Oddział Warszawski
tel. 22 826 79 45
sdrp.warszawa@dziennikarzerp.pl

Kwaśny czwartek

Krótka przerwa w nieistnieniu

11 czerwca 2026
Print

Im szybciej nasz pociąg zbliża się do stacji końcowej, tym mniej chętnie zastanawiamy się nad tym, co będzie, kiedy tam wysiądziemy. Nie chcemy myśleć, że ktoś po prostu pstryknie kontaktem, wyciągnie wtyczkę czy machnie kosą, a my nawet nie będziemy już widzieli tego, że niczego nie widzimy. O ile milsze jest przeświadczenie, że uda się nam zrobić w konia tego kontaktowego, wtyczkowego, czy kosiarza – on sobie pstryk, wyłącza, a my nic, ocykamy się po drugiej stronie nierzeczywistości i zyg-zyg, marcheweczka, co mi zrobisz, jak mnie złapiesz? Ale nie złapie, bo on na tamtą stronę nie ma wstępu. Czyli może jednak nawet w dzisiejszych czasach warto by upowszechnić asekurancko-kunktatorski zakład Pascala: jak jest, to świetnie, ciąg dalszy nastąpił, a jak nie ma – to tego nie poczujemy, bo nie poczujemy niczego.

Jest jeszcze asekurancka wersja pośrednia: pstryk, a my myk, pod sufitem patrzymy jak tam płaczą, rozstawiają parawan, oddychają z ulgą, potem tunel, światło – i dalej patrz punkt pierwszy albo punkt drugi.

Mit szlachetnego dzikusa

4 czerwca 2026
Print

Doświadczając nolens-volens medialnych kontaktów z osobami na wysokich szczeblach władzy, w Polsce i za granicą, mam nieraz wrażenie, że w ciągu ostatnich kilkunastu lat ewolucja wykonała drift i podąża teraz ochoczo w kierunku, z którego przyszła. Osobnicy owi, do których czuję głęboką abominację, jak do wszystkich przejawów i nosicieli chamstwa, są we własnym mniemaniu liderami narodów, państw i świata. Sądząc po objawach, mnóstwo ludzi podziela ten pogląd, aprobuje to chamstwo, naśladuje, a nawet uważa za znak czasów i ducha świata. Chamstwo jako signum temporis i Weltgeist…Według Hegla Weltgeist był motorem ruchu świata ku lepszym dniom jako siła napędowa historii i rozumu, która dąży do samopoznania. A więc z natury rzeczy powinna piąć się intelektualnie ku górze. Aha, akurat… Jak się wydaje, tym co dziś napędza nasz świat, jest dążenie do prostoty, prościzny, prostactwa, wspierane ideologicznie prawami naturalnymi, czyli zarazem rzekomo przyrodniczymi i boskimi, odrzucanie poprzez drwinę wszelkich komplikacji, niejako darwinistyczne rozumienie entropii – jeśli świat w naturalny sposób zmierza – poprzez komplikację – do chaosu, to naszym obowiązkiem jest zawrócenie z tej drogi. Precz z komplikacją, niech żyje prostactwo. Dałoj gramotnych! Piszę to z irytacją, proszę wybaczyć, ale w moim wieku ważniejsza od prostoty jest prostata.

Sport to zdrowie

28 maja 2026
Print

Kiedyś byłem kibicem, nawet prowadziłem zeszyt z bieżącymi wynikami ważnych zawodów, wklejałem tam wycinki z fotografiami mistrzów i mogłem wymieniać z pamięci nazwiska, metry i punkty. Przeszło mi w połowie podstawówki. Jeszcze w liceum chodziłem do sąsiadów oglądać (my telewizora nie mieliśmy) ważne mecze hokeja i piłki nożnej – ale co najmniej na szczeblu mistrzostw Europy, świata czy Igrzysk Olimpijskich. I to dopiero w czasie finałów. Potem zauważyłem, że nudzi mnie nie tylko piłkarski mecz ligowy, nawet finał Ligi Mistrzów, ale także hokejowe starcie Rosji z Kanadą.

Role

21 maja 2026
Print

Zupełnie nie pamiętam, jak prawie dokładnie 60 lat temu trafiłem do Teatru Małych Eksperymentów „Wagant”, założonego przy Uniwersytecie Warszawskim przez Tomasza Miłkowskiego z polonistyki. W pierwszym spektaklu nie brałem udziału, ale w drugim już tak. Był to Kwiat miłości, sztuka Tomka o wojnie wietnamskiej, gdzie trafiłem nie tylko ja, ale także kilka moich „wietnamskich” wierszy. Nie grałem tam żadnej roli – po prostu parę razy wchodziłem zza kulis i coś mówiłem. Te wejścia i to mówienie to była moja szkoła aktorska: Tomek jako reżyser przeczołgiwał mnie kilkadziesiąt razy na każdej próbie, uczył wymowy, ruchu, reagowania na światło reflektorów i na inne osoby na scenie, tego, że przedstawiając wiersz o spalonym przez napalm dziecku należy mimo dramatyzmu nie poddawać się nerwom i mówić widziałem dziecko, a nie wdziałem dziecko oraz że nie mówi się za wyjątkiem, bo gdyby się tak mówiło, to by trzeba też mówić przed wyjątkiem, a więc z wyjątkiem i już. 60 lat minęło jak jeden dzień, a ja to doskonale pamiętam. Nienawidziłem każdej próby i umierałem na początku każdego przedstawienia. A potem trema mijała, wchodziłem w rolę i dawałem radę. Do następnego razu.

Czy Polska jest republiką?

14 maja 2026
Print

Takie pytanie zadano posłowi i byłemu ministrowi nauki i szkolnictwa wyższego z Lewicy, Dariuszowi Wieczorkowi i poseł stwierdził że nie, bo Polska jest Rzeczpospolitą. Nie wiedział też, kto walczył w wojnie secesyjnej. A większość z pytanych posłów nie wiedziała, ile jest osiem razy siedem. Przytaczam to dlatego, że to jest teraz świeży temat, a kompromitujące odpowiedzi na łatwe, choć pewno prowokacyjne pytania uzyskiwali reporterzy, buszujący po korytarzach na, nomen omen, ulicy Wiejskiej w związku z trwającymi maturami. Oczywiście wiem, że stres robi swoje i czasem blokuje mózg, jednak tu nie chodzi o czasową blokadę. Żenadą częstują nas co dzień posłowie, członkowie rządu i opozycji, co zresztą bywa stałym elementem folkloru politycznego w kraju, w którym przeciętny obywatel nie tylko nie pamięta już tabliczki mnożenia, ale nie ma pojęcia ile głosów dostał w wyborach ten czy inny kandydat na prezydenta. Tego, oczywiście, nie wie nikt i wiedzieć nie będzie. W efekcie dla wielu osób prezydent Polski jest oceniany jak kot Schrödingera, podczas gdy dla innych – jak kot Kaczyńskiego. Na tym polega polska mechanika kwantowa.

Robot na noszach

30 kwietnia 2026
Print

Dwie wiadomości, najprawdopodobniej będące fejkami. Jedna to obrazek: czterech mężczyzn w uniformach sanitariuszy z trudem dźwiga ciężkie nosze, na których leży biało-czarny humanoidalny robot, prawdopodobnie ze złamaną nogą. Druga to wiadomość tekstowa: 27 stycznia 2026 r. ukraiński robot Droid TW-7.62 wziął do niewoli trzech rosyjskich żołnierzy. A 13 kwietnia tego roku ukraińskie bezzałogowe platformy naziemne przy wsparciu dronów zdobyły placówkę rosyjską, doprowadzając do poddania się całej załogi wroga. Zastanawiacie się pewno, po co powtarzam informacje, które prawdopodobnie są nieprawdziwe? No cóż: najprawdopodobniej to nie znaczy z całą pewnością. A coś, co dziś jest nieprawdziwe, jutro może stać się zupełnie realne. Czy przed pierwszą wojną światową komendant Piłsudski przypuszczał, że za parę lat będzie słuchał swojego głosu, nagranego na płycie gramofonowej, a dziś będziemy go mogli oglądać na żywo i w kolorze podczas – bo ja wiem – nocnej rozmowy z aktualnym lokatorem Belwederu? Co oczywiście umożliwi nam sztuczna inteligencja.

Wujek Leon

9 kwietnia 2026
Print

Jestem prawie pewien, że przynajmniej część z Państwa scrolluje teraz własną lub komputerową pamięć, usiłując odgadnąć, jakiego wujka mam tu na myśli i po wuj go w tytule felietonu przywołuję. Nie zgadniecie. To jeden z bohaterów genialnego tekstu Obiad rodzinny Wojciecha Młynarskiego, który mistrz napisał do Menueta Luigiego Boccheriniego. To ten wujek, który z punktu ku kuzynkom czterem z odpowiednim zmierza żartem czy duserem… Przed wielu laty na lekcjach literatury w zakopiańskiej Szkole Artystycznej przedstawiałem ten tekst – na papierze i w wykonaniu autora – jako przykład umiejętności zestawienia słów i muzyki, starej i nie najprostszej. Po pewnym czasie zauważyłem, że analiza wiersza zmienia się w wykład oparty na słowniku wyrazów obcych i przestarzałych i dałem se spokój: kto dziś, nawet wśród dorosłych, rozumie, co to znaczy z punktu i wie, co to są dusery, nie mówiąc już o tym, że ukazywanie dramatycznego momentu, w którym dziadziowi order wpadł w ordewry wymagało nie tylko tłumaczenia francuskiego określenia hors d’oeuvres, ale w ogóle opowiadania o menu, z czasów, kiedy jeszcze przed obiadem obowiązkowo podawano przystawki, a nie Kawę na Ławę czy Puchar Świata w Skokach. I dlaczego polskie przystawki, których nikt już tak nie nazywa, po francusku oznaczają coś, co podaje się hors d’oeuvres czyli poza dziełem (dziełem jest zupa i danie główne), po grecku mezedes, co wywodzi się z tureckiego słowa, określającego smak, co zresztą zachowało się w podawanych pieskom smaczkach, a co po słowacku brzmi najlogiczniej: predjedla.

Pokuszenie

2 kwietnia 2026
Print

Ministrantem byłem przez jakieś dziesięć dni, co obejmowało dwie niedzielne msze. Harcerzem – krócej, bo tylko dwa dni. Nie wytrzymałem kostiumów i hierarchii. Komeżki wydały mi się symbolem pozbawienia męskości – no, może bardziej chłopięcości, bo rzecz się działa gdzieś w połowie podstawówki, mundurek harcerski za bardzo przypominał wojsko, a od dziecka byłem pacyfistą. Nie znałem oczywiście jeszcze wtedy tego, jak George Bernard Shaw zdefiniował harcerstwo: Scouting is a child dressed like an idiot commanded by an idiot dressed like a child – dziecko ubrane jak kretyn pod przewodnictwem kretyna ubranego jak dziecko. Ale tak właśnie się czułem. W dodatku hierarchia w obu tych formacjach polegała na tym, że dowódcy byli wysocy, władczy i wciąż na mnie krzyczeli. Tak mi się wtedy wydawało, choć oni po prostu wydawali rozkazy, a może tylko polecenia. Nikt mnie – uwaga! – nie molestował, przynajmniej niczego takiego nie zapamiętałem i nie miałem z tego powodu żadnej traumy. Choć, nie powiem – przedstawiciele obu tych branż usiłowali mnie wodzić na pokuszenie, ale w zupełnie inny niż dziś popularny sposób. Druh Duduś, od którego uciekłem w piątej klasie, po latach okazał się moczarowskim endekiem i przedstawicielem Służby Bezpieczeństwa, fascynującym moją mamę swoimi antysemickimi tyradami w marcu 1968 r. A ksiądz Stanisław, który prowadził religię w moich czasach licealnych zapraszał część naszej klasy na plebanię, włączał adapter, pokazywał, gdzie są płyty z Presleyem, Beatlesami, Chuckiem Berrym i Billem Halleyem, zostawiał klucz najstarszemu z nas i wychodził do chorego z Panem Jezusem. A nasza mieszana grupka klasowa miała w ten sposób korzystać z wolności. Zawsze uważałem, że ta wolność, mierzona ułamkiem, w którym w liczniku znajdowała się ofiarowana nam przez Boga wolna wola, a w mianowniku poczucie odpowiedzialności mnożone przez strach przed piekłem to jest podstęp, przy pomocy którego Bóg wodzi nas na pokuszenie.

Bóg działa przez Franków

19 marca 2026
Print

Do jakich książek czy filmów nie mamy zastrzeżeń, nie zarzucamy im kłamstwa, nie podważamy zawartych w nich twierdzeń? Do bajek, fantazji, fikcji. Nikt nie zastanawia się nad techniczną konstrukcją miecza świetlnego, nikt nie kwestionuje możliwości dyskutowania z lustereczkiem, oceniającym urodę królowej, nikt nie analizuje sposobu, w jaki Piotruś Pan pokonywał grawitację. Nawet ortodoksyjni religianci, palący na stosach książki o Harrym Potterze nie analizowali zasad gry w quidditcha i dynamiki Nimbusa 2000, tylko potępiali Harrego i jego świat za to, że walczy ze złem wspólnie z przyjaciółmi i nauczycielami, a nie z ministrantami i katechetami, wspierając się różdżką, a nie różańcem.

Natomiast powieści realistyczne i filmy tzw. oparte na faktach są oceniane zazwyczaj nie z punktu widzenia ich artystycznych wartości, tylko pod kątem zgodności z popularną – czytaj: swoją – wiedzą. Na chłopski rozum Jakub Frank nie mógł zdobyć tylu zwolenników ilu zdobył w powieści Olgi Tokarczuk, a jego babka Jente nie mogła być obserwatorką świata z pozycji kota Schrödingera, pozostając w zawieszeniu między życiem a śmiercią. Książę Hamlet nie mógł rozmawiać z duchem swojego ojca, bo duchy nie istnieją, a jeśli nawet – to Szekspir pobłądził pisząc, że ducha tego widzieli także Horacy i Bernardo, a nie widziała jego rodzona żona, królowa-matka Gertruda. Cygan (właśnie, Cygan, a nie Rom!) Melquíades nie może co parę lat przyprowadzać do Macondo swojego plemienia, bo do Macondo nikt nie trafiał, a zresztą Márquez cygani pisząc, że to Cyganie są chorążymi postępu, bo wędrują po świecie przywożąc na to południowoamerykańskie zatyle zdobycze nauki i techniki, pozyskane podczas wędrówek po świecie. No i lód nie mógłby się tak długo utrzymać w strefie tropikalnej…

Safe Our Souls

12 marca 2026
Print

Dziś podstawowym nominałem różnych walut są miliardy – złotych, euro, dolarów… Dla mnie to oczywiście kompletna abstrakcja, a tę lubię tylko w sztuce, i to nie każdej. Największym nominałem w walucie amerykańskiej, jaki kiedykolwiek miałem w portfelu był gustowny portrecik prezydenta Abrahama Lincolna na banknocie 5-dolarowym. U Raymonda Chandlera czytałem, że detektyw Philip Marlowe dysponował kiedyś portretem prezydenta Jamesa Madisona o nominale 5000 $, ale traktował go jak talizman, a może nawet fetysz. Teraz należy się spodziewać, że w portfelach kilkuset osób i w sejfach kilku banków światowych pojawią się banknoty z portretem Donalda Trumpa o nominale 1 000 000 000 $. Dodatkową atrakcją takich zabawek będzie zapis tej kwoty słownie: po amerykańsku (Pomarańczowiec zabroni nazywać języka, którym się posługuje językiem angielskim – i słusznie, bo z angielskim będzie on miał wspólne tylko kilka słów) miliard to billion. Fajnie brzmi.

kalendarz-btn

NIEDZIELA 5 lipca 2026
  • Karoliny, Antoniego

byli-z-nami

Copyright © 2004-2013 Stowarzyszenie Dziennikarzy RP Oddział Warszawski