Oddział Warszawski
tel. 22 826 79 45
sdrp.warszawa@dziennikarzerp.pl

Mit szlachetnego dzikusa

4 czerwca 2026

Doświadczając nolens-volens medialnych kontaktów z osobami na wysokich szczeblach władzy, w Polsce i za granicą, mam nieraz wrażenie, że w ciągu ostatnich kilkunastu lat ewolucja wykonała drift i podąża teraz ochoczo w kierunku, z którego przyszła. Osobnicy owi, do których czuję głęboką abominację, jak do wszystkich przejawów i nosicieli chamstwa, są we własnym mniemaniu liderami narodów, państw i świata. Sądząc po objawach, mnóstwo ludzi podziela ten pogląd, aprobuje to chamstwo, naśladuje, a nawet uważa za znak czasów i ducha świata. Chamstwo jako signum temporis i Weltgeist…Według Hegla Weltgeist był motorem ruchu świata ku lepszym dniom jako siła napędowa historii i rozumu, która dąży do samopoznania. A więc z natury rzeczy powinna piąć się intelektualnie ku górze. Aha, akurat… Jak się wydaje, tym co dziś napędza nasz świat, jest dążenie do prostoty, prościzny, prostactwa, wspierane ideologicznie prawami naturalnymi, czyli zarazem rzekomo przyrodniczymi i boskimi, odrzucanie poprzez drwinę wszelkich komplikacji, niejako darwinistyczne rozumienie entropii – jeśli świat w naturalny sposób zmierza – poprzez komplikację – do chaosu, to naszym obowiązkiem jest zawrócenie z tej drogi. Precz z komplikacją, niech żyje prostactwo. Dałoj gramotnych! Piszę to z irytacją, proszę wybaczyć, ale w moim wieku ważniejsza od prostoty jest prostata.

Wspominam o tym, zmotywowany ostatnimi wydarzeniami, związanymi z protestem naukowców domagających się większych nakładów na naukę i jej rozwój i z chamskimi reakcjami niektórych polityków wobec ludzi kultury i twórców, nazywanych darmozjadami. Być może ci politycy szukają po prostu poklasku wśród osób, dla których nauka skończyła się na podstawówce, po czym zapomnieli czego się nauczyli i dziś są na poziomie umysłowym z czasów, gdy homo sapiens dopiero zaczynał wchodzić na ścieżki historii, zajmując się tylko papu, kaku i bara-bara i pukając się maczugą w czoło wyganiał darmozjadów do jaskiń w Lascaux, Altamirze i Obłazowej. Żył prosto, odżywiał się zdrowo i gdyby w jego czasach istniały już zalążki demokracji, wybierałby na wodzów tych, którzy mają największe maczugi, najtwardsze bicepsy, najmniejsze mózgi i najgłośniej ryczą do swoich ziomków, obiecując im największe mamuty.

Gdyby tylko w Polsce tak się działo, że jedna trzecia narodu głosuje na dzikusów i prymitywów, a reszta się temu przygląda, bezradnie rozkłada ręce i mówi: cóż, takie jest życie – można by to zrzucić na karb dziejowego fatum, które ludzi między Dnieprem a Łabą pozbawiło instynktu samozachowawczego i uszczupliło geny inteligencji. Ale, niestety, dzikusy i prymitywy, albo osoby poszkodowane na umyśle albo już rządzą, albo dążą do władzy także w innych częściach świata. Można, oczywiście, patrzeć na to z wysokości własnego intelektu, odcinać się zdecydowanie jak turysta Malinowski w czasie wycieczki alpinistycznej, albo układać kunsztowne memy o tym, że jak się dzwoni do Białego Domu, to trzeba najpierw zapytać o to, czy jest w domu ktoś dorosły. Można też zrzucić wszystko na innego filozofa, Jeana Jacquesa Rousseau, który w XVIII w. uczył nas kultu szlachetnego dzikusa, przeciwstawianego człowiekowi cywilizowanemu i wykształconemu, który prowadzi świat do zagłady. W swoim dziele Discours sur les sciences et les arts w 1750 r. pisał: Usuńcie ten nieszczęsny postęp, zabierzcie nasze błędy i nałogi, zabierzcie wytwory cywilizacji, a wszystko będzie dobre.

Trudno mi co prawda podejrzewać, że osoby, rządzące umysłami kilku milionów ludzi w Polsce czy kilkudziesięciu milionów w Stanach Zjednoczonych czytały, czy choćby słyszały o szwajcarskim filozofie i zaaprobowały jego kult dzikusa, ale nawet przez umysły ludzi oświeconych wielokrotnie przebiegała tęsknota za prostym, może nawet prymitywnym i niebezpiecznym życiem dzikusów, za czasami, w których nie było państw, granic, banków, wyborów, samochodów, komputerów i sztucznej, a nawet jakiejkolwiek inteligencji, kiedy ludzie odżywiali się zdrowo, nie umierali na raka i Alzheimera, prężyli mięśnie nie w siłowniach, ringach czy pałacach prezydenckich, tylko na polu walki, polowali na co i kiedy chcieli i mogli, więc mieli się ogólnie dobrze, a nawet szczęśliwie.

Do niedawna na temat tego, jacy byli i jak żyli nasi dzicy przodkowie, mogliśmy tylko spekulować. Ale w 1991 r. dwoje niemieckich turystów w okolicach przełęczy Tisenjoch w Alpach, a dokładniej w południowym Tyrolu, na wysokości 3210 m n.p.m. na granicy włosko-austriackiej (kilkadziesiąt metrów po włoskiej stronie) znalazło szczątki ludzkie, które początkowo uznano za nieszczęśliwego turystę, który zamarzł i ukryła go bryła lodu. Wezwani ratownicy zwieźli go do Innsbrucku i tam stwierdzono, że ów rzekomy turysta liczy sobie około 5300 lat. Od pobliskiej doliny Ötztal, osobnika owego nazwano Ötzi, przydając mu określenie człowiek lodu. Stan zachowania szczątków, zamarzniętych w lodowej bryle był tak dobry, że można było przeprowadzić jego szczegółową autopsję. Niekiedy uważa się, że to najlepiej przebadany człowiek świata, oczywiście z wyjątkiem Władimira Putina, Donalda Trumpa i Kim Dzong Una.

A więc – proszę państwa, oto nasz przodek, Ötzi. Ów szczęśliwy dzikus, okaz zdrowia, odżywiający się naturalnie, nie używający suplementów diety, nie jadający cukru, nie pijący whisky, nie oglądający telewizji i nie scrollujący smartfona. I jeszcze uprawiający turystykę w wysokich górach. Zmarł w wieku 40, może nawet 53 lat. Miał 157 cm wzrostu, a więc raczej nie grał w koszykówkę. Ważył zaledwie ok. 50 kilogramów. Był szatynem, prawdopodobnie miał brązowe oczy i grupę krwi „zero”, a zmarł wskutek odniesionych ran w walce z innymi ludźmi. Nie wiemy, jaki dramat rozegrał się na wysokości ponad 3200 metrów, ale biedny Ötzi został zabity strzałą z łuku. Obok niego znaleziono też jego własny łuk, kołczan z czternastoma strzałami, półmetrową ciupagę z ostrzem miedzianym, przymocowanym do cisowego drzewca za pomocą brzozowej smoły i kilku rzemieni, miał też krzemienny nóż. Nosił plecak i torbę z kory brzozowej. Ubrany był w futro ze skór niedźwiedzia, kozicy i jelenia, miał skórzane buty i skarpety z miękkiej trawy i łyka. Miał przy sobie hubę brzozową – albo do rozpalania ognia, albo do leczenia ran, albo jako medykament na dolegliwości żołądkowe.

Teraz ustalenia anatomopatologów. Ötzi nie cierpiał głodu, nawet przed swoją ostatnią bitwą zjadł obiad: mięso jelenia i kozicy, trochę korzonków i owoców, prawdopodobnie kawałek chleba z grubo mielonych ziaren. Na ciele miał przeszło 60 tatuaży.

Ale zdecydowanie nie był okazem zdrowia: dręczyły go wszy i pchły, a także kleszcze, co spowodowało, że chorował na boreliozę. Miał bakterie Helicobacter pylori, co mogło wiązać się z chorobą wrzodową żołądka lub dwunastnicy. Cierpiał na nietolerancję laktozy, miał zaawansowaną próchnicę i zmiany zwyrodnieniowe stawów. Był też zakażony nicieniami – włosogłówkami. Miał genetyczne predyspozycje do choroby wieńcowej, stwierdzono też u niego arteriosklerozę.

Prawdziwy okaz pierwotnego zdrowia.

Badania genetyczne wykazały, że choć najprawdopodobniej zmarł bezdzietnie – w każdym razie w okolicy nie stwierdzono jego bezpośrednich potomków – to jednak zarówno w pobliżu Innsbrucka, jak i we włoskim Tyrolu odkryto ludzi, którzy z Ötzim mieli dalekich wspólnych przodków. Krótko mówiąc – nasz człowiek, Europejczyk.

Gdyby Państwo chcieli (ostrożnie!) bliżej się zapoznać z tyrolskim człowiekiem lodu, owym realnie żyjącym niewątpliwie szlachetnym, choć udręczonym przez naturę i bliźnich dzikusem – to trzeba pojechać do włoskiego Bolzano, bo tam w Muzeum Archeologicznym Górnej Adygi Ötzi znalazł miejsce ostatniego spoczynku. Innych, mniej dokładnie zdiagnozowanych dzikich można codziennie oglądać w różnych telewizjach.

 

 

pinkwart foto

Maciej Pinkwart

4 czerwca 2026

 

 

Tagi:

kalendarz-btn

PIĄTEK 5 czerwca 2026
  • Walerii, Waltera, Bonifacego
  • Światowy Dzień Środowiska

byli-z-nami

Copyright © 2004-2013 Stowarzyszenie Dziennikarzy RP Oddział Warszawski