Oddział Warszawski
tel. 22 826 79 45
sdrp.warszawa@dziennikarzerp.pl

Role

21 maja 2026

Zupełnie nie pamiętam, jak prawie dokładnie 60 lat temu trafiłem do Teatru Małych Eksperymentów „Wagant”, założonego przy Uniwersytecie Warszawskim przez Tomasza Miłkowskiego z polonistyki. W pierwszym spektaklu nie brałem udziału, ale w drugim już tak. Był to Kwiat miłości, sztuka Tomka o wojnie wietnamskiej, gdzie trafiłem nie tylko ja, ale także kilka moich „wietnamskich” wierszy. Nie grałem tam żadnej roli – po prostu parę razy wchodziłem zza kulis i coś mówiłem. Te wejścia i to mówienie to była moja szkoła aktorska: Tomek jako reżyser przeczołgiwał mnie kilkadziesiąt razy na każdej próbie, uczył wymowy, ruchu, reagowania na światło reflektorów i na inne osoby na scenie, tego, że przedstawiając wiersz o spalonym przez napalm dziecku należy mimo dramatyzmu nie poddawać się nerwom i mówić widziałem dziecko, a nie wdziałem dziecko oraz że nie mówi się za wyjątkiem, bo gdyby się tak mówiło, to by trzeba też mówić przed wyjątkiem, a więc z wyjątkiem i już. 60 lat minęło jak jeden dzień, a ja to doskonale pamiętam. Nienawidziłem każdej próby i umierałem na początku każdego przedstawienia. A potem trema mijała, wchodziłem w rolę i dawałem radę. Do następnego razu.

Rola? Jeszcze w Pluskwie Majakowskiego, rewelacyjnie wystawionej przez Tomka, który grał główną rolę, Prisipkina, byłem kimś w rodzaju lokaja, który wchodzi na scenę i mówi: Jaśnie panie, powóz zajechał… W pierwszej scenie sztuki przekupnia na targowisku rewelacyjnie grał nieodżałowany Andrzej Najman, najprzystojniejszy z moich przyjaciół, w którym kochały się wszystkie koleżanki, zwłaszcza te, które mnie się podobały, ale przy Andrzeju nie miałem szans. Ja w Pluskwie pojawiałem się w drugiej scenie, w hotelu robotniczym, w roli młodego robotnika, który wchodzi na scenę i z rozpaczą w głosie krzyczy: Gdzie buty? Znowu buty rąbnęli. Cóż to, mam je na noc odnosić na Dworzec Kurski do przechowalni ręcznego i nożnego bagażu czy co? Ten krzyk zupełnie mi nie wychodził… Ale moje ambicje teatralne rosły.

W Warszawie w 1966 r. na Międzynarodowych Targach Książki kupiłem dwie publikacje (najpierw trzeba było na specjalnym formularzu złożyć zamówienie, które zdaje się weryfikowała cenzura, potem przesyłka przychodziła pocztą) autorstwa Jamesa Salingera: było to Nine Stories oraz bestseller tamtych lat – The Catcher in the RyeBuszujący w zbożu. Czytałem to oczywiście, jak wszyscy, w polskim przekładzie Marii Skibniewskiej – ale ten przekład mi się nie spodobał. Więc gdy już miałem oryginał, postanowiłem samemu powieść przetłumaczyć, jednocześnie adaptując ją na scenę. No i wreszcie zagrać główną rolę. Tomek Miłkowski rzecz zaakceptował, podjął się reżyserii i obsadził wszystkie role. Zagrałem nastolatka Holdena Caulfielda. Miałem 19 lat.

W pierwszej scenie Holden rozmawia ze swoim starszym kolegą o dziewczynie, w której się kocha. Kolega najpierw tę Jane Gallagher dezawuuje, potem sugeruje, że gdyby tylko chciał, to zaraz by była jego. Holden rzuca się na niego z pięściami, Stradlater daje mu wycisk, Holden odchodzi i postanawia uciec z domu. Stradlatera grał mój najserdeczniejszy przyjaciel, Zbyszek Jachimski. Na próbach oczywiście robiliśmy choreografię bójki, a nie bójkę, ale przed premierą Tomek się wkurzył i powiedział, żebyśmy się bardziej postarali. Postaraliśmy się. Rzuciłem się, Zbyszek mnie odepchnął, walnąłem głową o fotel, przyjaciel dowalił mi pięścią, zszedłem ze sceny – zgodnie ze scenariuszem, ale z krwotokiem z nosa, czego scenariusz nie przewidywał. Zebrałem oklaski. Po premierze pytano nas, jak zdołaliśmy zrobić taką wiarygodną iluzję bójki. Holden w całej półtoragodzinnej sztuce tylko przez siedem minut jest poza sceną. To były właśnie te minuty, w czasie których mój krwotok został zatamowany i mogłem grać swoją rolę dalej.

Kilka premier później wystawialiśmy jakiś montaż poetycki, który nazywał się Stara rekwizytornia. Byłem tam starym rekwizytorem. Przez kilkanaście minut pudrowano mi włosy tak, żeby wyglądały na siwe. Na peruki nie było nas stać, musieliśmy oszczędzać. Szkoda, że teraz już nie gram starego rekwizytora, można by zaoszczędzić też na pudrze.

Potem przyszły inne role, w innych teatrach i na innych scenach. Może najtrudniejsza była pierwsza scena w teatrze życia, w którym zacząłem grać rolę ojca – kiedy w szpitalu na warszawskim Solcu przyszedłem odebrać żonę i tylko co urodzonego syna. Dwie rzeczy nieprzewidziane w scenariuszu – kiedy pielęgniarka podała mi tłumoczek z koca, w którym zapakowane było dziecko – i pakunek był tak lekki, że mało go nie podrzuciłem w powietrze. A parę minut później, już na ulicy, tłumoczek się poruszył. Powinienem się wzruszyć, ale głównie się przestraszyłem. Bo to coś, co trzymałem w rękach przestało być czymś, a stało się w tym momencie pełnoprawnym kimś, kto ma własną wolę i już teraz w wieku bodaj trzech dni, objawia własne, niezależne ode mnie działania… I to zostało na następne 53 lata…

Potem przez parę lat próbowałem odgrywać rolę dziennikarza – reportera interwencyjnego. Ubierałem się w garnitur, żeby wyglądać poważniej, bo z redaktorem w wieku dwudziestu paru lat mało kto chciał w ważnych sprawach rozmawiać. Kiedyś redakcja „Polityki” wysłała mnie na reportaż pod Poznań, gdzie źle się działo w jednym z domów dziecka. I kiedy zapukałem do drzwi nauczyciela-opiekuna, który do „Polityki” napisał z prośbą o pomoc w walce z dyrekcją i chroniącym ją Komitetem Wojewódzkim Partii – zobaczyłem, że garnitur nie pomógł. Że czytelnik nie uwierzył, iż taki młokos może cokolwiek zrobić w tak skomplikowanej sprawie. Sprawa nie była skomplikowana, ale rzeczywiście niewiele pomogłem.

A potem, w innej sprawie, napisałem zły reportaż, stronniczy, zaorał mnie o wiele starszy i bardziej doświadczony dziennikarz z konkurencyjnego pisma i przez długi czas grałem rolę negatywnego przykładu, studenci się na mnie uczyli i mój casus opisywano w „Zeszytach Prasoznawczych”. Bolało jak cholera, ale ogromnie dużo się wtedy nauczyłem. A nauka nie tylko kosztuje, także boli. I potem pracowałem na roli, a dokładniej – w Pegieerze na Opolszczyźnie, z czego mi został Ulisses Joyce’a i wydany w Czechach album Beatles v písních a obrazech, oba kupione na rynku w Paczkowie, niechęć do popijania paprykarza szczecińskiego koniakiem Martell, bo tylko to można było tam w sklepie kupić i zrobione między polami kukurydzy prawo jazdy.

I marzyłem wtedy, żeby być już na tyle stary i na tyle doświadczony, a może i mądry w jakiejś dziedzinie, żeby móc być niezależnym komentatorem i wypowiadać własne opinie, niezależne od zdania dyrektorów, starszych redaktorów, linii programowych i chęci zdobycia poklasku publiczności. Udało mi się pod koniec życia, w zasadzie już poza progiem działalności zawodowej.

Tyle tylko, że jednocześnie z tą wolnością i poczuciem dystansu przyszła świadomość tego, że to co ja myślę, czego doświadczam i co o tym piszę – nie ma żadnego znaczenia. I to bez względu na to – proszę wybaczyć – czy ktoś to czyta, czy nie. Bo świat, mój świat, zrobił się tak różnorodnie podzielony, że większość ludzi czyta – słucha – ogląda – tylko to, co chce przeczytać, wysłuchać, obejrzeć, bo potrzebuje tylko potwierdzenia własnych opinii. Ten głębszy, bardziej dramatyczny podział jest jeszcze trudniejszy do zaakceptowania, bo dzieli rzeczywistość na maleńką kulkę, może nawet bańkę, w której jestem ja, moje nieliczne i mało ważne sprawy, opinie, doświadczenia i poglądy i drugą, wielką kulę, w której są inne sprawy, opinie, doświadczenia, poglądy i cały Kosmos. Mogę tę swoją bańkę pokolorować, żeby zachęcić resztę świata do jej obejrzenia, może nawet do akceptacji, dodać przypraw, soli, pieprzu, kurkumy i cynamonu, ale i tak to sytuacji nie zmieni i rola, jaką przyjdzie mi odegrać w tej mojej bańce, nie jest ani główna, ani drugoplanowa, nie jest to nawet rola szatniarza czy portiera.

Czy taka konstatacja boli? Bo ja wiem? Kwestia przyzwyczajenia. Choć z wiekiem jest niby więcej czasu na takie przyzwyczajanie się, to jednak ten czas pędzi tak szybko, że nawet jeśli czegoś doświadczymy, to jeśli jest to coś miłego – minie, zanim się o tym przekonam, że jest. Jeśli coś nieprzyjemnego – cóż, zmieni się w nieprzyjemną zwyczajność, jak codzienne golenie i wkładanie skarpetek… Czy to boli? No jasne.

Ale jam nie z soli, ani z roli, ani nawet z coca-coli, tylko z tego co mnie boli.

pinkwart foto

Maciej Pinkwart

21 maja 2026

Tagi:

kalendarz-btn

CZWARTEK 21 maja 2026
  • Wiktora, Tymoteusza

byli-z-nami

Copyright © 2004-2013 Stowarzyszenie Dziennikarzy RP Oddział Warszawski