o tyle, że dystans między miejscem zaparkowania a miejscem, do którego chcemy dotrzeć będzie się stale zwiększał, w miarę przybywania liczby samochodów i przybywania lat kierowcy. A stresu związanego z niewiadomą co do parkowania nie rozwiąże żaden GPS czy nawet wzrost liczby parkingów w atrakcyjnych miejscach. W których, jak sądzę, same atrakcje czy istotne cele, dla których osiągnięcia żeśmy tam przyjechali, staną się mało istotne – główną atrakcją stanie się miejsce do zaparkowania.

Już po ponad dziewięciu miesiącach od operacji kręgosłupa mam szansę rozpocząć rehabilitację fizykoterapeutyczną. Od dłuższego czasu przed snem rozpracowuję, w jaki sposób zaparkować pod szpitalem i jak potem stamtąd wyjechać. Bo jeszcze nie zrehabilitowałem się samodzielnie na tyle, żeby ryzykować piesze dojście z ominięciem parkingu. A jestem już zrehabilitowany na tyle, że żadna karetka mnie do szpitala nie zawiezie. No, przynajmniej na rehabilitację.

pinkwart foto

Maciej Pinkwart, 20 listopada 2025

Tagi:

kalendarz-btn

PIĄTEK 9 stycznia 2026
  • Marceliny, Marcjanny
  • 1797
    We Włoszech gen. Jan H. Dąbrowski utworzył Legiony Polskie.

byli-z-nami

Copyright © 2004-2013 Stowarzyszenie Dziennikarzy RP Oddział Warszawski