Oddział Warszawski
tel. 22 826 79 45
sdrp.warszawa@dziennikarzerp.pl

Sport to zdrowie

28 maja 2026

Kiedyś byłem kibicem, nawet prowadziłem zeszyt z bieżącymi wynikami ważnych zawodów, wklejałem tam wycinki z fotografiami mistrzów i mogłem wymieniać z pamięci nazwiska, metry i punkty. Przeszło mi w połowie podstawówki. Jeszcze w liceum chodziłem do sąsiadów oglądać (my telewizora nie mieliśmy) ważne mecze hokeja i piłki nożnej – ale co najmniej na szczeblu mistrzostw Europy, świata czy Igrzysk Olimpijskich. I to dopiero w czasie finałów. Potem zauważyłem, że nudzi mnie nie tylko piłkarski mecz ligowy, nawet finał Ligi Mistrzów, ale także hokejowe starcie Rosji z Kanadą.

Być może miał na to wpływ mój parotygodniowy pobyt w szpitalu z zapaleniem mięśnia sercowego i przeświadczenie, że już na zawsze zostanę cherlakiem, co zresztą dokumentowało permanentne zwolnienie z wuefu. A może to, że z namowy kolegów poszedłem kiedyś na mecz piłkarski na stadion KS Jedwabnik w Milanówku, żeby podziwiać naszego najlepszego piłkarza nazwiskiem Armata. Ale to był niewypał, nie było co podziwiać i się zniechęciłem.

Gdzieś właśnie w tym czasie przeczytałem Disneyland Stanisława Dygata. I tam narrator, dobry sportowiec Marek Arens, podzielił się spostrzeżeniem, że najaktywniejszymi kibicami są zupełne łamagi, dostający zawału po pokonaniu schodów pierwszego piętra, brzuchaci i dzieciaci, i co ważniejsze sami nie uprawiający żadnego sportu. Bo współcześni sportowcy to gladiatorzy, którzy za nas walczą, zdobywają gole, punkty i medale, a my oglądamy to wszystko na trybunach albo częściej w telewizji, popijamy piwo, pogryzamy chipsy i komentujemy: Wygraliśmy! Przegraliśmy… Albo, poprzez patriotyczną synekdochę: Polska przegrała… Polska wygrała

A to nie my, nie Polska, tylko wygrali albo przegrali ci, którzy biją się, walczą, kopią czy biegną w naszym zastępstwie, czasem  narażając swoje zdrowie, a nawet życie. Nasi gladiatorzy, uwielbiani, oklaskiwani i – zazwyczaj – sowicie wynagradzani, najczęściej przez swoją sławę motywują młodszych do ich naśladowania, a przez starszych traktowani są jak dobro narodowe – do czasu, aż zaczną przegrywać, co – jakby nie patrzeć – zdarza się każdemu, a mistrzom w szczególności. Przegrane przegrywów interesują opinię publiczną tylko wtedy, gdy dotyczą polityków. Ale przegrany polityk, w przeciwieństwie do przegranego mistrza sportu, ma się często lepiej niż polityk wygrany, czego przykładów dostarcza nam, niestety, także i dzień dzisiejszy.

Jednym z nieuchronnych zjawisk, towarzyszących mistrzom, których bronią w każdym sporcie jest, w ostateczności, nie piłka, narty, rower czy rakieta tenisowa tylko ich własne ciało – jest kontuzja, przetrenowanie, depresja czy trwałe kalectwo. Niekiedy – przegrana nie z przeciwnikiem, tylko z własną biologią. Biogram każdego wielkiego sportowca składa się więc nie tylko z medali, pucharów i wieńców laurowych, ale z uszkodzeń ciała, niekiedy nieodwracalnych, a najczęściej sumujących się i po latach czasem przekształcających ideał fizycznej doskonałości w obwieszonego medalami rencistę, mało mającego wspólnego z popularnym hasłem Sport to zdrowie.

Powie ktoś – no dobrze, to przypadłości wyjątkowe, dotyczące zawodowych sportowców, właśnie – gladiatorów, którzy wybrali taką drogę życiową (albo za nich wybrali ją ich rodzice), świadomych czym ona grozi. Z jednej strony nieuchronna mordęga ćwiczeń, treningów, diet, higieny fizycznej i psychicznej, stresów, załamań i złamań, zerwanych ścięgien, naciągniętych mięśni, skręconych kostek, wywichniętych stawów, połamanych rąk i nóg, uszkodzonych łękotek… Ale z drugiej – ewentualna droga na szczyty, do sławy, popularności i bogactwa, którym cieszyć się będzie kilka pokoleń dziedziczących osiągnięcia sportowca. Pieniądze… Zawsze się zastanawiam, po co zarabiającym miliony miesięcznie mistrzom jeszcze kilka czy kilkadziesiąt tysięcy za reklamę pasty do zębów czy napojów izotonicznych… Zawsze w takich okolicznościach przypomina mi się opowiastka o rybaku-pijaku, który w jeziorze złowił złotą rybkę i miał ją uwolnić, gdy spełni ona jego trzy życzenia. Spraw – powiada – żeby całe to jezioro napełniło się wódką. Rybka kręci głową, ale życzenie spełnia. A drugie? – pyta. – No to niech jeszcze ta rzeka, która do niego dopływa, zamiast wody ma wódkę. Woda w rzece zmienia się w wódkę. A trzecie życzenie? – pyta rybka. Ech, męczysz mnie – mówi rybak – no to daj jeszcze pół litra i będziemy kwita… Ile razy słyszałem ten żarcik, zastanawiałem się, jak się potem czuła złota rybka, kiedy rybak wypuścił ją z powrotem do jeziora wódki…

No dobrze, sport zawodowy to raczej realizacja hasła Sport to zdrowie… stracone. Ale ruch, codzienny jogging, 10 tysięcy kroków, rower, nordic walking? Nie słyszałem nigdy w mojej okolicy o tym, żeby ci, którym taką aktywność zalecono, stali się okazami zdrowia. Może zachowują jakąś kondycję, ale czy to pomaga im coś osiągnąć? Czy Barack Obama został prezydentem dlatego, że codziennie się joggingował, czy raczej dlatego, że spędzał całe dni w bibliotece uniwersyteckiej w Columbii czy Harvardzie, a potem w kancelarii adwokackiej czy biurze senatorskim? Czy Maria Skłodowska-Curie jeździła na rowerze dlatego, żeby zachować zdrowie i figurę, czy dlatego, że nie stać ją było na inną komunikację? Czy Wisława Szymborska zaczynała swój twórczy dzień od 10 tysięcy kroków na spacerze, czy raczej od pierwszego papierosa? Oczywiście, wiemy że to się dla jej zdrowia fatalnie skończyło, ale w sumie Nobla dostała za niehigieniczne pisanie w niewietrzonym pokoju, a nie za nordic walking.

Kiedy mój lekarz po raz kolejny namawiał mnie do jeżdżenia rowerem, przypomniałem sobie, jak poruszając się rowerem po ulicy Dębowej w Milanówku w wieku licealnym, obejrzałem się za jakąś piękną panią i nie zauważyłem wielkiego kamienia, który leżał przy drodze. Oczywiście wjechałem w niego, przeleciałem nad kierownicą i pojechałem rękami po chodniku, który akurat w tym miejscu był wysypany miałem węglowym. A w tym miale płytko zakopana była pęknięta szklana lufka do papierosów. Na szczęście było to niedaleko od domu, mama była doświadczoną sanitariuszką po powstaniu warszawskim, więc poczuła się jak u siebie na Wareckiej, opatrzyła mnie, przetrzepała co trzeba i sprzedała mój rower.

A po latach uświadomiłem sobie, że nigdy nie widziałem żadnego zdjęcia, na którym pokazywano by Winstona Churchilla na rowerze, z kijkami, czy na nartach, choć owszem, grywał w polo (siedząc na koniu), a w młodości uprawiał szermierkę. Ale uważał, że kiedy człowiek coś zacznie robić na serio, to na sport już nie ma czasu. Malarstwo – tak, owszem, czemu nie. Ale zdrowie zawdzięczał nie jeździe konnej, szermierce czy malarstwu, tylko cygarom i hektolitrom alkoholu, który mieszał w najokropniejszy sposób: whisky, szampan, brandy, koniak. Wygrał wojnę, przegrał wybory i wypalił parę tysięcy cygar. Dożył 90 lat, a w jego czasach to nie było zbyt częste. Takie życie to dopiero sport!

Jego królowa, Elżbieta II, uprawiała od dziecka sport hippiczny, ale później już raczej biernie: w karocy i na wyścigach w Ascot. Uwielbiała oczywiście angielską herbatę, która jak wiadomo jest indyjską herbatą. Ale prawdę powiedziawszy, im była starsza, tym herbata robiła się bardziej góralska. Przed lunchem był to Dubonnet z ginem: 70 % wermutu i 30 % patriotycznego Gordon’s London Dry Gin, z lodem i plasterkiem cytryny. Po lunchu szedł szampan, francuski, często Pol Roger i klasyczna Wdowa Cliquot oraz wina: biały niemiecki Gewürztraminer lub alzacki riesling – w końcu pochodziła z niemieckiej saskiej dynastii Wettynów. Ale nie bacząc na wstydliwą sprawę wojny stuletniej i Joanny d’Arc oraz niesympatyczne relacje między Napoleonem a księciem Wellingtonem pod Waterloo – potem szły czerwone wina Château Margaux z regionu Medoc, do deserów słodkie Château d’Yquem, a po kolacji szklaneczka Porto. W pogodne dni przed snem szedł jeszcze szampan Maison Bollinger, w chłodniejsze – zwłaszcza w czasie pobytu w jej szkockiej rezydencji Balmoral niedaleko Aberdeen – zwykła szklaneczka szkockiej.

Nie żebym uważał, że to podnoszenie niewielkich ciężarów w kieliszkach i szklaneczkach pomogło jej dożyć 96 lat. Choć, z drugiej strony…

Dla mnie to za dużo i za bardzo pomieszane – mam na myśli oczywiście nie te lata, tylko te szklaneczki. Nigdy nie paliła papierosów i nawet księcia Filipa przed ślubem palącego jak smok, zmusiła do rzucenia palenia. Pewno dzięki temu zmarł dopiero na kilka miesięcy przed setnymi urodzinami…

Na szczęście wszyscy oni nie znali hasła Sport to zdrowie. W Polsce bardzo się tym przejmowano i zapewne z tego powodu w 1953 roku władze zadecydowały o wprowadzeniu na rynek tanich papierosów, którym nadano nazwę Sporty. Żeby to palić, trzeba było mieć zdrowie. Byłem na to za chorowity, więc wolałem bardziej brytyjsko brzmiące Klubowe, a z wykwintniejszych Rarytasy, Carmeny i Cara. Ale zaczęło się od podkradania mamie papierosów Nysa z ustnikami. O innych moich sportach – na przykład o mistrzostwach Warszawy w parach sportowych w bridża – może innym razem.

pinkwart foto

Maciej Pinkwart

28 maja 2026

 

Tagi:

kalendarz-btn

CZWARTEK 28 maja 2026
  • Jaromira, Augustyna

byli-z-nami

Copyright © 2004-2013 Stowarzyszenie Dziennikarzy RP Oddział Warszawski