SATYRYKON LEGNICA 2025 rys. Mateusz Oleszczak "Matrioszki"
Pokuszenie
Ministrantem byłem przez jakieś dziesięć dni, co obejmowało dwie niedzielne msze. Harcerzem – krócej, bo tylko dwa dni. Nie wytrzymałem kostiumów i hierarchii. Komeżki wydały mi się symbolem pozbawienia męskości – no, może bardziej chłopięcości, bo rzecz się działa gdzieś w połowie podstawówki, mundurek harcerski za bardzo przypominał wojsko, a od dziecka byłem pacyfistą. Nie znałem oczywiście jeszcze wtedy tego, jak George Bernard Shaw zdefiniował harcerstwo: Scouting is a child dressed like an idiot commanded by an idiot dressed like a child – dziecko ubrane jak kretyn pod przewodnictwem kretyna ubranego jak dziecko. Ale tak właśnie się czułem. W dodatku hierarchia w obu tych formacjach polegała na tym, że dowódcy byli wysocy, władczy i wciąż na mnie krzyczeli. Tak mi się wtedy wydawało, choć oni po prostu wydawali rozkazy, a może tylko polecenia. Nikt mnie – uwaga! – nie molestował, przynajmniej niczego takiego nie zapamiętałem i nie miałem z tego powodu żadnej traumy. Choć, nie powiem – przedstawiciele obu tych branż usiłowali mnie wodzić na pokuszenie, ale w zupełnie inny niż dziś popularny sposób. Druh Duduś, od którego uciekłem w piątej klasie, po latach okazał się moczarowskim endekiem i przedstawicielem Służby Bezpieczeństwa, fascynującym moją mamę swoimi antysemickimi tyradami w marcu 1968 r. A ksiądz Stanisław, który prowadził religię w moich czasach licealnych zapraszał część naszej klasy na plebanię, włączał adapter, pokazywał, gdzie są płyty z Presleyem, Beatlesami, Chuckiem Berrym i Billem Halleyem, zostawiał klucz najstarszemu z nas i wychodził do chorego z Panem Jezusem. A nasza mieszana grupka klasowa miała w ten sposób korzystać z wolności. Zawsze uważałem, że ta wolność, mierzona ułamkiem, w którym w liczniku znajdowała się ofiarowana nam przez Boga wolna wola, a w mianowniku poczucie odpowiedzialności mnożone przez strach przed piekłem to jest podstęp, przy pomocy którego Bóg wodzi nas na pokuszenie.
Z tym pokuszeniem miałem zawsze problem, może nawet od czasu swojej ministrantury, z których to czasów pozostała mi (szybko się uczyłem i miałem talent do języków, w różnym sensie zresztą) znajomość głównych części liturgii po łacinie. Szczególnie szybko nauczyłem się Modlitwy Pańskiej, czyli Ojczenasza. Kto to jeszcze pamięta w czymś, co uważałem za oryginał, no bo przecież – myślałem – Pan Jezus z Ojcem i Matką musiał porozumiewać się po łacinie, no bo jak? Po polsku?
No więc klepałem: Pater noster, qui es in caelis i tak dalej, aż dochodziłem do miejsca, w którym zawsze musiałem się zająknąć: et ne nos inducas in tentationem, (i nie wódź nas na pokuszenie) sed libera nos a malo (ale nas zbaw ode złego).
No to jak to: modlimy się do Boga, żeby nie wodził nas na pokuszenie? Przecież, na Boga, od kuszenia jest diabeł!
W którymś z paryskich kościołów widziałem kilkadziesiąt tabliczek z tą modlitwą, w rozmaitych językach świata, w tym w języku hindi i po arabsku… A w Jerozolimie na Górze Oliwnej jest osobny kościół Pater Noster, gdzie Modlitwa Pańska odwzorowana jest w ponad 100 językach. Tam nie byłem i nie będę. Ale zastanawiam się, czy pielgrzymi z tych ponad stu krajów czytając lub mówiąc z pamięci tę modlitwę podobnie jak ja zastanawiają się, dlaczego jesteśmy ciągle przez Boga testowani, dlaczego musimy go modlitewnie prosić, żeby nie wodził nas na pokuszenie, ale nas od niego zbawił, bo przecież nikt nie wątpi, że to boskie pokuszenie musiałoby nas wieść do złego – od czego się odżegnujemy – a nie do dobrego, o co prosimy…
Z tych prywatek u księdza – bez księdza – nie dawało rady się wykręcić: i z uwagi na to, że jednak był to ksiądz, i dlatego, że stanowiły one znakomitą przeciwwagę do działań naszej wychowawczyni, srogiej matematyczki, która była dewotką do n-tej potęgi, w poniedziałki odpytywała tych, których nie widziała na niedzielnej mszy młodzieżowej i woziła nas w celach katechetycznych do Zakładu dla Niewidomych w Laskach. Było to wzruszające, ale i kuszące – jeździliśmy autokarem, a wracaliśmy późnym wieczorem, ciemno i przyjemno…
Z plebanii wszelako po kilku obowiązkowych tańcach (Love Me Tender miało największe wzięcie…) uciekałem na wieczorny spacer po Milanówku, bynajmniej nie sam, ale zawsze wracaliśmy przed powrotem księdza od chorego, żeby zakończyć imprezę. Modlitwą, oczywiście. Było to wszystko dość krępujące, no bo w końcu katecheta nie był dzieckiem i wodząc nas na pokuszenie wiedział doskonale, że charakter 16-17-latków słaby jest nadzwyczajnie i zazwyczaj postępują oni w myśl zasady, wyrażonej przez Melchiora Wańkowicza w Zielu na kraterze:
…nigdy nie walczyć z pokusami, bo jeśli się im nie ulegnie, to się osłabia charakter. Tata mówi, że ledwo się pokaże na horyzoncie pokusa, już jej się poddaje, pokusa nie ma zadowolenia, że zwalczyła smoka cnoty, i odchodzi, a cnotliwy Tata muśnie nieco zburzone piórka dzióbkiem i już jest jako śnieg biały; podczas kiedy po walce z pokusą byłby utytłany i świnia.
Wtedy nasze pokusy były delikatne i romantyczne – jakieś nieśmiałe trzymanie się za ręce, liściki, przesyłane sobie sekretnie przy niewielkiej pomocy przyjaciół podczas nudnych lekcji historii, muśnięcie dłonią satynowego fartuszka na przerwie, piosenki o miłości, wspólnie słuchane w radiu… No i pierwsze, a może nawet zerowe przykazanie, wyśpiewywane nam przez Beatlesów:
All You Need Is Love!
I to przeświadczenie – będące kamiennym fundamentem naszego posthipisowskiego życia – że miłość daje wolność, a wolność daje tylko same pozytywy – szczęście, wagary i, z powrotem, miłość. A reszta przyjdzie sama. Pewno to samo przekonanie przyświecało twórcom Ściany Miłości, Le Mur de je t’aime na paryskim Montmartrze, koło Klasztoru Opatek. Na granatowym, kamiennym tle umieszczono tam kilkaset emaliowanych płytek z lawy, na których widnieją słowa kocham cię w ponad 200 językach i dialektach z całego świata, wyrzeźbione jako pismo odręczne. A okruchy czerwonego granitu, poumieszczane między nimi tworzą wizerunek serca.
I za to uwielbiam Paryż: za rzeczy artystyczne, kosztowne i zbędne – i do codziennego życia, i do walki politycznej, i do jutrzejszego zbawienia. No, z tym zbawieniem to przesadziłem – w końcu, bez miłości nie będzie zbawienia, o czym przekonują nas dwaj wielcy Pawłowie. Święty Paweł z Tarsu – nie przeszedłby lustracji u Macierewicza, bo IPN na pewno ma w archiwach teczkę TW Szawła – który pisał: Gdybym mówił językami ludzi i aniołów, a miłości bym nie miał, stałbym się jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący […] Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest. Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą; nie jest bezwstydna, nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego; nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz współweseli się z prawdą. Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma. […] A sir Paweł McCartney z Liverpoolu napominał, że trzeba mieć nadzieję i musi być to nadzieja na zbawienie, Hope for Deliverance… Ale w gruncie rzeczy to zbawienie, to wyzwolenie zależy od nas, ciebie i mnie:
When it will be right, I don’t know, what it will be like, I don’t know. We live in hope of deliverance from the darkness that surrounds us.
Kiedy z dnia na dzień coraz bardziej za progiem czai się ciemność i tylko daleko na horyzoncie połyskuje ponure światło nad Sauronowską Wieżą Przeznaczenia, kiedy Mordor kusi nas potęgą złowrogiego pierścienia, kiedy już niemal straciliśmy wiarę w zbawienie – nie możemy tracić jedynej, ostatniej nadziei. I znów może poprowadzić nas Paweł, Paweł z Tarsu:
Gdy byłem dzieckiem, mówiłem jak dziecko, czułem jak dziecko, myślałem jak dziecko. Kiedy zaś stałem się mężem, wyzbyłem się tego, co dziecinne […] Tak więc trwają wiara, nadzieja, miłość – te trzy: największa z nich jest miłość.
Może kogoś zdziwią te słowa w moim tekście, w którym nieoczekiwanie jest tyle o miłości, o Paryżu i o Pawłowych podpowiedziach. Niesłusznie, przecież Paweł z Tarsu to patron dziennikarzy, teologów, Poznania i Awinionu, neofitów i służby więziennej, a na miłości znał się jak mało kto, choć niekoniecznie dobrze znał się na kobietach. Te braki z powodzeniem uzupełnia Paweł z Liverpoolu. Poza tym przyszedł niespodziewanie kwiecień, no a April in Paris to jedna z najpiękniejszych piosenek o mieście, które darzę miłością wielką, choć raczej nie odwzajemnioną. To łączy mój ukochany Paryż z moim ukochanym Zakopanem. Ale miłość nieodwzajemniona też może być piękna. Przyszła też wiosna, co prawda trochę zimowa – no, a o czym pisać wiosną – nawet zimową – jak nie o miłości?
Maciej Pinkwart
2 kwietnia 2026







