Oddział Warszawski
tel. 22 826 79 45
sdrp.warszawa@dziennikarzerp.pl

Krótka przerwa w nieistnieniu

11 czerwca 2026

Im szybciej nasz pociąg zbliża się do stacji końcowej, tym mniej chętnie zastanawiamy się nad tym, co będzie, kiedy tam wysiądziemy. Nie chcemy myśleć, że ktoś po prostu pstryknie kontaktem, wyciągnie wtyczkę czy machnie kosą, a my nawet nie będziemy już widzieli tego, że niczego nie widzimy. O ile milsze jest przeświadczenie, że uda się nam zrobić w konia tego kontaktowego, wtyczkowego, czy kosiarza – on sobie pstryk, wyłącza, a my nic, ocykamy się po drugiej stronie nierzeczywistości i zyg-zyg, marcheweczka, co mi zrobisz, jak mnie złapiesz? Ale nie złapie, bo on na tamtą stronę nie ma wstępu. Czyli może jednak nawet w dzisiejszych czasach warto by upowszechnić asekurancko-kunktatorski zakład Pascala: jak jest, to świetnie, ciąg dalszy nastąpił, a jak nie ma – to tego nie poczujemy, bo nie poczujemy niczego.

Jest jeszcze asekurancka wersja pośrednia: pstryk, a my myk, pod sufitem patrzymy jak tam płaczą, rozstawiają parawan, oddychają z ulgą, potem tunel, światło – i dalej patrz punkt pierwszy albo punkt drugi.

Miałem w życiu krótki okres filozofowania, kiedy to bardziej się zastanawiałem nie nad tym, co będzie potem, co jest filozoficznie mniej ciekawe, bo o tym nieuchronnie się kiedyś przekonam (to znaczy, być może się nie przekonam…), tylko ciekawiło mnie szalenie to, co było przedtem, zanim tatuś i mamusia poszli na całość, chcieli tego czy nie uważali, nieważne – jakoś tam wywołali mnie z niebytu. Oczywiście to tylko figura literacka, ten niebyt, bo choć nie miałem w szkole edukacji zdrowotnej, ani nawet przygotowania do życia w rodzinie (ale miałem logikę, filozofię, astronomię i biologię) to wiem, że koniec końców moim przedtem była lokacja jedną nóżką w intymnym miejscu u tatusia, drugą w intymnym miejscu u mamusi, oni to samo u swoich rodziców – i tak w tył aż do pierwszej bakterii, której znudził się podział czy pączkowanie, spróbowała inaczej i się jej spodobało. No, ale jeśli to ma być wytłumaczenie tego przedtem, tego uprzedniego niebytu, to równie klarownie można wytłumaczyć ten niebyt następczy. Jeśli przedtem to była synteza dwóch komórek, to potem jest dezintegracja wszystkich komórek i zamienienie tej całej nieszczęsnej materii z ożywionej jeszcze przed chwilą w nieożywioną za chwilę, a potem zamiana tej materii w energię. I z czasem znów, na abarot, boska formuła: jeśli E =mc2  to m=E/c2. Prościzna. Tylko tej energii musi być strasznie dużo, żeby mając w mianowniku kwadrat prędkości światła, uzyskać masę choćby 2700 gramów. Tyle zdaje się ważyłem na starcie jako wcześniak. Owszem, przy tym syntezowaniu komórek męczymy się trochę, może nawet spalamy trochę kalorii, ale zwykle raczej nie narzekamy, i nie chudniemy, a jedni z nas to nawet przeciwnie.

Tak czy inaczej, zawsze jesteśmy w niedoczasie. Ledwie zaczniemy coś czytać – już potykamy się o słowo koniec (no, chyba że to jest Nad Niemnem), ledwie podniesiemy szklaneczkę – a już jest pusta, ledwie się zakochamy – a już się znów zakochujemy.

Powie ktoś, nastawiony pozytywnie, a może nawet pozytywistyczne: cóż, jeśli sięgamy wyżej, to dlatego że my, lilipuci, stoimy na ramionach olbrzymów, za nami pójdą inni, z iskry rozgorzeje płomień… No ale co mi do tego? Moje jest sic et nunc, tu i teraz. Liczy się tylko to, co udało mi się dziś, wczorajsze zasługi nie tylko dla bliźnich nie mają znaczenia, dla mnie też, jutrzejsze plany są zawsze domkami z kart i hipotezą dziś niesprawdzalną. Pogodny wieczór nad Tatrami, dobra książka na wieczór jesienny, pogwarka z przyjaciółmi o wszystkim i o niczym, wspomnienie dawnej miłości…

Nie, nie, na to akurat nie dam się nabrać. Jeśli było pięknie i skończyło się radykalnie – to wspomnienie boli. Że było, a nie jest. Głupie porzekadło co prawda głosi, że co było a nie jest, nie pisze się w rejestr, ale to nie jest cenny znaczek, doklejony do listu życia, który się odmoczy, wysuszy, włoży do klasera i potem, raz na parę lat otworzy na tej stronie i przed samym sobą będzie się puszyć jak paw: o, proszę, jakie to było ładne. Nie. Słowo było jest jak szpada Laertesa, która co prawda tylko Hamleta drasnęła, ale jej klinga posmarowana była śmiertelną trucizną…

Ale to wspomnieniowe umieranie z porzuconej miłości po prostu boli, choć przez ból potwierdza, że warto było: cenimy tylko to, czego doświadczamy najmocniej. Może być jeszcze gorzej, jak w mojej piosence Kawiarnia Orbis z przedstawienia Ceperiada, wystawianego w zakopiańskim kabarecie „Scherzo” w 1975 r.:

Było pięknie? Może było…

Na „zwyczajnie” się zmieniło.

Łączą nas wszystkie sprawy,

Dzieli to że już są.

Przy okazji kolejnych urodzin często śpiewamy Sto lat, życząc solenizantom długiego życia, albo po prostu przekazując im nasze dobre uczucia. W 1956 roku cała Warszawa śpiewała Sto lat towarzyszowi Wiesławowi, a potem innym ludziom, z którymi wiązaliśmy dobre nadzieje. Nasze własne, nie koniecznie odnoszące się do ich długowieczności. Dziś żyjemy znacznie dłużej, niż kiedyś. Mój tato dożył 66 lat, mama – 69. Dziś w Polsce żyje ponad 10 300 stulatków. To dużo, wystarczy to przeliczyć na liczbę kadencji spędzonych w Sejmie przez marszałków seniorów. Ale wszystko zależy od skali. W Krótkiej historii prawie wszystkiego Billa Brysona znalazłem ciekawą metaforę. Uważamy się za koronę życia, niektórzy mówią o tym, że zostaliśmy stworzeni na obraz i podobieństwo Boże, a już pobieżne spojrzenie na naszą historię każe nam się nad tym mocno zastanowić. Jako istoty mniej czy bardziej dwunożne istniejemy parę milionów lat. Dinozaury panowały na Ziemi ponad 120 milionów lat, po czym zniknęły jak sen jakiś złoty. A gdyby 4,5 miliarda lat historii Ziemi skompresować do jednego dnia, to jednokomórkowe życie na niej zaczęłoby się około czwartej rano, o 20.30 pojawiłyby się pierwsze rośliny w oceanach,  o 21.00 – powstałyby trylobity, koło 22.00 rośliny wyszłyby na ląd, a za nimi pierwsze zwierzęta. Ok. 22.50 Ziemię opanowałyby dinozaury, by utrzymać się na niej przez trzy kwadranse. O 23.38 ląd zdominowałyby ssaki, ludzie pojawiliby się na minutę i siedemnaście sekund przed północą. Cała nasza historia – zdokumentowana i opisana, cała nasza korona stworzenia – to jakieś 7-8 sekund. Dla tych, którzy nie noszą zegarków – inna metafora: stań i wyciągnij ramiona na boki. Początek lewej dłoni to początek życia na Ziemi. Tam gdzie zaczyna się nadgarstek prawej dłoni – powstają kręgowce. Paznokieć środkowego palca – to ludzkość. Więcej… Nie, mniej: John McPhee, czterokrotny laureat Nagrody Pulitzera w dziedzinie literatury faktu, który pierwszy posłużył się tą metaforą wyciągniętych ramion, napisał, że wystarczy jedno pociągnięcie pilnika o średniej ziarnistości po paznokciu środkowego palca prawej ręki, aby całkowicie wymazać historię ludzkości.

A my, nasza historia? Twoja? Moja? Nasze sto lat, którego życzą nam na urodzinach?

Jesteśmy w dziejach Kosmosu czymś mniejszym od błędu statystycznego. A w dodatku mamy cholerne szczęście.

Weź czystą kartkę papieru. Na samej górze narysuj maleńkiego człowieczka. To ty. Jedyny, wyjątkowy, niepowtarzalny. Pod spodem narysuj dwa ludziki i połącz z tym pierwszym kreskami. To twoi rodzice. Niżej cztery ludziki, dziadkowie. I tak dalej, aż się kartka skończy. W dziewiątym pokoleniu wstecz masz już 256 krewnych. Najbliższych krewnych, żadnych tam kuzynów czy pociotków, tylko rodziców, dziadków, ich rodziców i tak dalej. W dziesiątym – 512. W trzydziestym pokoleniu masz 1 073 741 824 krewnych. Najbliższych krewnych, tylko twoich. I tylko przez jakieś 900 lat. I wszyscy są ze sobą jakoś tam spokrewnieni. Każdemu z nich coś niewielkiego zawdzięczasz. Życie.

Teraz weź gruby mazak, zamknij oczy, zatocz nad kartką kilka kręgów i opuść na dowolne miejsce. Pac! Twój przodek właśnie spotkał nieprawidłowo jadącego kierowcę, patologicznego mordercę, spadł na niego kamień czy poniósł go koń, któryś z rodziców był bezpłodny, matka przodka poszła do klasztoru zanim spotkała ojca…

Bo miałeś miliard 73 miliony 741 tysięcy 824 szanse na to, żebyś się nie urodził. I to tylko w trzydziestu pokoleniach, czyli w ciągu niespełna dziewięciu stuleci. A jeśli przypomnisz sobie, że historia samych tylko hominidów liczy ponad 7 milionów lat, a historia życia organicznego na ziemi – prawie cztery miliardy… Ile razy gruby mazak spadał na kartkę z rysunkiem, przedstawiającym nasze drzewo genealogiczne! W dodatku wiadomo, że tylu ludzi, którzy zapewniliby ci „czyste” pochodzenie rodowe, w prostej linii wywodzące się z ojców i matek, dziadków i babć – nie było nigdy na świecie. Więc przyjmij do wiadomości, że nie było tak prosto. Jesteś – jesteśmy – efektem także tysięcy związków kazirodczych, w tym też sensie jesteśmy ze sobą spokrewnieni: ty, ja, Bolesław Chrobry i William Szekspir, Donald Tusk i Jarosław Kaczyński, Nelson Mandela i Hồ Chí Minh, Beniamin Netanjahu i Grzegorz Braun, Cersei Lannister i Beata Szydło, z tym że Cersei jest bardziej prawdziwa.

Ile istot, gatunków, zdarzeń biologicznych czy wcześniej fizyko-chemicznych musiało mieć miejsce, żebyś czytał te słowa? Wystarczy przypomnieć, że 99,99 % gatunków istniejących kiedyś na Ziemi w którymś momencie wymarło bezpotomnie i bezpowrotnie. Mieliśmy niesamowite szczęście, że zmieściliśmy się w tym ułamku promila. Mieliśmy szczęście, że to nie na naszego praprzodka spadł kamień w jaskini, i to nie nas zjadł wygłodzony neandertalczyk czy homo habilis, tylko my jego.

Statystycznie rzecz biorąc – w zasadzie nie istniejemy. A raczej – nasze istnienie jest tylko krótką, chwilową przerwą w naszym nieistnieniu. Ale kiedyś ktoś nalał sobie wieczorną whisky do szklaneczki, spojrzał na Tatry za oknem, posłuchał jak szumi morze na południe od Krety, włączył  trzeci Koncert Brandenburski Bacha, uśmiechnął się do zimowej sroki Moneta, zobaczył spadającą gwiazdę, pomyślał: Perseidy i wypowiedział życzenie… Nasze życie jest tylko chwilą, ale doktor Faustus miał rację, gdy spędziwszy chwilę z Małgorzatą westchnął: Trwaj, chwilo, chwilo, jesteś piękna… Niech ta chwila, ta przerwa trwa jeszcze choć chwilę, a Mefistofeles niech spokojnie poczeka. Jeszcze chwilę.

pinkwart foto

 

Maciej Pinkwart

11 czerwca 2026

 

Tagi:

kalendarz-btn

CZWARTEK 11 czerwca 2026
  • Barnaby, Feliksa

byli-z-nami

Copyright © 2004-2013 Stowarzyszenie Dziennikarzy RP Oddział Warszawski