SATYRYKON LEGNICA 2025 rys. Mateusz Oleszczak "Matrioszki"
101 słów na piątek
Wiemy, ale nie powiemy

Nieco zamieszania powstało z powodu nagłego zdjęcia z anteny Polsatu kolejnych programów Kabaretu Moralnego Niepokoju. To ciekawe, dlaczego tak się stało, ale jeszcze ciekawsza jest metoda uprawiana od dawna przez rozmaite portale i media społecznościowe, które dbając o odpowiednią „klikalność”, przytrzymują uwagę czytelników łudzącymi zapowiedziami. W sprawie rzeczonego kabaretu na przykład zapowiadano triumfalnie, że „wiemy dlaczego kabaret zniknął, Edward Miszczak komentuje” itp. Po czym następowało sążniste przypomnienie wspomnianego konfliktu z kabaretem, a na sam koniec autor informacji przytaczał wypowiedź (?) szefa programowego stacji, który oświadczył jedynie: „Nie mogę nic mówić”. Typowe kręcenie bata z piasku, czyli jawne nabieranie gości w butelkę.
(Tomasz Miłkowski)
I już po

Gorączka wyborcza opadła. Nie u wszystkich jednak, bo albo szukają dziury w całym, albo nastają, aby przyspieszyć, albo denerwują się, że nowy rząd nie tylko nie rządzi, ale jeszcze nawet nie powstał. Tymczasem nic nie jest opóźnione, a pracy do wykonania dość, toteż czy oficjalna inauguracja powyborczego rządu nastąpi miesiąc wcześniej, czy później nie ma tak wielkiego znaczenia, jak uzbrojenie się w cierpliwość. Jeśli ktoś wyobrażał sobie, że jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wszystkie kłopoty znikną wraz z ogłoszeniem wyników wyborów, okazał nieroztropność. Tymczasem delektujmy się radosnym osiągnięciem: 74 procent rodaków przy urnach wyborczych to naprawdę jest powód do wielkiego świętowania.
Tomasz Miłkowski
Jak makiem zasiał

A więc przed nami nareszcie CISZA. Jak makiem zasiał. Zgodnie z obowiązującym w Polsce prawem przed samymi wyborami nastaje cisza wyborcza, zabrania się agitować, obrzydzać itp. itd. W USA Sąd Najwyższy uznał, że cisza wyborcza jest sprzeczna z Konstytucją i zakazał jej stosowania. W Niemczech nikomu nie przychodzi do głowy, aby tuż przed wyborami kneblować konkurencję. W wielu krajach uważa się, że walka o głosy do ostatniej chwili należy się kandydatom i służy wyborcom. Aby mogli bardziej świadomie wybrać. Jest jak jest, czyli – jak co roku – rozpoczną się rozmaite podchody, aby ciszę jednak po cichu złamać, żeby owca i wilk ocalały.
(Tomasz Miłkowski)
Czarna teczka

1 października, w katowickim spodku podczas konwencji wyborczej PIS, premier sięgnął po tajemniczy rekwizyt, a mianowicie czarną teczkę z niezbitymi dowodami na przewiny Tuska. Starszym widzom aż się łza w oczach zakręciła, bo przypomnieli sobie przesławną czarną teczkę w pierwszej po transformacji kampanii przez wyborami prezydenckimi. Wtedy to Stan Tymiński też pokazywał wszem wobec czarną teczkę, w której podobno znajdował się hak na Wałęsę, murowany dowód mający zmieść kontrkandydata z pola wali o fotel prezydencki. Do okazania jednak haka nie doszło i, jak wiadomo, teczka straciła moc. Historia lubi się powtarzać jako farsa: Stan Tymiński miał teczkę skórzaną, pan premier – papierową.
(Tomasz Miłkowski)
Konkordat w niebezpieczeństwie?

Niezawodny Wiktor Zborowski, słynący z ciętych komentarzy, dowiedziawszy się o przyznaniu Agnieszce Holland nagrody Fuoricampo, która wręczona zostanie w przeddzień otwarcia watykańskiego festiwalu Tertio Millennio Film Fest, przewiduje, że obecne władze mogą posunąć się do zerwania konkordatu, wskutek czego PIS wygra wybory. Żarty żartami, ale wspomniana nagroda oznacza, że film „Zielona granica” został uznany przez jury za dzieło, które celnie dotyka poszukiwania najgłębszego sensu życia. Wspomniany festiwal zainicjował osobiście Jan Paweł II, co w rzuca szczególne światło na pokaz hejterskich quasi-recenzji, formułowanych przez czołowych polityków z kręgów dzisiejszej władzy, wpisującej na sztandary wartości chrześcijańskie.
(Tomasz Miłkowski)
Hejtem na film

Zmasowane siły propagandy, rozsierdzonych polityków i domniemanych znawców kina ruszyły w zwartym podjeździe na „Zieloną granicę” Agnieszki Holland, która nie po raz pierwszy zostaje pasowana na wroga ludu. Premiera się odbyła, a więc dla chcącego nic trudnego, aby się przekonać, jaki film jest. Atoli władze w trosce o morale napominają, przypominając najgorsze obyczaje rodem z epok minionych. Nawet się z nimi spierać nie chce, bo etycznie uczciwy i artystycznie wyjątkowy film Holland to abecadło ludzkiej wrażliwości. Domorosłym moralistom dedykuję więc fragment wiersza Norwida ku przestrodze: „Czy ten ptak kala gniazdo, co je kala/ Czy ten, co mówić o tym nie pozwala?”.
(Tomasz Miłkowski)
Szlaban otwocki i kanał krakowski

„Zielona granica” Agnieszki Holland natknęła się na szlaban. W Otwocku. Tutejsze kino podległe prezydentowi zdjęło z repertuaru film Holland. Nikt – nawet w krainie zarządzanej przez słuszną partię – nie powiedział, że to rezultat zakazu, ale gdzie tam, ideologicznego. Ot, sala kinowa akurat była potrzebna na coś innego. Metody znane z lat minionych, ale, jak widać, wciąż użyteczne, kiedy mogą służyć ważnej sprawie obrony zagrożonych wartości. Za to w Krakowie dyrektor Teatru Słowackiego Krzysztof Głuchowski, choć aktor dyplomowany, nie może zastąpić na scenie Jana Peszka, w inscenizacji „Dziadów”, ponieważ trwa w teatrze remont kanalizacji. Brzmi znajomo? To jak znany dowcip z kabaretu „Dudek”.
(Tomasz Miłkowski)
Granica

Z granicami zawsze był kłopot, choć już za młodu mama przestrzegała: „Nie przekraczaj!”. Ale wciąż i tak przekraczają. Nie tylko te między państwami, o czym opowiada Agnieszka Holland w filmie „Zielona granica”. Przekraczają przede wszystkim te niewidzialne i trudne do precyzyjnego wytyczenia. Tak czy owak, politycy chętnie przekraczają, jak choćby pan od sprawiedliwości, który nawyzywał reżyserkę filmu, choć – oczywiście, oczywiście – filmu nie widział. Zresztą mało kto widział, bo dopiero kilka dni temu premiera światowa obrazu podczas festiwalu w Wenecji przyjęta została owacjami na stojąco. Agnieszka Holland zapowiada pozew do sądu, czemu dziwić się trudno. Minister ani nie pomyślał o granicy przyzwoitości.
(Tomasz Miłkowski)
Roszady

Prezes zwlekał niemal do ostatniej chwili. Komentowano to rozmaicie, sięgając po sprzeczne przysłowia i porzekadła ludowe: co nagle to po diable, kto pierwszy, ten lepszy itp., itd. Sztaby dokonywały nagłych wolt i roszad, jedni kandydaci pojawiali się nagle, inni znikali, zmieniali pozycje, jedynki okazywały się dwójkami, a dwójki trójkami. Prawdopodobnie te aptekarskie zabiegi (z myślą o metodzie D’Hondta) w niewielkim stopniu mobilizowały bądź demobilizowały potencjalny elektorat. Ale kandydatów na pewno tak. Słowem, były to dla nich dni pod napięciem, ale dopiero teraz zacznie się codzienna bieganina za zwolennikami. Właściwie jak zwykle, choć z lękiem, że to jednak inne wybory jak zwykle.
(Tomasz Miłkowski)
20, 35, 55

To nie dziecięca wyliczanka, ale zbieg jubileuszy, z którymi obcować bedą warszawiacy w najbliższym tygodniu. Liczba „20” dotyczy festiwalu Warszawa Singera, który w tym roku odbywa się już po raz dwudziesty, zataczając coraz szersze kręgi – dość powiedzieć, że przez te minione lata zgromadził, bagatela, milion sto tysięcy widzow. „35” to jubileuszowa rocznica powstania Fundacji Shalom, której zawdzięczamy krzewienie wiedzy o kulurze żydowskiej. „55” to rocznica obecności na scenie Gołdy Tencer, sprawczyni obu poprzednich rocznic, bo to ona właśnie zainicjowała i dowodzi festiwalem Singera, którego zapleczem jest powołana przez nią fundacja Shalom. Ukłony i podziw dla niespożytej strażniczki pamięci, nazywanej serdecznie Mamełe.
(Tomasz Miłkowski)






