SATYRYKON LEGNICA 2025 rys.Mihatov-Mojmir-xxx
Czy Polska jest republiką?
Takie pytanie zadano posłowi i byłemu ministrowi nauki i szkolnictwa wyższego z Lewicy, Dariuszowi Wieczorkowi i poseł stwierdził że nie, bo Polska jest Rzeczpospolitą. Nie wiedział też, kto walczył w wojnie secesyjnej. A większość z pytanych posłów nie wiedziała, ile jest osiem razy siedem. Przytaczam to dlatego, że to jest teraz świeży temat, a kompromitujące odpowiedzi na łatwe, choć pewno prowokacyjne pytania uzyskiwali reporterzy, buszujący po korytarzach na, nomen omen, ulicy Wiejskiej w związku z trwającymi maturami. Oczywiście wiem, że stres robi swoje i czasem blokuje mózg, jednak tu nie chodzi o czasową blokadę. Żenadą częstują nas co dzień posłowie, członkowie rządu i opozycji, co zresztą bywa stałym elementem folkloru politycznego w kraju, w którym przeciętny obywatel nie tylko nie pamięta już tabliczki mnożenia, ale nie ma pojęcia ile głosów dostał w wyborach ten czy inny kandydat na prezydenta. Tego, oczywiście, nie wie nikt i wiedzieć nie będzie. W efekcie dla wielu osób prezydent Polski jest oceniany jak kot Schrödingera, podczas gdy dla innych – jak kot Kaczyńskiego. Na tym polega polska mechanika kwantowa.
Tej niewiedzy wyborczej mamy więcej, niż wiedzy. Czy znacie nazwiska wszystkich posłów ze swojego okręgu wyborczego? Zapewne nie, choć pewno wiecie, na kogo sami głosowaliście. Ale czy pamiętacie, jaki był program wyborczy tego na kogo głosowaliście? A z kim z własnej partii ten ktoś konkurował i czym jego oferta różniła się od innych? A czy wiemy, ile kosztowała jakąś partię czy komitet wyborczy kampania do parlamentu czy samorządu na jakimkolwiek szczeblu? Przez ile dni nie było w pracy premiera, ministra, prezydenta, wójta czy pracownika jakiejkolwiek firmy w czasie, gdy „walczył” o mandat, gdy namawiał do głosowania na siebie lub na swoich? I jaki jest tego efekt? Ilu radnych znacie? Ilu uważacie za mądrych i wartych trudu kampanijnego już w połowie kadencji? Ilu posłów jest, według was, elitą narodu? Ilu ministrów rzeczywiście zna się na tym, co robi i choćby nie opowiada bzdur z dziedziny, za którą jakoby jest odpowiedzialny?
Mówi się teraz o konieczności zmiany obecnej polskiej Konstytucji. A ilu z mówiących o tym choćby raz przeczytało tekst polskiej ustawy zasadniczej? I kto potrafi popatrzeć na te postulowane zmiany nie w perspektywie kolejnej kadencji tylko w perspektywie – powiedzmy – pół wieku?
Przywołałem na początku niewiedzę – a może tylko wysoki, blokujący rozum poziom stresu posła lewicy specjalnie, żeby nie myśleli Państwo, że jestem stronniczy i uważam że sejmową żenadę reprezentują wypowiedzi Marii Kurowskiej, Mariusza Błaszczaka, Janusza Kowalskiego, Witolda Tumanowicza, Sławomira Mentzena, Marka Jakubiaka czy Romana Fritza. Wśród 460 posłów i 100 senatorów poziom głupoty, niekompetencji i chamstwa rozkłada się z pewnością nierówno w różnych ugrupowaniach, ale przeciętnie jest zapewne podobny do tego, jaki ma statystyczny Polak. Wybór każdego z nich kosztował od kilkunastu do kilkuset tysięcy złotych. Czy nie zgodzicie się Państwo z opinią, że w większości przypadków to pieniądze wyrzucone w błoto? I że coś w tym trzeba zrobić?
Obowiązująca obecnie Konstytucja RP, którą obóz Pałacu Namiestnikowskiego tak usilnie pragnie zmienić, w preambule stwierdza, że ustawę zasadniczą uchwalamy My, naród… Ta kalka z Konstytucji USA, która stała się słynna w Polsce od czasu pamiętnego przemówienia Lecha Wałęsy w Kongresie Stanów Zjednoczonych 18 listopada 1989 r., kiedy to te dwa pierwsze słowa od razu przetłumaczył na angielski niezapomniany Jacek Kalabiński, a parlamentarzyści amerykańscy, słysząc owe We, the People… wstali i zgotowali Wałęsie owację skłania do dwóch refleksji: po pierwsze kongresmeni amerykańscy znają własną konstytucję, a przynajmniej jej początek. Po drugie, jeśli to naród ustanawia prawa podstawowe, to znaczy, że ja też.
I nie potrzebuję do tego powoływać sobie żadnej rady konstytucyjnej. Głównie dlatego, że byłaby albo niepotrzebna, albo nieskuteczna. Niepotrzebna, gdy będzie składać się z samych dworaków i podlizuchów powołującego. Nieskuteczna – jeśli nie: jak wiadomo, gdzie dwóch Polaków, tam trzy opinie. Więc moja rada konstytucyjna będzie jednoosobowa: sam sobie powymyślam, i nie całość tego przyszłego dokumentu, tylko dwie sprawy, które tam powinny się znaleźć. Oprę się w swoim projekcie na czymś, co jest mi bliskie: zasadach demokracji ateńskiej, logice i obiektywizmie sztucznej inteligencji, o której ostatnio tyle pisałem.
Po pierwsze. Na każdym szczeblu demokracji, od sołectwa do parlamentu, przedstawiciele narodu, mający sprawować władzę, będą pochodzić z losowania spośród osób uprawnionych. Uprawnionymi będą wszyscy obywatele pełnoletni, zamieszkali stale na obszarze, którego dotyczy elekcja, którzy wyrażą zgodę na kandydowanie i którzy nie mają ograniczonych praw obywatelskich. Osoby mieszkające na stałe poza Polską, województwem, gminą, których wybory dotyczą, kandydować nie mogą, bo są outsiderami. Algorytm losowania opracuje AI. Zapewne jeśli chodzi o wyższe szczeble władzy – samorząd wojewódzki, parlament – powinno się wprowadzić cenzus wykształcenia – posiadanie przynajmniej matury powinno być obligatoryjne. Do senatu – jeśli zdecydujemy się go utrzymać w obecnej formie – powinien obowiązywać cenzus wyższego wykształcenia (dyplomy Collegium Humanum – wykluczone!). Być może jednak senat powinien składać się z reprezentantów władzy wykonawczej z poszczególnych województw, akademii naukowych, wyższych uczelni (Collegium Humanum – wykluczone!). W momencie wylosowania do władzy przedstawicielskiej każdy jej członek – jeśli należy do jakiejkolwiek partii politycznej – musi z członkostwa zrezygnować lub je zawiesić na czas swojej kadencji.
Istnieje hipotetyczne niebezpieczeństwo, że wynik losowania będzie niereprezentatywny – jeśli algorytm wylosuje do rady miasta czy gminy skład jednorodny, na przykład będzie to grupa kilkunastu gospodyń domowych w wieku emerytalnym. Albo piłkarzy KS Huragan-Waksmund. Na wyższych szczeblach władzy przedstawicielskiej taki przypadek jest mało prawdopodobny, choć prawdopodobieństwo jest niezerowe. Dlatego też należy skrócić kadencje losowanych władz: od roku na szczeblu podstawowym, do trzech lat na szczeblach centralnych. Przez tak krótki czas nie zdąży się ani nabrać manier autorytarnych, ani skumulować błędów. Powie ktoś, że w ten sposób we władzach nie będzie osób doświadczonych, które demokracji uczyły się przez kilka kadencji. Naprawdę sądzicie, że poseł Leonard Krasucki i posłanka Barbara Bartuś z PiS, poseł Andrzej Grzyb czy Aleksander Maliszewski z PSL, posłanka Zofia Czernow czy poseł Janusz Cichoń z Koalicji Obywatelskiej, poseł Jacek Czerniak czy Wiesław Szczepański z Nowej Lewicy przez te wszystkie kadencje czegoś z techniki sprawowania władzy się nauczyli? A każdy z nich jest w sejmie przynajmniej kilkanaście lat…
Po drugie. Przedstawiciele władzy wykonawczej – sołtysi, naczelnicy, burmistrzowie i prezydenci oraz premier i ministrowie – nie mogą wchodzić w skład władzy wykonawczej. To, co jest teraz, barbarzyńsko łamie zasadę trójpodziału władz: parlament, na przykład, jest wobec rządu organem kontrolnym. W efekcie istniejącej sytuacji minister, będący zarazem parlamentarzystą, ma prawo kontrolować sam siebie. Wszystkie stanowiska kierownicze władzy wykonawczej – od sołtysa po premiera – mają pochodzić z konkursu. Kandydatów mają prawo zgłaszać partie polityczne i organizacje społeczne pod warunkiem, że istnieją co najmniej pięć lat. Wyboru dokonuje odpowiednie ciało przedstawicielskie po wysłuchaniu kandydatów, którzy w wystąpieniu nie dłuższym niż 15 minut mają przedstawić co, jak i z czyją pomocą chcą zrobić dla kraju lub regionu. Wybór zostaje dokonany zwykłą większością głosów. Premier, marszałek, prezydent miasta, burmistrz czy wójt swoich współpracowników dobierają sobie samodzielnie, a ministrowie czy członkowie władz wojewódzkich, powiatowych, miejskich i gminnych podlegają wyłącznie swoim zwierzchnikom. Samorząd czy parlament nie może odwołać ministrów czy naczelników wydziałów – może tylko odwołać ich szef.
A co z sędziami, służbami specjalnymi, wojskiem? To powinny być organizmy zupełnie niezależne, współpracujące z władzami w myśl określonych zasad. Co z wyborem – nominacją – losowaniem prezydenta? Jak to teraz mówią politycy przed kamerami – to dobre pytanie. Ale mój wkład w działalność rady konstytucyjnej na tym się kończy – nie będę się sam męczył. Powiecie, że te moje propozycje wywołają chaos i niepewność co do kierunku, w jakim popłynie nawa państwowa? Możliwe. Ale ten chaos i niepewność nie będą większe niż są teraz, a na pewno będzie uczciwiej, sprawiedliwiej i przyjaźniej.
Wiem, wiem – nie o to w sprawach państwowych chodzi. I dlatego moja prywatna rada konstytucyjna na tym kończy swoją działalność…
Maciej Pinkwart, 14 maja 2026 r.







